Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 grudnia 2010

Yawn: Yawn E.P.

Nie spodziewałem się, że w tym roku coś mnie może jeszcze zaskoczyć. Oczywiście, mam swojego faworyta do rocznego podsumowania, ale kolejne miejsca - cóż, jest jeszcze trochę czasu, więc wszystko się może zdarzyć. W zeszłym roku zupełnie jak cała reszta świata, zachwyciłem się Animal Collective. Byłem oszołomiony i połknąłem zarazem wszystkie poprzednie wydawnictwa AC, co oszołomiło mnie jeszcze bardziej. Nie ma co ukrywać - Yawn brzmią podobnie. Tylko, że tutaj nie chodzi o podobne brzmienie czy o jakieś nowatorstwo. Ci ludzie brzmią jak poranny ptasi świergot na skraju deszczowego lasu jakiejś cudownej rajskiej wyspy.

Epkę otwiera kawałek 'Toys". Wokal podkolorowany chórem idealnie splata się z tłumionymi dźwiękami gitar i radosnymi harmoniami. Nawet solowe partie gitar, których zazwyczaj nie lubię tutaj pasują tak, jak nic innego pasować by nie mogło. "Kind Of Guy" (klip) rozpoczyna się od prostego rytmu rozgrywanego na dwie osoby, do tego dołącza instrument, który brzmi jak hang lub coś równie pierwotnego i odświeżającego. Całości dopełniają świetne wokalne harmonie - już mnie kupili. Kiedy wysłuchałem tego utworu po raz pierwszy wiedziałem już, że reszta nie może być zła. I rzeczywiście - kolejna piosenka "David" porwała mnie mieszanką plemiennych zaśpiewów, które mogłyby pochodzić z rejonów gdzieś pomiędzy Afryką, Ameryką Południową i Oceanią. Przejście w połowie jest miażdżące, czuć wielką, pierwotną siłę. Z kolei następny kawałek "Empress" zaczyna się radośnie dzięki pięknie poprowadzonej gitarze i tym hawajskim, egzotycznie brzmiącym dźwiękom. Ostatni utwór, "Midnite" prowadzony przez bas wzbudza najlepsze uczucia, do tego jeszcze raz piękne harmonie, gdzieniegdzie automat perkusyjny, elektronika... Po prostu cud, miód i orzeszki.

Po kilkunastokrotnym przesłuchaniu sprzeciwiam się twierdzeniu, że Yawn kopiują AC, Vampire Weekend, czy jakiekolwiek inne zespoły tworzące muzykę inspirowaną dźwiękami plemiennymi. Są świetni, a w moim prywatnym rankingu znajdą się na pewno bardzo wysoko. I to nie tylko dlatego, że połowa składu ma polskie nazwiska.


PS. EPkę można za darmo ściągnąć z oficjalnej strony zespołu: yawntheband.com. Podobno w przyszłym roku będą w Polsce. Ja czekam, a Wy?

sobota, 23 stycznia 2010

10 najlepszych płyt 2009

Rok 2009 w muzyce był rokiem rewolucyjnym. Dlaczego? Powstało Uchem w Nutę, rzecz jasna, najlepszy blog o płytach, singlach itd. w sieci. Wszyscy to wiemy, rozumiemy, wielkie wydarzenie. I oto na 4 dni przed obchodami naszej z Wami rocznicy, pokazujemy Wam listę albumów, które wymiatały w 2009 roku.

A było czym się ekscytować. Od bardzo dobrych płyt wyjadaczy rockerki i nie tylko (Flaming Lips, Dinosaur Jr., te klimaty) przez przeróżne popowe epki (Nite Jewel, Baxter, znamy to) po wydawnictwa, o których nam się nie śniło (kusi mnie, by zażartować, ale nie zrobię tego i nie wpiszę tu Stachursky'ego) i nawet nie pamiętamy ich nazw. Spędziliśmy wiele godzin na przeszukiwaniu rynku. Potem na słuchaniu tego, co zdołaliśmy upolować. Kolejne dni i tygodnie spędzaliśmy na opisywaniu, przybliżaniu Wam tego, co wartościowe. Aż wreszcie nadszedł czas podsumowań. Oto owoc tych setek godzin. Oto owoc muzycznego roku 2009. [Yeti]


10
Sunset Rubdown
Dragonslayer
recenzja [Piąty Bitels]



Od opublikowania listy singli minęły jakieś dwa tygodnie, a ja już żałuję paru rzeczy i parę rzeczy bym zmienił. Czy przepisałbym też listę płyt? Nawet jeśli, Sunset Rubdown bym nie ruszył. Zadziwiające jest, dlaczego tak wartościowe nagranie spotkało się z takim miałkim lansem, przez co jestem jedyną osobą krzyczącą o poziomie Dragonslayera w polskiej blogosferze. A jeśli nie jedyną, to jedną z nielicznych - nieistotne, boli tak samo. A boli, no, bo nie jest ta płyta ani odkrywcza, ani specjalnie oryginalna, ale opiera się na zwięzłym pakiecie przynajmniej bardzo dobrych melodii, których pozazdrościć mogłaby nie tylko cała reszta kanadyjskiej sceny niezależnej, ale i gitarowa scena ogólnie. Poza tym, tegoroczny Sunset Rubdown > tegoroczny Dinosaur Jr. > tegoroczny Modest Mouse (który ma jeden moment, a na tej liście - i wszyscy zastanawiają się jakim cudem - się znalazł). Jeśli uważasz inaczej, nie słuchałeś Sunset Rubdown. [Piąty Bitels]


09
Modest Mouse
No One's First and You're Next (EP)
recenzja [Piąty Bitels]



Tak się zastanawiałem, jak to możliwe, że EP-ka z odrzutami z poprzednich albumów wylądowała u nas na tak wysokim miejscu. Przecież to nie jest zasługa tego, że rok był słaby, bo jak sami próbujemy udowodnić był bardzo dobry. Więc po prostu piosenki Modest Mouse które są za słabe, żeby znaleźć się na albumie długogrającym, są świetnym materiałem, żeby stworzyć bardzo długi album krótko grający, który jest w stanie znowu podbić serca fanów. Przecież na tym albumie znalazł się m.in najlepszy singiel wg. UwN (według Yetiego zdecydowanie przehajpowany, ale nas było dwóch, więc mamy rację) i nie umniejsza mu nawet to, że w 1997 roku w utworze Tundra/Desert był podobny motyw gitarowy, który teraz został udoskonalony. Reszta utworów nie ustępuje The Whale Song, więc jeden z najważniejszych zespołów minionej dekady w pięknym stylu się z nią pożegnał. [SimonS]


08
Bibio
Ambivalence Avenue




Ja w ogóle kiedyś myślałem, że folktronica = folk + electronica, cóż za faux pas. Ten człowiek wcale nie łączy folku i elektroniki, tylko nagrywa i folk, i elektronikę, a później taki album - gdzie połowa piosenek brzmi, jakby był kumplem Aphex Twina, a drugie pół, jakby lubił wyjść na miasto z Fleet Foxes - wydaje i taki album okazuje się być bardzo dobrym albumem. Intrygujący to zabieg, na pewno, a sam autor jakby chciał powiedzieć: po melanżach lubię zbierać grzyby i łowić karasie. Bibio dobrze sprawdza się i w roli wędkarza, i imprezowicza - gdyby rozdzielił tę płytę na dwie części: tę IDM-ową i tę akustyczną, dostałby bez problemu kontrakty w dwóch różnych wytwórniach, specjalizujących się w dwóch różnych gatunkach. I na tym to właśnie polega. [Piąty Bitels]


