poniedziałek, 23 marca 2009

Michael Jackson: This Is It(?) - ankieta!

Oł, jea. To było jasne - wróci. Każdy się spodziewał "że", ale nie wiedział "kiedy". W końcu, po wielu miesiącach dywagacji, ogłosił to sam zainteresowany. Wróci. Michael Jackson ponownie pojawi się na scenie. Ale, ale - czy Król Popu jest dalej w stanie wymiatać tak, jak kilka lat temu? Czy w ogóle powinniśmy tego od niego oczekiwać? Czym jest powrót Jacksona dla współczesnej muzyki, czym się wyróżni i co do tego ma kryzys finansowy - o wszystkim tym opowie Wam po raz pierwszy (uwaga, uwaga) CAŁA redakcja Uchem w Nutę. A wszystko w formie ankiety i odpowiedzi. Dwa pytania, czterech redaktorów, cztery teksty, cztery opinie.

1. Czy uważasz, że powrót Michaela Jacksona jest dobrym pomysłem?
2. Czego oczekujesz po tym powrocie?


seann: "Niemniej nie spodziewam się żadnych cudów"

Michael Jackson wraca do gry. To z pewnością jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze, wydarzenie w świecie muzycznym w tym roku.Na taki powrót czekały miliony fanów na całym świecie i jest to napewno najlepszy prezent, jaki artysta mógł im dać. I w zasadzie nie jest ważne, że najprawdopoboniej głownym zadaniem tego camebacku jest po prostu podreparowanie domowego budżetu. Osobiście oczekuję ponownie zobaczyć Michaela w wyśmienitej formie - zarówno woklanej jak i tanecznej - choć wiem, że powrót po tak długiej rozłące ze sceną może być niezwykle trudny. Niemniej nie spodziewam się żadnych cudów.

SimonS: "Wyjdzie, pomacha do swoich fanów białą rękawiczką i wypowie swoje ulubione zdanie - I love you"

Uważam, że powrót Jacksona jest spowodowany jedynie czynnikiem materialnym, który ma wzbogacić ludzi wykorzystujących legendę MJ, oraz w pewnym stopniu Michaela, który podobno popadł w długi. Oczekuję, że powrót zakończy się wielką klapą i pozostawi wielką rysę na legendzie Króla Popu. Obstawiam, że Michael zmusi swoich fanów do wielogodzinnego czekania, następnie wyjdzie, pomacha do swoich fanów białą rękawiczką i wypowie swoje ulubione zdanie "i love you!", publika oszaleje, Jackson zejdzie w chwale, a po chwili na scenę wejdzie któryś z organizatorów, informując, że z powodów zdrowotnych, trasa zostaje odwołana.

o2: "Niczego nie oczekuję"

Król Popu szybko się nam nie przedawni. Nigdy nie byłem jego fanem, ale parę kawałków zawsze wpadało i wpada nadal w ucho.

Niczego nie oczekuję. Śmieszy mnie tylko nazywanie ~40 koncertów w jednym miejscu w Wielkiej Brytanii "trasą koncertową". To fajnie, że ma tam dużo fanów i że chce sobie zrobić z tej okazji parę dodatkowych operacji twarzy (nie patrząc teraz na to, czy to plotki, czy nie) ale błagam i zaklinam, objezdne cyrki robią więcej kilometrów przez ten sam okres, gdy MJ co 4 dni będzie dawał występ za grube dolary. Poza tym, fani MJ'a nie mieszkają tylko w UK.

Yeti: "Król Popu jest geniuszem, a od geniuszy oczekujemy rzeczy genialnych"