07
The Witest Boy Alive
Rules
recenzja [Piąty Bitels]



Bliskie spotkanie z melodią, jakąś nieśmiałą przebojowością, ale zawsze przebojowością. Nieopisana jest rola basu i barwy wokalu (ale ten wokal słyszeliśmy już paręset razy wcześniej, wiadomo, poor leno, where you'll be, I'll find you), spora jest zasługa singla - trzeciego ogniwa w ciągu sampli, coverów, re-make'ów i inspiracji: Cola Bottle Baby - Harder, Better, Faster, Stronger - 1517. Ogromny wkład wszystkiego, co się tutaj dzieje, a dzieje się tak naprawdę niewiele, bo klasą i stylem jest tu redukcja dyrdymałów, minimalizm znaczy. [Piąty Bitels]


06
Baxter
Proof (ep)




Gdyby parapsychika istniała, a ja posiadałbym zdolności z tych rejonów, zapewne nie tknąłbym Baxtera. Gdybym wierzył w różne numerologie, literologie itd. pewnie nie posłuchałbym tej epki, ze względu na niekorzystne położenie literki x względem literki e w ksywie artysty. Przeraziłaby mnie także konstelacja o w tytule. Ale sorry, wszystko mam na swoim miejscu, wszystko mam dobrze ułożone (to trochę jak utwory na płytce Baxtera). Nie wierzę w takie pierdoły (to zupełnie inaczej niż z potencjałem przebojowości u Baxtera) dla naiwnych (grupa osób, które nie przesłuchały Baxtera, na przykład). Obalamy mity, ja i Baxter, kumacie. [Yeti]


05
Animal Collective
Fall Be Kind (ep)
recenzja [Yeti]



Nie znam osobiście żadnego wiernego fana Animal Collective który byłby z nimi od początku, ale domyślam się, że wśród takich osób może panować przekonanie, że się sprzedali, stali się znani, popularni, a ich najnowsza muzyka jest łatwa w odbiorze. Ja jednak się cieszę z takiego obrotu sprawy, bo dla mnie starsze albumy Animali jak na razie są za trudne w odbiorze. Na szczęście ludziom z wiekiem zmienia się smak, więc mam nadzieję, że i ja w końcu zasmakuję w poprzednich płytach tego kolektywu. A na razie zajadam się Fall Be Kind i zaczynam degustować poprzednie ich potrawy, które powoli zaczynają nabierać smaku. Więc jest nadzieja, że jeszcze będą ze mnie ludzie. [SimonS]


04
Grizzly Bear
Veckatimest
recenzja [Yeti]



Naprawdę nie rozumiem, dlaczego większość płyt roku w podsumowaniach wcześniej było recenzowanych akurat przeze mnie. Oto macie przed sobą kolejny z tej serii album - najnowsze dziełko Grizzly Bear. I jeśli patrzeć na stosunek wartości artystycznej do hajpu, jaki spotyka danego artystę, to misiek wypada najporządniej. Przehajpowane Girls (także przeze mnie, przyznaję); słabo hajpowane The Bird and the Bee, nagły hajp na Animali - wszystko to może dziwić. A Grizzly Bear w tym szumie zawsze lokuje się gdzieś tam w pierwszych dziesiątkach kolejnych rankingów. I bardzo dobrze, tam ich miejsce. Bo to mocna rzecz jest. [Yeti]


03
Flaming Lips
Embryonic
recenzja [Piąty Bitels]



Nazwać ich współczesnym Pink Floyd to chyba obraza dla obu zespołów. Chociaż taka myśl zapewne pojawia się po informacji, że Flaming Lips scoverowali całe The Dark Side of The Moon. Pink Floyd jest jednak tylko jedno, a Flaming Lips wyrobiło sobie już taką markę, że nie ma prawa porównywać ich do kogokolwiek. Embryonic jest 12 płytą w dorobku, a zespół pokazuje, że jest jak wino, im są starsi, tym nagrywają lepsze albumy. Minęły 23 lata od debiutu, wiele zespołów po dwóch dekadach grania zaczyna odcinać kupony od sławy, a oni się dopiero rozkręcają! Więc już nie mogę się doczekać czym nas zaskoczą na 30 lecie istnienia, i tych oczekiwań nie zmniejsza nawet niepotrzebne zmierzenie się z legendą Pink Floyd. [SimonS]


02
Animal Collective
Merriweather Post Pavilon
recenzja [Yeti]



If I could just leave my body for the night, then we could build four walls and adobe slats for my girls. Tak, jak Hitler chłonie demotywatory, tak Animal Collective pochłonęli mnie, urzekając i przygwożdżając tym, jak można skomplikować proste rzeczy i jak skomplikowane rzeczy można rozprostować. Wyrazy „support” i „sport” jeszcze nigdy nie leżały tak blisko siebie, jak w piosence o pomaganiu bratu, który jest sportowcem. To niedorzeczne i tak obrzydliwie trywialne, że aż urocze. I w ogóle, jak już jesteśmy przy uroku, Animal Collective mają u mnie gej-dyspensę i śmiało, jako zdrowy heteroseksualista, uważam, że są boscy. Niewyczerpani artystycznie, płodni w nagraniach jak mało kto, mocarni i tacy wielcy, choć tacy przecież mali, skromni i prości. Od kiedy stali się hipsterskimi posążkami i maskotkami fanklubu Wayfarerów na Facebooku, trochę obciachem jest nazywanie Merriweather Post Pavilion płytą roku, ale obchodzi mnie to tyle, co zeszłoroczny śnieg, jeśli to faktycznie jest płyta roku. I ja rozumiem, że poprzednie dzieła zwierzęcych przemistrzów mogą się nie podobać, bo miejscami mają - ja ich nie słyszę, ale tak na mieście mówią - ciężkostrawne momenty, ale jeśli nie podoba ci się Merriweather Post Pavilion, to co ci się podoba? [Piąty Bitels]


01
The Bird and the Bee
Rays Guns Are Not Just The Future
recenzja [Yeti]



Kiedy nadchodził czas podsumowań rocznych, niemal wszyscy byliśmy przekonani, że wygrają Animale. Nasze przekonanie graniczyło z taką pewnością, że Bitels to mi nawet na GG skrobał, iż zaszczyt mnie szurnie, bo - jako naczelny - opisywać mam płytę roku, a Merriweather Post Pavilon jest albumem świetnym. I tak dalej, i tak dalej. Jako sporą ironię losu należy więc potraktować fakt, że w ostatecznym rozrachunku to The Bird and the Bee zgarnęło najwyższe laury dla siebie.

Jest to o tyle zabawniejsze, że Rays Guns Are Not Just The Future jest płytą popową, a wcale przecież nie obrodziła w liczne singlaki na naszej liście. Musimy Wam to jednak wyjaśnić: oczywiście Ptaszek i Pszczółka miałyby paru mocnych kandydatów (Polite Dance Song; Love Letter to Japan z najbardziej oczywistych), acz wyrolowali nas i wszystkich naszych faworytów wystawiali w latach 2007 czy 2008. No a podsumowujemy dwanaście miechów 2009, kumacie. Dave Diamond też nam się podoba, bo to dobra piosenka jest. Ray Gun to już w ogóle jeden z mych ukochanych utworów ostatnich dni, tygodni, miesięcy - acz akurat czułbym, że jest pohańbiony, gdybym umieścił go na liście singli. To nie jest singiel. To taka perełka, co ją trzymam pod poduszką. Jest moja i tylko moja. Te zwrotki! Ten refren! To... wszystko!

Meteor, pieśń o pewnym tańcu, jest niesamowicie piękna. Ale nie na singiel, nie pasuje mi tam. Rozczulające Baby to raczej kubek z herbatą i wspominki w późny, zimowy wieczór niż lista wymiataczy roku. To coś jest ponad. O Polite Dance Song już pisałem, więc dodam tylko, że kogo nie zachwyca gra wokali na wysokości would you please, would you please (apologise) etc., ten nie wiem co, ale fajny to raczej nie jest. W You're A Cad miecie partia klawiszy i basta, a masa prostych wyzwań w stylu I should be better, but im worse wyjątkowo celnie trafia. I o ile część muzyczna w Witch pasuje mi średnio, to wokal już wymiata po całości, brawo. Birthday to kolejna z piosenek za które dałbym się pociąć i naprawdę nie wiem, jak mogę tak nieczule pisać o tym, co mną tak wstrząsa. To cudo jednak też nie jest singlem. I jak Ray Gun był perełką, tak Birthday to skarb największy z największych. Chyba nie chcielibyście także na liście singlowej Lifespan Of A Fly, jeden z najlepszych utworów o śmierci ever? Chyba nie chcecie głosu matki proszącej dzieci, by nigdy jej nie zapomniały, na liście piosenek - z całym szacunkiem, kocham te piosenki, ale jednak - o wielorybach czy kupowaniu mieszkania? No proszę Was.

Dlatego jeśli pytacie czy da się nagrać płytę pop, która nie zainkasuje żadnej pozycji w pierwszej piątce singli roku, a wygra plebiscyt na najlepszą płytę, to macie odpowiedź. Animali przepraszam, a my widzimy się wkrótce - przy listach dekady. Myślę, że ani Bird, ani Bee nas wtedy też nie opuszczą. [Yeti]

sobota, 16 stycznia 2010

10 najlepszych polskich płyt 2009

Niewiele blogów i serwisów muzycznych decyduje się na osobne listy dla wykonawców z kraju nad Wisłą. W redakcjach uznaje się bowiem, że nie ma powodu, by Poland traktować jakoś inaczej niż resztę świata i zasadniczo wrzuca się wszystko do jednego worka. Taki koncept, choć zrozumiały, był niemal od początku odrzucany w mojej głowie, jeśli chodzi o plany na podsumowanie roku (i dekady też). Uchem w Nutę nie po to bowiem bawi się w pokazywanie naszymi paluchami tego, co wartościowe nad Wisłą, by w styczniu dorzucić płyty z jUeSejA czy innego jUKeja i cieszyć się, że kogoś tam zrobiliśmy w kokodżambo.

Dlatego też, wraz z kolegą SimonSem, przygotowaliśmy listę 10 albumów, które zmiotły rok. I chociaż pewnie każdy z nas jakoś by tę kolejność pozmieniał, to - powiedzmy sobie szczerze - nie ma bata, to świetna lista, a każda z tych płyt warta niejednego przesłuchania. Dolary w dłoń i do sklepu, choć najpierw przeczytajcie, dlaczego warto. [Yeti]


10
Małpa
Kilka numerów o czymś




Rok 2009 w Polsce upłynął zdecydowanie pod dyktando rapu, którego wybitnym znawcą nie jestem, a Szymon to chyba jeszcze mniej. No ale sorry, taki Małpa na przykład. Koleś wypuszcza nielegala, sprzedaje mu się, ma dobre bity, niezłe flow i charyzmę. Ta ostatnia zaś pozwoliła mu przekonać do siebie niejednego nieprzekonanego do tej pory w ogóle do rapu, wobec czego szacun należy się podwójny, wiadomo. Pozwól mi nie mówić nic ma znamiona świetnego singla, Paznokcie to kawał dobrej liryki (Ty kiedy mijasz ją na alejach Starówki / myślisz o jej czterech literach jakbyś pisał krzyżówki, kumacie), choć i tak absolutem jest Wyjeżdżam by wrócić - jedna z najlepszych niesinglowych piosenek w polskiej muzyce 2009, z doskonałym flow, tekstem i bitem. I chociaż osobiście ciągle sądzę, że Tetris czy Ten Typ Mes zasłużyli na to miejsce nieco bardziej, to i tak cieszę się, że opisuję Małpę. A miał to rzucić. [Yeti]


09
Kolorofon
kpt. Skała
recenzja [Yeti]



Po przesłuchaniu tej płyty miała z nas zostać Hiroszima. Przynajmniej tak zapowiadała to Bomba Atomowa. Niestety: widać, że bomba wybuchła już dawno, czego potwierdzeniem jest fakt, że atomowy singiel pojawił się długo przed płytą, a indie-disco, dance-punk (jak zwał, tak zwał) swój krótki moment panowania na parkietach ma już dawno za sobą. Ale przecież jesteśmy najważniejszym państwem środkowo-wschodniej Europy, więc do nas wszystko przychodzi z lekkim opóźnieniem. A jak mówią, lepiej późno niż wcale. Więc nie ma co się przejmować spóźnieniem dance rockowej kolei i czas wyjść na parkiet, bo oprócz osławionego pierwszego singla są też takie kawałki jak bardzo dobry Funktime. Więc za samą oryginalność na nadwiślańskim rynku muzycznym zasługuje ta płyta na wyróżnienie. Tylko szkoda, że pojawiła się tak późno. [SimonS]


08
Jazzpospolita
Jazzpospolita (EP)



Niektórzy twierdzą, że przy opisie płyty mającej choćby znamiona jazzu, należy koniecznie wykorzystać tekst, iż 'go generalnie nikt nie kuma'. Abstrahując jednak od tego (bo Uchem w Nutę jest tak niesamowicie fajne, że nie przywykło iść za radami mas), kto go kuma, a kto nie, muszę powiedzieć, że ja nie tylko nie kumam, ale nawet nie ogarniam. Dlatego nie będę się tu rozpisywał w opasłych tomach, powiem krótko, jednym zdaniem. Jeszcze nie, bo długość akapitu musi być jakoś tam przyzwoita. Nie miałem dziś szynki na śniadanie, jak Francuzi. O, już. Sprawdźcie tę płytę, warto, choć nie ogarniam dlaczego. [Yeti]