Żeby w ogóle przejść do dywagacji nad powrotem Michaela Jacksona, należy sobie uświadomić obecny stan światowego popu. A jest on niestety bardzo podobny do tego, co dzieje się na giełdach - wszyscy lecą na łeb (ot, choćby Madonna w zeszłym roku, no sorry), a jak ktoś wzrasta, to raczej na chwilę. W czasach takiej zapaści popowej, mamy do czynienia z totalnym brakiem jakichkolwiek rzeczy, które mogłyby nami kręcić. I z tego punktu widzenia powrót Michaela Jacksona jest takim rodzynkiem, w którym wszyscy upatrują odwrotu, odbicia się od dna. No bo to tak musi być. My się tym musimy jarać. Jakże inaczej, skoro już pojawiają się plotki - Jackson w swym starym, dobrym stylu? A może jakieś nowe oblicze? Jeśli tak, to jakie? Finansowy i medialny punkt widzenia mówią jasno: to będzie wielkie wydarzenie. I z tych aspektów jest dobrym pomysłem.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z mymi oczekiwaniami. Trudno jest mi uwierzyć, że nawet ktoś tak wielki, jak Król Popu, jest w stanie powrócić po kilku długich latach, w których częściej występował jako temat żartów i drwin niż przedmiot respektu czy ikonę muzyki końca XX wieku, i wyczuć, o co teraz w popie chodzi i czego ludzie pragną. Pop nieprzypadkowo ma wiele wspólnego z populizmem, jeśli chodzi o pisownię. Jackson musi dać ludziom muzykę, jakiej oni oczekują i - jednocześnie! - ciągle szokować geniuszem muzyki i ruchów na scenie. Cokolwiek sądzimy o Michaelu, nie jest to na pewno zadanie proste i osobiście nie jestem przekonany, czy Jackson temu zadaniu podoła. Tym bardziej, że nastawiam się bardziej na tenże drugi człon jego zadania. Król Popu jest geniuszem, a od geniuszy oczekujemy rzeczy genialnych. To jasne i proste. Jednak wiele już było powrotów artystów z naprawdę najwyższej półki, którzy wracali i - czego by nie mówili o tym ich fani - nie dawali rady. Dlatego wolę się wycofać i powiedzieć, że oczekuję jedynie wydarzenia medialnego, które na pewno otrzymam. Wolę pozytywne zaskoczenia niż jakiekolwiek rozczarowania. ;)

sobota, 21 marca 2009

Jacaszek: Pentral

Okej, okej. To wszystko prawda - na tym blogu wpisy pojawiają się szczególnie rzadko. Nie zamierzam dyskutować z faktami, chcę jedynie podać przyczyny. Bo generalnie to nie mamy aż tak dużo czasu, by opisać każdą nowinkę. Dlatego uznaliśmy raczej, że idziemy w jakość - znaczy, że opiszemy kilka bardzo dobrych płyt 2009, które - naszym zdaniem - opisać trzeba.

No i staramy się zrealizować to zadanie. Tyle, że to nie jest taka łatwa sprawa w sumie. No bo i niby jak, skoro płyt naprawdę dobrych jest mało? Bo jak, skoro większość z nas cierpi obecnie na depresję muzyczną i nie jara ich nic nowego? Jak opisywać nowe wydawnictwa, skoro każdy ma świadomość, że konfrontacji z pierwszym lepszym albumem "sprzed lat", który jest na naszych odtwarzaczach, dana płyta przetrwać nie może? No jak?

I oto wtedy ni w pięć, ni w dziewięć pojawił się Jacaszek z nowym dziełem. Pierwszy polski muzyk elektroniczny, który naprawdę dał radę nagrać bardzo dobry, pełen emocji krążek, jakim były Treny. Pierwszy w Polsce muzyk z kategorii moich zainteresowań odwołujący i inspirujący się chrześcijaństwem, jego wartościami, sztuką i mistyką. Nie ma więc wątpliwości - jaki ten album by nie był, ktoś z redakcji musiał go opisać. I tym kimś musiałem być ja.

Odwrotnie niż na Trenach, z których poszczególne utwory różniły się dość znacznie, Pentral to raczej spójne dzieło. Opiera się on na wykorzystaniu niesamowitych walorów akustycznych jednego z polskich kościołów. Takie było założenie tej płyty, taki był pomysł Jacaszka.

Zresztą, podczas słuchania tego krążka ten kościół słychać wyraźnie. Mamy bowiem utwory, które przenoszą nas do świątyni ledwo oświetlonej, w której to jesteśmy sami-niesami i właśnie praktykujemy naszą rozmowę z Bogiem. Czasem nieco zaskrzypi ławka, czasem słychać jakieś kroki, czasem wkradnie się wiatr. Ale to wszystko jest nieważne, bo jestem tu ja i, a raczej przede wszystkim, jest tu Bóg. I to Bóg bliski, z którym chce się rozmawiać w ciszy i skupieniu.

Cisza i skupienie - ta, to są właśnie dwa najlepsze określenia 90% tego albumu. Mamy tu tej ciszy mnóstwo, ale nie jest ona przepełniona żalem, nie ma więc powtórki z Trenów. Nie uświadczamy tu bólu po stracie kogoś bliskiego, nie ma naszego konfliktu ze Stwórcą. Przeciwnie, mamy jakieś uczucie relacji z Transcendentnym Bogiem.

Osoby, które twierdzą, że nowe dzieło Jacaszka jest identyczne jak poprzednie, powinny się chyba popukać po głowie. Nie, nie jest identyczne. Jest zupełnie inne, choć dalej opiera się na tym samym przekazie, na tym samym korzeniu kulturowym, tej samej tradycji metafizycznej. Jest poruszającą relacją z raczej pustej świątyni, w której wszystko zależy od nas i nikogo więcej. Mamy tu jasno pokazane: Bóg jest, możesz zrobić z tym, co chcesz. Możesz z kościoła wyjść, a możesz zostać i sobie pogadać.

Jacaszek serwuje nam dokładnie identyczny wybór w przypadku swego krążka. Możesz tego słuchać, a możesz wyłączyć. Twoja sprawa. Najważniejsze, że Jacaszek jest sobą i po raz kolejny odwala kawałek fantastycznej roboty.

niedziela, 8 marca 2009

Dzień Kobiet


Krótkie powiązanie faktów: mamy dziś Dzień Kobiet, a w redakcji Ucha są sami mężczyźni. A że facet to istota egoistyczna, nastawiona na siebie - dziś zaserwuję Wam listę kawałków, które mogą ten dzień umilić panom. Chociaż jednocześnie, żeby nie było, zapewniam, iż jeszcze lepiej byłoby spędzić go z jakąś Kobietą. No, ale nie wszystkim jest to dane.

1. Wariant pierwszy: Nie mam baby!

Sytuacja prosta i klarowna: chciałbym świętować, a nie mam z kim. Potencjalnie problematyczne, a więc oddajmy głos doradcom, którzy powiedzą nam, co zrobić, by... mieć z kim.

  • Łona - Fruźki wolą optymistów - rozwiązanie optymistyczne
  • Afro Kolektyw - Dopsz bujam - rozwiązanie pesymistyczne
2. Wariant drugi: Wkurzyła mnie kobita

Co z tego, kochanie, że dziś Twoje święto, skoro mam na Ciebie focha? Strasznie kobiece podejście do sprawy, no ale ja się nie wtrącam, ja daję tylko piosenki, co mogą Wam pomóc.

  • Cool Kids Of Death - Uważaj - wersja drastyczna
  • Myslovitz - Gdzieś - wersja depresyjna
  • Republika - Odchodząc - wersja dla tych, co wierzą, że jeszcze nie jest pozamiatane
3. Wariant trzeci: Może to jednak nasza wina?

Bo generalnie może to nie kobiety są takie złe. Bo może to my, faceci? Może nasza wina, może nasz błąd, może nasza natura. Zaczynam gadać jak feministka, więc zamiast tego...

  • Afro Kolektyw - Mężczyźni są odrażająco brudni i źli - dla samokrytyków
  • Hey - Czy, czy, czy - jesteś gnidą, kobiety to widzą
  • Furia Futrzaków - Dziękuję bardzo
  • Esmi - Znikający punkt
4. Bez wariantu, po prostu podsumowanie

Jeśli jesteś facetem i nie masz baby, jesteście w kryzysie lub właśnie coś spartoliłeś, te piosenki są dla Ciebie. Może pomogą rozwiązać problem, może pomogą zapomnieć lub podejść z dystansem.

- Zaraz, zaraz! - ktoś wyrwał się z protestem. - A co, jeśli jestem facetem w szczęśliwym związku i generalnie jest sielanka?

Cóż... chyba jednak nie, skoro czytasz tego bloga zamiast świętować z kobietą. ;)

wtorek, 17 lutego 2009

Drivealone: Thirty Heart Attacks A Day

No dobra, dobra, okej. Czas wstępnej działalności tego bloga minął właśnie wraz z pomysłem, by opisać nowy krążek Drivealone, czyli projektu, na który przynajmniej 1/2 redakcji czekała od lat już kilku, co chwila zawodząc się przenosinami oficjalnej premiery. W rozmowach z jednym z redaktorów często snuliśmy dywagacje w stylu "Kto wyda najlepszą płytę 2009 i dlaczego Drivealone?". Zastanawialiśmy się też, czy Muchy ucierpią, czy projekt Maciejewskiego zostanie dostrzeżony i - oczywiście - co jest przyczyną tego faktu, że epka The Letitout tak bardzo wbiła nas w ziemię. Genaralnie więc można śmiało powiedzieć, że to właśnie Drivealone było jednym z głównych tematów naszych rozmów okołomuzycznych, zwłaszcza zaś na przełomie roku poprzedniego z obecnym.