07
The Car Is On Fire
Ombarrops!
recenzja [Yeti]



Odejście Borysa Dejnarowicza z The Car Is On Fire zaowocowało zmianą oblicza zespołu. Formy muzyczne stosowane na Ombarrops! wydają się prostsze, łatwiej wpadające w ucho. Ta decyzja była ryzykowna, ale okazała się słuszna - wątpię, czy w realiach polskich da się nagrać krążek w stylu Lake&Flames będący od niego lepszym. Chyba nie da się. A nowy pomysł na TCIOF, choć staremu równać się nie może (zobaczycie przy podsumowaniach dekady, dlaczego) daje im miejsce w dziesiątce najlepszych polskich płyt najlepszego polskiego bloga muzycznego w najlepszym roku polskiej muzyki od lat kilku przynajmniej. Słowem: kawał dobrej, gitarowej muzyki z moimi ukochanymi Strawberries czy Usignoli Celesti na czele. Dobra robota. [Yeti]


06
Tymon & The Transistors
Bigos Heart




Wyszedł taki bigos. Wrzucone stare kawałki, dodane nowe i posypane bitlesowskimi przyprawami. Nie lubię bigosu, ale ta płyta mi smakuje. Po kilku projektach Tymańskiego mało powiązanych z typowym rockiem dostaliśmy dawkę 100% gitarowych kawałków. I fajnie, bo takiego klasycznego rocka coraz mniej, a polskiego i na poziomie do słuchania prawie wcale. Więc powrót Tymańskiego do korzeni bardzo cieszy. [SimonS]


05
New Century Classic
Natural Process
recenzja [PiątyBitels]



To był bardzo dobry rok dla polskiego post-rocka. Najpierw Tides From Nebula, następnie New Century Classic. Mimo tego samego gatunku trudno porównać oba zespoły, bo TFN charakteryzuje się bardziej cięższymi brzmieniami, a u NCC występują urozmaicenia, między innymi skrzypce czy zróżnicowane melodie. Dlatego pierwszą bitwę wygrywa New Century Classic, ale walka dopiero się zaczęła. Nie sądzę, żeby Polska prasa fascynowała się tym pojedynkiem tak jak brytyjska w latach 90, gdy na listach przebojów królowało Blur i Oasis, ale ja z pewnością będę obserwował poczynania obu zespołów. A jako taka rywalizacja między oboma zespołami pewnie nie istnieje, ale na pewno to motywujący czynnik, jeżeli się wie, że na tak na razie biednym polskim rynku post-rockowym istnieje silna konkurencja. [SimonS]


04
Drivealone
Thirty Heart Attacks A Day
recenzja [Yeti]



Przyłączam się do opinii większości, The Letitout EP było lepsze. Gdyby Maciejewski powtórzył sukces EP-ki byłby na podium i do końca walczyłby o zwycięstwo. A tak dobre 4 miejsce, ale wyżej nie dało rady, a projekt CNC potwierdza, że w krótszych formach Maciejewski wypada lepiej. Bo na Thirty Heart Attacks A Day są dobre kawałki, ale często giną między trochę słabszymi. Więc płyta wymaga większego skupienia wśród słuchaczy, którzy perełki muszą wyszukiwać sami. Ma to swoje plusy i minusy, bo wiadomo, że lepiej by było dostać same świetne kawałki które wciąż za nami chodzą, ale tak dostajemy tajemniczy materiał który będzie można odkrywać na nowo przy każdym kolejnym odsłuchaniu. [SimonS]


03
Ortega Cartel
Lavorama
recenzja[Yeti]



Jeśli pytasz o Ortegę w kontekście najlepszej polskiej płyty rap w historii, to odpowiadam: nie, Lavorama nie jest aż tak mocarna. Jeśli jednak już szukasz czegoś, co mógłbyś wrzucić na listę dekady, to hej, to jest właśnie ten trop. Gdy bowiem wyłączymy poza nawias flow gospodarzy, to mamy tutaj poziom wybitny. A i trzeba przyznać, że ten rap, choć może jakoś nie wspomaga grawitacji w przyciąganiu Twojej szczęki, to z doskonałymi bitami komponuje się dość dobrze. I choć pół roku temu napisałem słaby raczej tekst o tej płytce, to się nie załamujcie. Uchem w Nutę jest fajnym blogiem, ale bez przesady - wymiatać mogą także krążki ze słabymi recenzjami. Ten wymiata, całkowicie. [Yeti]


02
CNC
No Mood




CNC po raz pierwszy, Maciejewski po raz drugi, Dejnarowicz po raz trzeci. Wróć, po raz pierwszy. Ale przelicytowane, CNC na miejscu drugim. Cztery kawałki sklejone trzema sklejkami które tworzą jedną całość trwającą 27 minut. Może za krótko, ale lepsze jest wrogiem dobrego, więc lepiej nie przedobrzyć. A chcemy dostać zwięzłą dobrą całość, niż mieć wrażenie, że coś jest doklejone na siłę i nie pasuje. Najrówniejsze 27 minut w polskiej muzyce 2009 roku. [SimonS]

Heh, to naprawdę zabawne, że postacie Borysa Dejnarowicza i Piotra Maciejewskiego wywołują takie emocje na polskiej scenie muzycznej. I choć można o nich mówić wiele i długo, bo każdy jest postacią barwną, to jedno nie ulega wątpliwości: obaj znają się na dźwiękach. Potrafią je łączyć, mają to wyczucie, którego brakuje mainstreamowym zespołom nad Wisłą. Oni po prostu BRZMIĄ. No mood doskonale to potwierdza. Dla D&M nieistotne, na czym opiera się kompozycja. Od openera do closera jadą po bandzie dobrą muzyką, pokazując swój kunszt kompozycyjny i aranżacyjny. Eleganckie przerywniki wykańczają dziełko do perfekcji - otrzymujemy niezbyt długą, za to masakrycznie dobrą, dawkę dźwięków, które zostają w głowie i zachwycają. Udowadniają, że panowie z CNC zasługują na szacunek za to, co robią. Że bez nich rodzima scena byłaby uboższa. Udowadniają, że to dobrze, że są. To chyba wielki komplement dla artystów. [Yeti]


01
Plastic
P.O.P.
recenzja [Yeti]



Plastic? Coś kojarzę, z 3 lata temu widziałem jakiś teledysk, kiczowaty pop, to nie dla mnie. No ale jak mówisz, że ich nowa płyta jest dobra, to sprawdzę - tak przez dwa miesiące odkładałem, dzień po dniu. Słyszałem Lazy Day - no niezłe, ale czy warte, żeby przesłuchać całą płytę? No nie wiem, ale kiedyś przesłucham. Minęło trochę czasu i pojawił się kolejny singiel - Never Been Better - no, już bardziej mi się spodobał, fajny pop, zostaje w głowie. Wciąż mnie to jednak nie przekonało i dni dalej płynęły, a ja mogę teraz tylko tego żałować. No ale w końcu się zdecydowałem, bo zbliżało się podsumowanie roku, a przecież Yeti by mnie zabił, gdybym przysłał ranking płyt bez przesłuchania tego krążka. Najpierw zakochałem się w Night Butterfly - zapętlony utwór nie opuszczał moich głośników, no ale ile można? Przecież nawet najlepszy utwór kiedyś się nudzi, więc poszedłem dalej i już nie zapętlałem jednej piosenki, a całą płytę. I tak płyta poznana w grudniu została moją płytą roku. Ale chyba zasłużenie, mam taką nadzieję. Debiutu jeszcze nie przesłuchałem, ale mam zamiar to nadrobić, 3 lata temu w ogóle nie znałem się na muzyce i pewnie teraz nie nazwę tego jakimś kiczowatym popem. Chociaż, czy kiczowaty równa się słabemu? No raczej nie. [SimonS]