Wraz z kolejnymi przesunięciami premiery o tydzień, dwa itd. nieustannie rosły moje oczekiwania. Nic dziwnego więc, że odpalając płytkę byłem wręcz emocjonalnie naładowany. "Nareszcie coś wymiecie" - mówiłem sobie. I zacząłem nadsłuchiwać, co też pan Piotr ma mi do zaoferowania.

Cóż, mógłbym teraz obierać to w przeróżne formy językowe, mógłbym mamić Cię, Czytelniku, różnymi zdaniami by wreszcie przejść do sedna sprawy. Ale tego nie zrobię. Powiem wprost. Za chwilę to przeczytasz. Będziesz wiedział od razu.

Otóż, Drodzy Państwo, zawiodłem się. Zawiodłem się na płycie, na którą tak długo czekałem i wcale nie jest mi z tym dobrze. Liczyłem na to, że będzie to potężna dawka muzyki, która przekona każdego, iż da się w tym kraju tworzyć coś na wysokim poziomie. Liczyłem na cud nad Wisłą, choć to może głupie, gdyż drugi taki po The Letitout byłby już jakimś cudownym nagromadzeniem cudów, jakkolwiek to brzmi.

Znaczy - żeby nie było - ja nie kwestionuję, że Thirty Heart Attacks A Day to krążek, na którym zawarło się sporo świetnych kombinacji nutowych. Nie twierdzę też - bo musiałbym być głuchy chyba - że pan Piotr nie ma talentu. Że nie ma pomysłu. Że nie ma "wyczucia". Że nie ma "konceptu". Ma. Zapewne ma, a jego dotychczasowe osiągnięcia utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Ale, na litość boską, ja tu chciałem czegoś niebywałego! Ja chciałem szoku. Chciałem skończyć odsłuchiwanie albumu z szeroko otwartymi ustami i cichym, wyrażającym absolutną aprobatę, dwuwyrazowym stwierdzeniem tak powszechnie używanym przez kiboli piłkarskich na stadionach, gdy nagle jakiś nieznany młodzian wchodzi na boisko, wmiata wszystkich w murawę i do tego strzela trzy gole z przewrotek.

Kontynuując tę metaforę - liczyłem na jakiś finał Mistrzostw Świata. Chciałem wzniesienia na wyżyny. A dostałem solidny, dobry mecz, który jednak nie ma żadnego porównania z choćby najnudniejszym finałem jakiegokolwiek pucharu.

Wnioski? Thirty Heart Attacks... to krążek dobry i każdego, kto nie zaznajomił się do tej pory z Drivealone, wysyłam natychmiast do sklepu. Niemniej jednak, jeśli ktoś już słuchał The Letitout, to informuję, że oficjalny debiut projektu Maciejewskiego jest próbą kontynuacji tej stylistyki, z którą to bywa różnie - raz się udaje, a raz nie.

"I trochę jednak przykro, i trochę jednak szkoda"

poniedziałek, 16 lutego 2009

Bruce Springsteen: Working On a Dream

Tego Pana znamy już nie od dzisiaj (kto nie zna, niech wie, że żałować powinien). Bruce Springsteen. Artysta wielu pokoleń. Słuchała go moja matka, słucham go ja, i kto wie, może słuchać go będą moje dzieci (już ja się o to postaram). Być może ciężko w to uwierzyć, ale koncertujący od niemal 40 już lat Bruce wciąż jest w znakomitej formie i właśnie wydał kolejną, szesnastą studyjną, płytę zatytułowaną Working On a Dream.

Tytuł albumu nie jest przypadkowy i bardzo ściśle wiąże się z aktualnymi wydarzeniami politycznymi w Stanach Zjednoczonych. Głównym bowiem przesłaniem artysty jest rychłe pożegnanie G.W.Busha i wspieranie nowego prezydenta - Baracka Obamy - w jego pracy nad marzeniami Amerykanów, aby USA rosło w siłę, a ludziom żyło się... To nie ta bajka. W każdym razie, tytułowy utwór, jakim jest właśnie Working On a Dream, kilkukrotnie towarzyszył, zwycięskiej - jak się później okazało - kampanii prezydenckiej Obamy, co - notabene - z pewnością wpłynęło na świetne wyniki sprzedaży.