Hej, hej, hej, no przecież, że Plastic. Murowany kandydat do jednej z najlepszych polskich płyt 2009 nie zawiódł i nagrał krążek, o którym już pisałem, że nie umiem go opisać. I choć dziś pewnie potrafiłbym wykrzesać nieco więcej słów, to jestem zadowolony z tekstu, jaki wtedy opublikowałem. Ekshibicjonizm emocjonalny, jaki wtedy miał miejsce na Uchem w Nutę długo się tu zapewne nie powtórzy (choć w 2010 album wyda Furia Futrzaków, więc kumacie, będzie się działo). I choć ciągle płaczę nieco za Ortegą, to gratuluję serdecznie mym pupilom. Jesteście fajni, naprawdę, a ja naprawdę nie umiem pisać. [Yeti]

sobota, 9 stycznia 2010

10 najlepszych singli 2009


No nie mogę powiedzieć, żebyśmy jakoś strasznie narzekali na ten rok. Owszem, wielu marudzi, że mało albumów, mało singli, mało wszystkiego. Ale myśmy się interesowali i znaliśmy nawet tego zainteresowania obiekty, co zresztą możecie sobie obczaić w listach indywidualnych. Ostateczna lista tradycyjnie nie zadowala więc żadnego z nas, ja zaś szczególnie cierpię ze względu na brak takich wymiataczy jak pewien singiel Amerie, brak docenienia Toro Y Moi czy Emiliany Torini. Piąty Bitels z kolei pewnie uroni jakąś łezkę po tym, w jaki sposób Shazam zremiksował Munka i tak dalej, i tak dalej.

Macie przed sobą 10 singli, które uzyskały najwięcej punktów w głosowaniu redakcyjnym. Listy różniły się znacznie, czego świadectwem może być choćby fakt, że 3 utwory wymienione poniżej nie powtórzyły się na listach i jawią się w zasadzie jako osobiste podjarki redaktorów. [Yeti]


10
Jay-Z (feat. Alicia Keys)
Empire State of Mind
posłuchaj



Jay-Z jako producent stworzył już kilka przebojów, m.in z Rihanną, czy z Beyonce, tym razem nawiązał współpracę z Alice Keys z którą wziął na warsztat ich rodzinne miasto - Nowy Jork. Miasto niepotrzebujące reklamy. Każdy je zna - dzieci myślą, że to stolica USA (a to wielkie miasto nie jest nawet stolicą stanu Nowy Jork). Ale duetowi to nie przeszkadzało i postanowili zaśpiewać pieść pochwalną dla swojego Empire State, co przypadło do gustu zarówno nam, jak i sporej populacji globu. Nie lubię Stanów Zjednoczonych, nigdy nie marzyłem o podróży do NYC ale słuchając tej piosenki i oglądając teledysk przedstawiający walory miasta, aż przychodzi na to ochota. Ale to może kiedyś, jak zniosą wizy i będę miał niepotrzebne 10 tysięcy dolarów. Czyli pewnie nigdy. Wracając do piosenki, otrzymujemy tutaj świetny beat połączony z tym z czego jest znana Keys, czyli z fortepianem, dodajmy do tego jej świetny wokal i otrzymujemy najlepszy radiowy hit zeszłego roku. [SimonS]

I ten refren! Przepraszam, musiałem. [Yeti]


09
The Bird and the Bee
My Love
posłuchaj



Są tacy ludzie, jak Richard David James, którzy mają trzy imiona. A co z tymi, którzy mają dwa imiona: jedno żeńskie i jedno męskie? Tacy ludzie, jak Inara George, są obdarzeni głosem słodkim jak truskawki i łagodnym jak Marcin Najman, a wraz z producencką pomocą kogoś, kto współpracował z gwiazdami muzyki popularnej: Lily Allen, Kylie, a nawet z Beckiem i Flaming Lips, tworzy być może najładniejsze piosenkowe piosenki roku. Oczywiście, i tu redakcja pewnie się zgodzi, najśliczniejszą częścią ich najnowszego albumu jest Love Letter to Japan, ale - jako że został on wydany jeszcze w 2008 roku - nasz wybór padł na cukrowo-lukrowane My Love, śliczną, popową błyskotkę z tak uroczo wyśpiewanym hey boy, would you take me out tonight?, że chce się odśpiewać: yeah, I would. [Piąty Bitels]


08
Mew
Repeaterbeater
posłuchaj



Pięciominutowy teledysk i tylko niecałe trzy minuty muzyki, ale warto czekać, tym bardziej, że to jeden z najciekawszych teledysków ubiegłego roku. Muzycy w czasie hipnozy zaczynają grać utwór i tak właśnie brzmi, jakby powstał w takich warunkach. Charakterystyczne brzmienie Duńczyków na pograniczu psychozy połączone z przebojowością która zostaje w głowie. Tak jak już pisałem w recenzji, Mew się kocha, albo nienawidzi, więc tylko od Was zależy czy docenicie ten utwór, czy nie. [SimonS]


07
Ariel Pink's Haunted Graffiti
Can't Hear My Eyes
posłuchaj



Jeśli chcecie wiedzieć, kim jest Ariel Pink, to Wam nie powiem nic więcej ponadto, że to geniusz. Can't Hear My Eyes to utwór, który znalazł się tu, bo jest jego tworem. Ale nie, nie dlatego, że się do geniusza przywiązałem - po prostu geniusz stworzył dzieło genialne. Minuty na nie poświęcone nie będą straconymi. Naprawdę, zaręczam. Delikatny wokal i wspaniały podkład pod nim czynią z tejże piosenki jednego z najlepszych nienatecznych singli 2009 i doprawdy nie wiem, dlaczego nie znalazła się ona na listach SimonSa czy Bitelsa. No ale Szymon i Paweł Szymonem i Pawłem, a muzyka muzyką i trzeba cenić to, co dobre. Bo mym indywidualnym hajpie Ariel Pink obronił się w dziesiątce i trzeba mu gratulować, bo jest czego. Naprawdę, Szymonku i Pawełku, to nie żarty. To Ariel Pink, you know. [Yeti]


06
Fool's Gold
Surprise Hotel
posłuchaj



Przygotuj się na wilgoć. Jeśli nie w spodniach, to na dworze. W tym roku, specjalnie dla ciebie, wakacje przypadają na styczeń. Miks żydowskiego zawodzenia i klimatycznego - ktoś wołał Davida Byrne'a? - wiosłowania był moją ścieżką dźwiękową do sierpnia dwa tysiące dziewięć, mam nadzieję, że będzie i ścieżką do tego sierpnia oraz że będzie ścieżką do waszych sierpni. Był taki dzień, kiedy w teorii było już za późno, bo i za daleko, bo i nikomu się nie chce - na pływanie, a ten bezimienny wokalista, przy nieopisanej pomocy głównego tematu gitary, wręcz zawołał mnie na plażę. Wszystko, co dobre pod koniec ubiegłorocznych wakacji, działo się przy Surprise Hotel. Jest parę historii, które się wydarzyły, gdy grałem na nosie partię saksofonu, ale nie opiszę: ani zdarzeń, bo są to raczej hermetyczne wspomnienia, ani samego saksofonu, bo trzeba go po prostu posłuchać (ale koniecznie do tego saksofonu dotrwajcie). [Piąty Bitels]


05
Röyksopp
Happy Up Here
posłuchaj



Ja tu się próbuję skupić i wyciszyć, a tu mi jakieś tirli-tirli nad uchem się puszcza, i weź tu się przed tym obroń. Był taki dzień (ale nie miałem jeszcze mikrobloga, to sobie nie zapisałem, który), że od samego rana, kiedy usłyszałem Happy Up Here, do rana drugiego dnia, kiedy na jakieś trzydzieści sekund zapomniałem jak to leciało, moja głowa była zapętlonym odtwarzaczem muzycznym z tym tirli-tirli właśnie. A po tych trzydziestu sekundach - znowu. Później to już tak sporadycznie. Jak teraz. Tirli-tirli. [Piąty Bitels]


04
Nite Jewel
Want You Back
posłuchaj



Dowcipas z cyklu sucharczaki: podczas mojego pierwszego spotkania z Nite Jewel usłyszałem Want You Back. Kumacie, nie że live, ale że sobie wbijam na portal, gdzie generalnie mają być filmy, a jest sporo muzyki i widzę fanowski teledysk. Kumacie, że jakieś piaski, trawy, chwasty i tańczące ludziki z czegoś tam. Wchodzi znakomity podkład i rozmazany wokal. Oglądam do końca, jestem zauroczony. Pod koniec obiecuję, że wrócę. Kiedy parę dni później odpalam płytkę, mówię do Nite: I'm back. Kumacie? [Yeti]


03
Animal Collective
What Would I Want? Sky
posłuchaj



Dobra, przyznaję wam rację, Animal Collective zdominowało 2009 rok. Długo się przed tym broniłem, wciąż tego nie rozumiałem, ale EP-ka wydana pod koniec roku mnie do tego przekonała. A w szczególności utwór który zajął u nas 3 miejsce. Być może My Girls jest bardziej przebojowe, chociaż sam wolę Summertime Clothers, to jednak w What Would I Want? Sky w ciągu prawie 7 minut usłyszymy, to co u Animali jest najlepsze. Zresztą z Fall Be Kind EP mógłbym na tę listę dać wszystkie utwory, bo są tak dobre, ale postanowiłem że dam też szansę innym i dałem tutaj tylko ten utwór, któremu najbliżej do perfekcji. Ale reszta peletonu na serio ma bardzo małą stratę, uwierzcie własnym uszom. [SimonS]


02
Animal Collective
My Girls
posłuchaj



Bo wiecie, ja się z tym naszym werdyktem demokratycznym pogodzić nie mogę. Oto jeden z największych zespołów ostatnich lat nagrywa cudowną, fantastyczną piosenkę, w której jest wszystko, a wygrywa jakiś tam Isaac Brock z jakąś tam piosenką z jakiejś tam epki. A przecież My Girls to jedna z tych melodii, które siedzą i prześladują. Męczą głowę, kolana, ramiona, pięty, kolana, pięty, kolana, pięty, głowę, ramiona, kolana, pięty, oczy, uszy, usta, nos. Gra wokali? Smaczna. Podkład? Smaczny. I teledysk smaczny. I wszystko ogólnie bardzo smaczne, więc zapomnijcie o jakimś Whale Song, zanim jeszcze przeczytacie, dlaczego pamiętać powinniście. A, bym zapomniał: Piąty Bitels jest ode mnie lepszy w piśmiennictwie. Ale to tylko słowa, a liczy się muzyka, przecież. Więc mu nie wierzcie, singlem roku My Girls! [Yeti]


01
Modest Mouse
The Whale Song
posłuchaj




Skomplikowane jest wymierzenie wartości singla ze względu i na potencjał singlowy, i na faktyczną wartość muzyczną. Zostaliśmy przyzwyczajeni do słabych muzycznie singli, ale - no właśnie - singli. Albo po prostu ja zostałem przyzwyczajony. A tu mamy sytuację odwrotną: jako pojedynczaka wydano coś, co istotnie nigdy singlem zostać nie powinno i co już nawet nie jest dobrym singlem, a fantastyczną piosenką. Sprzątacz w biurze, który de facto nie umie sprzątać, ale - gdy nikt nie widzi - rządzi i dzieli w księgowości. Dość czerstwe porównania mam, jak na opis najlepszego utworu roku, ale wiecie, o co chodzi: niesinglowy singiel pozamiatał singlowe single. Rock nie umarł, Whale Song żyje. Widzę tutaj Isaaka Brocka w formie sprzed dziesięciu lat, w utworze, który spokojnie mógłby być dziesięć lat temu wydany i, gdyby był, dziś byłby klasykiem amerykańskiej sceny alternatywnej. Chociaż, dla mnie i tak jest. Bo oto doświadczyłem geniuszu. [Piąty Bitels]

poniedziałek, 4 stycznia 2010

10 najlepszych polskich singli 2009



Przyznam szczerze, że nie pamiętam tak dobrego roku w polskiej muzyce, jeśli chodzi o wysyp singli. 2009 bowiem dla mnie zapisze się głównie jako dominacja rapu na krajowej arenie, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w liście osobistej, do obczajenia w komentarzach. Niestety, reszta redakcji rapem się już tak nie jarała, no i ostatecznie wiele dobrych kawałków się nie obroniło.

Ale nie narzekajmy, bo - powiedzmy sobie szczerze - ta lista wymiata. Oto redakcja Uchem w Nutę daje Wam 10 soczystych kawałków ze słuchania których można i nawet powinno odczuwać się sporą przyjemność. Naprawdę sporą. Powodzenia. [Yeti]

10
Tymon&Transistors
Pete Best Was Good Enough
posłuchaj



Według niektórych najlepszy singiel tego roku, u nas na 10 pozycji. Ale to nie znaczy, że go nie doceniamy, bo doceniamy. Jako, że uwielbiamy The Beatles to piosenka w tej stylizacji nam przypadła do gustu. A że Tymon śpiewa o Piątym Bitlesie, to ucieszyliśmy się, że docenił naszego redakcyjnego kolegę. Do tego Paulina is dead (znaczy tylko na naszym blogu, gdzieś tam w Polsce sobie żyje i szuka szczęścia, więc się nie martwcie), dlatego liczymy na taki sam sukces jak czwórka z Liverpoolu, chociaż znowu zostało nas trzech. [SimonS]