Sama płyta jest niezwykle pogodna i natychmiast wprowadza w radosny, ale wyciszony i spokojny nastrój. Doskonale nadaje się do odsłuchania po ciężkim dniu w pracy albo szkole. Krążek otwiera długi, ośmiominutowy utwór Outlaw Pete, który z chęcią włączyłoby się ponownie, gdyby nie to, że już pierwsze dźwięki drugiego, rockowego, My Lucky Day szybko odwodzą nas od tego pomysłu. Na płycie nie brakuje spokojnych ballad (np. Queen of the Supermarket), ale również fajnych, rytmicznych kawałków w postaci What Love Can Do czy Surprise, surprise. Nie wolno pominąć także klimatycznego Life Itself, przy którym można odpłynąć w naprawdę daleką podróż po najskrytszych zakamarkach naszej duszy.

Krytycy powiedzą, że płyta nie wnosi nic nowego. To prawda, ale czy można (i warto) wnosić cokolwiek nowego po kilkudziesięciu latach udanej twórczości? Zresztą, czy nie właśnie to chcieliśmy usłyszeć? "Starego", dobrego Bruce'a.

Working On a Dream należy do tych albumów, w których można zakochać się od pierwszego odtworzenia (tak jak ja) albo dopiero po kilku odsłuchaniach. Nie ma jednak innej możliwości. Ta płyta po prostu musi podobać się każdemu, kto jest wrażliwy na piękno muzyki. Polecam szczególnie spragnionym błogiego uspokojenia i chwili relaksu. Zapewniam, że po przesłuchaniu wrócicie do życia pełni pozytywnego nastawienia i energii. A Bruce'owi życzę - by trwał.

niedziela, 15 lutego 2009

Franz Ferdinand: Tonight: Franz Ferdinand

Franz Ferdinand? Idole chłopaków, którzy nie umieją grać, ale marzą o pokoncertowym afterparty, tłumie fanek i porannym kacu (chociaż, żeby mieć kaca, nie trzeba być muzykiem). Więc też są moimi idolami. Podobno gdy Alex Kapranos spotkał się ze swoimi kumplami na pierwszej próbie, nikt z nich nie umiał grać na żadnym instrumencie, tak więc z próby na próbę basista stawał się perkusistą, a gitarzysta basistą.

Ale pokazali, że dla chcącego niż trudnego i w 2004 roku nagrali swój debiutancki krążek, który okazał się wielkim sukcesem. Na fali sukcesu, już po roku ukazał się drugi album, ale chyba wszyscy zauważyli, że brzmi tak samo jak poprzedni. Na szczęście zauważyli to też członkowie zespołu i na kolejny longplay trzeba było czekać prawie 4 lata. Jednak warto było!

Zespół zmienił brzmienie, dojrzał, ale nie zatracił swojej młodzieńczej energii. Po pierwszym przesłuchaniu, wydaje się, że jest to płyta mniej przebojowa, jednak nic bardziej mylnego. Kolejne odtworzenia sprawiają, że piosenki wpadają do głowy i nie chcą jej opuścić, a słuchacz uświadamia sobie, że nowego albumu słucha coraz częściej.

Franz Ferdinand jest kolejnym zespołem indie, który romansuje z elektroniką, ale jest to chyba pierwszy zespół, którego romans skończył się narodzinami pięknego i dorodnego dziecka. Może na początku ta elektronika zaskakuje, ale potem człowiek nie umie już sobie wyobrazić tej płyty bez tych wstawek. Świetnym przykładem jest piosenka Lucid Dreams - gdy po raz pierwszy usłyszałem końcówkę, która z rockiem nie ma nic wspólnego, pomyślałem sobie WTF?! Ale teraz uważam, że to najlepsze zakończenie płyty opowiadającej o nocnym życiu. Znaczy, po tym kawałku są jeszcze dwie spokojne piosenki, ale moim zdaniem to LD zamyka imprezę. Natomiast rano, po przebudzeniu skacowany człowiek puszcza sobie Dream Again, a gdy po wypiciu kawy, dojdzie do siebie, przypomni sobie pocałunki z cudowną Kasią. Właśnie to jest świetne w tej płycie, że ona na prawdę tworzy całą historię nocnego wypadu na miasto. Singlowe Ulysses brzmi jak droga do klubu, a następne piosenki opowiadają o kolejnych wydarzeniach z imprezy.