09
Quiz
Słowa dla (feat. Brudne Serca)
posłuchaj



Listy były już prawie ułożone i zbliżał się koniec roku. Nagle (bodaj 29XII) obczaiłem na blogu pewnego pana z pewnego serwisu o muzyce, że coś tam Smarki Smark. Nie mogłem odpuścić okazji (no bo przecież Smarki, nie?) i odpaliłem kawałek. Poszedłem zrobić herbatę, zapomniałem, nie słyszałem. Wracam, wchodzę na pewne forum i tam też link. "A, miałem posłuchać". Posłuchałem i od tamtej chwili odpalam niemal codziennie. Brudne Serca w tym kawałku walą z grubej rury życiowy tekst o tym, jak to im było z rodzicami, ale że generalnie mają respekt. Nie brzmi zachęcająco? To posłuchaj, jak im to wyszło, bo ja Ci tego nie opiszę. Znaczy chciałem wybrać najlepsze wersy, ale było to na tyle trudne, że sobie darowałem. Moc, szczególnie wejście Smarka na wysokości Tata nie żałuje, że nie zostałem raperem - my żałujemy, że olałeś marzenie. Serio. [Yeti]

08
kamp!
Cosmological
posłuchaj



Jedyny przedstawiciel muzyki klubowej na tej liście, ale z siłą zawartą w wykrzykniku wtargnęli na alternatywną scenę i pokazali fanom rocka, że elektronika to nie tylko techno, a słuchanie takiej muzyki nie przynosi wstydu. Na razie zaprezentowali dwie EP-ki, ale my z niecierpliwością czekamy na album długogrający, bo chcemy posiadać w swoich zbiorach więcej takich piosenek jak Cosmological. [SimonS]

07
CNC
Magenta Ants
posłuchaj



CNC to projekt, podczas słuchania którego ani na chwilę nie zapominamy, kto jest jego autorem. Magenta Ants to utwór długi jak na single, ma aż 7 minut i opiera się generalnie na graniu czegoś w kółko. Kto ma taki songwriting? No kto? No D. A ten leniwy, rozlazły klimat? No M. I zarówno D., jak i M. są tu bardzo mocną ekipą przecież i bardzo mocno się wykazali. Świetne gitary, dobry wokal, takie ambitniejsze The Car Is On Fire trochę jednak chyba. A może nie, w każdym razie: mocna rzecz. Matko, ile ja razy podczas tych opisów używam "moc" i "mocna". To dobry rok musi w takim razie być. Albo mój zasób słów opada, nie wiem. Oby rok. [Yeti]

06
Mika Urbaniak

In My Dreams
posłuchaj



Jakie to śmieszne! Jakie to śmieszne, że gatunek muzyczny, który w polskim wykonaniu żenuje najbardziej, jeśli go porównać z trendami światowymi, był w roku 2009 najbardziej nadążającym za modą nurtem w Polandzie. No bo ej, jaraliśmy się tu płytką The Bird and the Bee, a i w Polsce mamy coś uderzającego w podobny deseń. Tylko trochę lżejsze. Właśnie, lekkie. Jak ptasie mleczko (w reklamach!). Polecamy, mocna rzecz. [Yeti]

05
Plastic
Night Butterfly
posłuchaj



Niestety dopiero 5 miejsce, a spokojnie ta piosenka powinna znaleźć się na podium, ale Plastic przegrał z... Plastic. Tak więc poznaliśmy najlepszy singlowy zespół 2009 roku na terenie RP. No dobra, Night Butterfly jeszcze nie jest singlem, ale mamy wielką nadzieję, że nim się stanie. Wtedy w kolejnym podsumowaniu będziemy mogli po raz kolejny ją uhonorować. A jest co, piosenka mniej cukierkowata od oficjalnych singli, z przyjemnym riffem, a przebojowość wciąż ta sama. [SimonS]

04
Furia Futrzaków
Brokat
posłuchaj



Jeszcze nie wydali debiutu, a już jestem ich die-fanem. I ten fenomen utrzymali także tym kawałkiem, który MUSIAŁ się znaleźć na tej liście. Brokat pierwszy raz usłyszałem w okolicznościach zwykłych, tzn. siedząc przed komputerem (chciałem napisać "siedząc w kapciach", ale ja akurat w kapciach nie chadzam) i obczajając na Youtube nagranie z pewnego festiwalu w Gdyni. Ej, Czytelniku, do dziś mam to video na odtwarzaczu i do dziś doznaję muzycznie. I nie tylko, bo jak się patrzy na radość wokalistki w pewnym momencie, to i człowiek się raduje. A, że same sentymentalizmy? Że nie ma nic o kawałku? To najlepszy polski pop, jeśli nie ever, to chociaż czasów, w których żyję. Ale jednak chyba ever. MUSISZ to zobaczyć. Niech brokatu deszcz na Ciebie spadnie, powodzenia. Trzymaj, trzymaj, trzymaj, trzymaj się! [Yeti]

03
Plastic
Never Been Better
posłuchaj



Byłem P.O.P.-ędzany, żeby napisać ten tekst, ale - P.O.P.-ierwsze - nie jest ten utwór na tyle P.O.P.-ularny, żeby móc go opisać z głowy, a - po drugie - P.O.P.-rostu trudno jest ująć w słowa polski singiel P.O.P.-owy na światowym poziomie. Tekst, co prawda, jest tak prosty, że napisałbym lepszy nawet teraz, kiedy miłościwie nam panujący redaktor naczelny atakuje mnie na Gadu-Gadu: napisałeś już o Plastic, a może o Plastic już napisałeś? - ale nie o tekst tu chodzi. To jest śliczne i kolorowe jak hybryda drużyny cheerleaderskiej i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Skoczne, szybkie, radiowe, potrzebne polskiej muzyce, potrzebne i mnie. P.O.P.-isowy numer. [Piąty Bitels]

02
Łona&the Pimps
Bumbox
posłuchaj



Mój problem z Łoną jest taki, że ja mam generalnie zupełnie inną hierarchię jego albumów niż każdy, kto ich słuchał spośród obywateli tej planety. Znaczy nie bardzo jara mnie niedopracowane Koniec żartów, wolę wszystkie pozostałe płytki z ubiegłorocznym Insertem (EP) na czele. Bardzo się więc ucieszyłem, gdy usłyszałem o nowej aranżacji tego cudownego tekstu o bumboksie, co się buntuje i płyt czytać nie chce. W samym kawałku zmienia się niewiele - jak zauważył Piąty Bitels, którego wyręczam w tym opisie - głównie czuć tylko i może nawet aż, że automaty zastąpiły żywe instrumenty. Wychodzi to conajmniej tak samo dobrze, jak ostatnio, a teledysk jeszcze dodaje uroku. Nie będę cytował highlightów, bo cały ten tekst świeci jasno na polu wszystkich tekstów wszystkich muzyków ever i na nic groźby, na nic przecieranie innych tekstów szmatką - zdania nie zmienię. I kropka, choć Łona po "i" użył jednak innego słowa. [Yeti]