Marzenia się spełniają, a chłopacy z Glasgow są tego najlepszym przykładem. Z grupki kumpli, którzy nie umieli grać, narodził się dojrzały zespół, który pokazał, że bez upadającego indie sobie poradzi i będzie nas cieszył jeszcze przez wiele lat.

piątek, 13 lutego 2009

The Marians: Radioskun

The Marians - Skąd taka głupia nazwa? Nie mam pojęcia, ale dzięki temu zespołowi, dowiedziałem się, że nie można oceniać zespołu po samej nazwie. Wpadłem na Marianów na jednym z portali muzycznych, przeczytałem w tytule nazwę zespołu, uśmiechnąłem się pod nosem i przeszedłem do kolejnych newsów.

Ale pewnego dnia, nie pamiętam, czy słonecznego, ale, że pora depresyjna, to pewnie pochmurnego, mój znajomy wspomniał o tej kapeli. Najpierw tak jak ja, wyśmiał nazwę, a następnie poinformował, że nieźle grają. Jako, że na polskim rynku fonograficznym nastała susza, postanowiłem, że posłucham.

Nie żałuję. Być może to nic odkrywczego, być może to już wszystko gdzieś słyszałem, ale śpiewają po polsku i za to mają wielkiego plusa! Nie wiem, czy to taka moda, czy brak talentu tekściarskiego (zapewne to drugie), ale 70% nowych polskich zespołów niestety śpiewa po angielsku. A naród coraz mądrzejszy i coraz więcej z nas szprecha po engliszu, no ale komu by się chciało tłumaczyć te teksty? Pewnie nikomu, a jak znajdzie się taki szaleniec, to załamie się i stwierdzi, że stracił na tłumaczeniu kilka cennych chwil.

Wracając jednak do Mariansów, może teksty nie powalają, być może brzmią jak marna mieszanka CKOD i Much, ale jest nieźle. Prawdopodobnie te teksty nie trafią na statusy komunikatorów zbuntowanych nastolatków, ale kto wie? No ale raczej na mój nie trafią, najwyżej, że pięć przesłuchań, to za mało, żeby wyłapać tekściarskie perełki. Trzeba za to pochwalić zespół za melodyjność, na prawdę muzyka wpada w ucho. Nawet singiel pod tytułem System, skądś znam, chociaż radia nie słucham, no ale gdzieś do ucha musiało wpaść.

Odkryciem roku nie zostaną, tym bardziej zespołem, ale trzeba ich pochwalić, że starają się odejść od płaskiego indie i próbują wplątywać w swoje piosenki różne solówki, przejścia i inne udogodnienia. Ale każdemu zdażają się wpadki, a taką na pewno jest piosenka Diuna.
Nie mam pojęcia, co to jest, ale brzmi jak Liber, może tego nie ma na płycie, a wpadło na mój komputer przez przypadek? Mam taką nadzieję. Na szczęście reszta piosenek trzyma poziom, a pochwalić na pewno można System i Zawieszenie w czasie i przestrzeni, no i na końcu znalazł się bonus, piosenka po angielsku! Ale to już wybaczę.

Tak więc płytę polecam tym, którzy potrzebują czegoś nowego w ojczystym języku, a są zbyt niecierpliwi, żeby czekać na nowe płyty bardziej uznanych zespołów.

środa, 4 lutego 2009

Kazik: Silny Kazik pod Wezwaniem

Kazimierza zawsze lubiłem. Bo i za poglądy i za styl życia, i za koncerty, bo mimo wieku, dalej w wielkiej formie jest i całe swe zatłuszczone serce w nie wkłada. No i wiadomo, za muzykę również. Przede wszystkim za KNŻ (reaktywowali się!), potem KULT (koncert w Krakowie 04.03, Studio!), na końcu za jego Kazikowanie. Bo i to takie jęczenie zawsze było prawie nie do wysłuchania albo trzeba było mieć dużą wenę w danym dniu, żeby daną porcję przeboleć. No, chyba, że dzień bardziej procentowy był. Wtedy sama przyjemność.

I tak, patrząc na twórczość Kazika pod szyldem "Kazik" to trzecia płyta, która traktuje o twórcach inniejszych. Najpierw był se Kurt Weill (płyta znakomita), potem był se Tom Waits (też fajna ale bardziej po pijaku, z resztą, sam Waits swój śliczny zachrypnięty głos odpowiednim dawkom alkoholu zawdzięczał przecież) no i przyszła pora na Silną Grupę. Popularna bardzo swoją drogą za ciemnych czasów głębokiej komuny.

Super jest. Od płyty Sidneya "2000" Polaka nie było dobrej płyty do spotkań towarzyskich spod znaku tych zakrapianych. Kaziowi się nie spieszy, wszystko tam tak powoli leci, płynie sobie, układa się w całość. Oryginałów słuchać nie miałem okazji, pomimo wszystko, podoba mnie się. Chociaż "Południca" w wykonaniu KNŻ'etu dla mnie lepsza. Ta tutej bardziej surowsza.

Płyta nie dla każdego. Bo przecież nie każdy spotkania zakrapiane musi lubić. Siądźcie sobie kiedyś w zaufanym gronie, które Kazikiem nie gardzi, odkręćcie nakrętkę i...delektujcie się.

czwartek, 29 stycznia 2009

Narodził się polski pop - o Furii Futrzaków słów kilka


Na początku była ciemność i ogarniała całą polską muzykę. Nie było bowiem żadnego źródła światła. I widząc to Bóg stwierdził, że tak dłużej być nie może. Rozłożył więc sobie pracę na 7 dni. Stworzył, dnia pierwszego, Ściankę i Lenny Valentino. I nazwał je Bóg "rockiem" i widział, że wszystko, co stworzył, było dobre. Następnego dnia Bóg stworzył Afro Kolektyw i widząc, że to, co stworzył, było dobre, nazwał go "organicznym hip-hop jazz'em". I tworzył tak Bóg kilka dni i wszystko, co stworzył, było dobre.

Aż wreszcie rzekł Bóg: "Tak czy siak oni wszyscy kuleją, bo nie mają dobrego popu, stwórzmy więc dwoje ludzi na podobieństwo najlepszych chwil zagranicznego popu!". I stworzył Bóg Andrzeja Pieszaka i nakazał mu robić elektroniczne podkłady do piosenek. I rzekł mu Bóg: "Możesz wstawiać swoje utwory na Myspace".

I robił Andrzej Pieszak elektroniczne podkłady i chciał je nawet wstawiać na Myspace'a. Jednak Bóg obserwując go, stwierdził: "Nie jest dobrze, by mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią pomoc dla niego!". I tak, pobierając od Pieszaka elektroniczne podkłady, stworzył Bóg Kingę Miśkiewicz i dał jej melodie. A gdy zetknął ich Pan ze sobą, Andrzej Pieszak rzekł: "Ta dopiero uczyniła muzykę z moich podkładów!". I połączyli się ze sobą tak ściśle, że powstało jedno ciało - Furia Futrzaków.

I rzekł im Bóg: "Bądźcie płodni i piszcie dużo piosenek, abyście zapełnili ten kraj dobrymi utworami! I daję Wam wszelkie programy komputerowe, aby wam nigdy warunków do tworzenia nie brakowało!"

I słuchała Furia Futrzaków Boga i pisała świetne piosenki. Powstały więc Cukier w kostkach, 107, Nastroje, Nie stało się nic złego, Dziękuję bardzo i Pod latarnią. I tak powstał popowy raj tam, gdzie kiedyś panowała ciemność.

Kinga Miśkiewicz i Andrzej Pieszak pisali bowiem zwariowane utwory, idealnie dopieszczone podczas produkcji i do tego z kapitalnym wokalem. Ten powykręcany songwriting, te wspaniałe podkłady, te melodie i ta taneczność owych piosenek musi zachwycać. Tym bardziej, że ziarno wydało plon na jałowej ziemi, na naszej ziemi z popem nieobeznanej i raczej suchej w tym względzie. Chyba nikogo nie trzeba do tego przekonywać - polski pop nie istniał przez wiele lat, a jednorazowe średnie kawałki już wywoływały ekstazę wśród stęsknionych za porządnymi nutkami i świetnymi koncertami - że przywołam Miał być ślub Moniki Brodki jako pierwszy z brzegu przykład, o.

Do tego teksty... jest nieźle! To niesamowite, bo zazwyczaj polski pop kulał [także] pod tym względem. Co prawda nie jest to geniusz skądinąd bliskiego znajomego 1/2 tego zespołu - Afrojaxa - ale nie ma się poczucia żenady, a to już duży plus. A bywają także momenty kapitalne, jak choćby "Mamo jak mogłam być niemądra tak/ wracać dziś do domu w tak późną noc/ drogą złą, ciemną zbyt" i "I wiem, gdy wracam nocą tą/ latarnie po to są/ by gasnąć wtedy właśnie gdy/ ich światło miałoby pomóc mi" w Pod latarnią czy początek 107: "Sto siedem gór musisz przejść, przepłyniesz sto siedem rzek/ ja znikam gdzieś we mgle, ukrywam się/ bo chcesz znaleźć mnie". Jasne, że rymy są typowe dla popu - mnie/się na ten przykład, ale całe te linijki sprawiają, że w połączeniu z muzyką dostajemy kawałek naprawdę dobrze uzupełniającej się muzyki i tekstów.

O wokalu nie będę chyba pisał, bo nie ma sensu. Jestem bowiem przekonany, że Kinga Miśkiewicz to jedna z najlepszych wokalistek w tym kraju, a jej umiejętności zaprezentowane w danych utworach są wystarczającym dowodem na to, że mówię prawdę.

Reasumując, nie wiem, kto wyda pierwszą płytę Furii Futrzaków, ale jestem w pewny, że będzie to jeden z najlepszych krążków polskiej muzyki ostatnich kilkunastu lat. Większość piosenek z Myspace'a zespołu nadaje się do natychmiastowego importu na długogrający album, bez żadnych przeróbek. Dlatego polecam odnaleźć w Google'ach odpowiednie narzędzia do ściągania plików z owej witryny i natychmiast przerzucić te kawałki na swoje odtwarzacze. Nie musicie dziękować, to moje zadanie.

I ostatnia paląca kwestia: czy mam jakieś rady dla zespołu? Jasne, w ilości jeden. NIE TYKAJCIE OWOCÓW Z TEGO DRZEWA NA ŚRODKU RAJU!

Myspace zespołu

środa, 28 stycznia 2009

Intro

Trzech kumpli spotkało się w pubie. o2 wziął browara, SimonS wziął browara, Yeti... Yeti browara nie pijał. Lubiał udawać abstynenta.

Yeti
: No to... No to może bloga?
SimonS: W sumie...
o2: Tak! Bloga! Będziemy pisać bloga kvrwawaszamać!

No i poszło...Siedli przy stoliku. Pierwszy spróbował o2.

o2: Witamy. Ten oto blog powstał zupełnym przypadkiem w rękach trzech osób, które muzykę traktują jako coś więcej. SimonS, jesteś tam?
SimonS: Eee... pozdrawiam mamę i tatę.
Yeti (wyrywając się): Jako że nasze poglądy na muzykę radykalnie się różnią, na wstępie chciałem zaznaczyć, że zapewne nie zgodzę się z większością notek kolegów.
o2: To i nawet lepiej. Zawsze lepiej spojrzeć na coś z trzech stron niż z jednej, nie?
SimonS: I tak rację zawsze będzie miał obiektywny Yeti. ;)
Yeti: Eee... sam chciałeś mnie na naczelnego!
o2: Bo SimonS to się zawsze bał odpowiedzialności. Nieważne... Co to ja...Aha! Bo wiecie, my tu chcemy o muzyce, co nam leży, a co nie. I czemu akurat to. A czasami może nawet coś ponadto?
Yeti (wypuszczając głośno powietrze): Uff, jak dobrze, że teraz kolej SimonSa!
SimonS: Ja pierdolę, nic nie zrozumiałem...
Yeti: Eeeeej, stawiasz mnie w trudnej sytuacji...
o2: Ta rozmowa zmierza do nikąąąąąąąąąąąąąąd.
SimonS: Wracając do sedna sprawy: chcemy pokazać ludziom, że muzyka to nie tylko music television i że wciąż się ma dobrze, a słowa, że muzyka się skończyła, są fikcją.
Yeti: Poza indie, które faktycznie skończyło się grubo ponad dwadzieścia lat temu...
o2: Teraz to ja nic nie rozumiem.
SimonS: Krążą plotki, że nawet nadszedł kres fickyjnego indie, więc przed muzyką nastają piękne lata!
Yeti: Łooooooo tam, piękne lata? Kylie coraz starsza, Radiohead się rozdrabnia. Na metalu się nie znam, ale oni sami chcą być mroczni, a nie piękni...
SimonS: Dobra, dobra, dosyć pieprzenia. Muzyka jaka jest każdy widzi. Tak poza tym, to będzie spoko, nie? Nie pobijemy się?
Yeti: Bić się nie będziemy, co najwyżej zawalę Ci skrzynkę mailową...
o2: Paranoja...