01
Afro Kolektyw
Mężczyźni są odrażająco brudni i źli (feat. Filip Jaślar)
posłuchaj


Niedawno, pisząc o Przepraszam, dałem znać, że Afro Kolektyw to temat rzeka. Zdanie swe podtrzymuję, dlatego skupiam się wyłącznie na kawałku. Jeśli chodzi o tekst, to cała pierwsza zwrotka jest złożona z linijek absolutnie genialnych, doskonale połączonych i stanowi dla mnie najlepszy tekst polskiego hip hopu spośród tych, które przesłuchałem. Już na początku bowiem Afrojax serwuje nas hipertekstem Jeżeli chcecie, żebym czuł się tu jak w domu / wyrzućcie stąd wszystkich, powinno pomóc, by za chwilę poczęstować nas jeszcze lepszym, autorionicznym Głupie gadki? Widziałem głupsze / rzeczy w życiu - większość w lustrze, no i przejść do opisu, jak bardzo ma gdzieś to, co nadaje ta babka (studentka socjologii) i ujawnić swoje cele: Kto jest zły, a kto dobry / i po co tu przyszedłem? Przyszedłem na podryw. Wchodzi refren, o którym nic nie piszę, bo kumacie i druga zwrotka, gdzie Afrojax dissuje studentkę wybitnym Nie szukam idei, szukam dziewczyny/ kleisz socjologię, więc cię to nie dziwi. No hej, słyszeliście równie genialne wersy? Nie chcecie odpowiadać? To ja odpowiem: nie słyszeliście.

Ale ej, Afro Kolektyw to nie tylko linijki, ale też i muzyka. Hej, moc tego podkładu zrobionego na syntezatorze? Hej, jak prześwietny jest udział Filipa Jaślara? Hej, jak charakterystyczne jest to, co stworzyli? A jak doskonale czuć tu rytm? Hej, no człowieku, ja wiem, że Połącz kropki była w 2008, ale nie moja wina, że panowie z Kolektywu chcieli też wymieść w 09 i wypuścili jeden z najmocniejszych swych utworów na singla. A ten kawałek to obowiązek każdego, nie tylko fana rzeczy wokół hip hopu. To arcydzieło, kumasz. [Yeti]

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Maxwell: BLACKsummers'night

Cześć, dawno się nie widzieliśmy. Widzisz, mam taki problem: podmiotem tego opisu jest pewien album. Płyta ta zasadniczo wpadła mi w ręce parę dni temu i raczej głupio byłoby powiedzieć, że znam ją na wylot. Nie znam jej aż tak dobrze.

Mało tego: niewiele wiem też o samym Maxwell'u. Wedle mej wiedzy jest to człowiek, który nagrywa r'n'b / neosoul i generalnie robi to na różnych instrumentach. Wiem też, że jego celem jest wydanie za rok płyty blackSUMMERS'night, co albo jest głupim żarcikiem, albo konceptem, którego nie zrozumiem i nie wiem czy chcę.

Ale widzisz, ja tę płytę przesłuchałem niedawno. Ma niecałe 40 minut. Nie wiem, jak bardzo jest to odkrywcze, bo nie siedzę w rnb. Nie wiem, jaki ma to wpływ na innych wykonawców i jak się prezentuje na ich tle. Ale, kurde, to jedne z najlepszych 40 minut w tym roku. Listowe sprawy, kumasz.

Od Bad Habits po Pheonix Rise ciężko byłoby wynaleźć cokolwiek słabego. Utworki wkręcają się wszędzie: początkowo na playlistę, potem do głowy. I zostają. Dlatego, na zakończenie tego tekstu (bo trudo go nazwać recenzją) informuję, że jestem chyba w ciągu i jutro pewnie też opublikuję jakąś recenzję. Wiem, to nie miało nic wspólnego z płytą, pech.

Wszystkiego dobrego, zaopatrzcie się w Maxwella.

niedziela, 27 grudnia 2009

Kolorofon: kpt. Skała

Na debiut zespołu Kolorofon po tym, jak urzekł mnie w ubiegłym roku utwór Bomba atomowa, czekałem dość długo i nie było mi go łatwo dostać w swoje łapska. W końcu się udało, a z radości postanowiłem się z nim także rozprawić o tutaj, publicznie. Kazał na siebie czekać, to niech ma.

A zespół zaczyna mocno. Wali perka, dochodzi basik, skądś to znamy. Pierwsze dźwięki, wiem, to głupie, skojarzyły mi się z 12 groszy Kazika. Chwilę później już przechodzą bardziej w rejony znane nam z dorobku Esmi, by za moment trochę wpaść w niektóre stare piosenki Much. Od wejścia wokalu robi nam się tutaj coś w stylu takie bandu jak Kobiety... skojarzeń mam tu naprawdę sporo; w każdym razie Śmielej brzmi jak synteza kilku bardziej udanych patentów muzycznych w Polsce ostatniej dekady. Miodnie.

Zapałki - hej, pamiętacie swego czasu charakterystyczny sygnał Offensywy? Pamiętacie, jakiego był zespołu? No, to wiecie, jak się zaczyna ten utwór. Wokal tym razem, nie wiem czemu, przypomina mi Tymona Tymańskiego na wysokości poukładajmy razem zapałki. W warstwie muzycznej dzieje się tu dużo, a nawet bardzo. Jest gęsto, są częste zmiany tempa, przeplatanki. Fajnie. Końcówka trochę pod Mozart pisał bez skreśleń Afro Kolektywu.

Sieczka rozpoczynająca Dobrze, że jesteś kończy się szybko i otrzymujemy trochę zawodzący wokal, przechodzący chwilkę później trochę jakby pod Janerkę albo Ciechowskiego. Ale też bez przesady, znaczy: słychać podróbeczkę, ale słychać też, że śpiewać wokalista umie. Radocha, nie?

Rozpoczyna się Funktime. Faktycznie jest tu trochę funku, znowu w stylu Afro Kolektywu (Afrojax zresztą raz się nawet do tego utworu przyczynił w wersji live, polecam) - by za chwilę przejść we fragmencik spod znaku Interpolu, bardzo dosłownego znaku zresztą. Motyw interpolowski się powoli kończy, do wokalisty dołącza eleganckie skandowanie, jest miło. Powraca Interpol i tak w kółeczko. Przyjemnie.

Fairytale to krótki, szybko mijający przerywnik w zasadzie. Jest nieźle, ale w porównaniu do innych kawałków na płycie, to trochę nudnawo, choć solówka i perkusja w końcówce sympatyczne i znowu nam coś przypominają, prawda? Nadchodzi więc zaraz potem Łobuz, choć nie zaczyna się łobuzersko. Wręcz przeciwnie, łobuz się czai póki co. Rzecz narasta, by znów opaść. W zasadzie wydaje się, że to zgrabny mix paru motywów. Znowu jest tu wokal w stylu Nawrockiego z Kobiet, więc nie narzekam. Znowu jest przyjemnie.

Chciałbym to także jakieś dziwne połączenie Janerki, Nawrockiego i totalnie pokręcony podkład muzyczny. Prawie trzy minuty dobrej, zaskakującej muzyki, cieszmy się. Ale nie przesadzajcie, bo to tylko przystawka przed...

...daniem głównym. Bomba atomowa to bez wątpienia jedna z ciekawszych polskich piosenek ostatnich lat. W gruncie rzeczy prosty, urokliwy, choć trochę za bardzo w stylu Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach tekst dopełnia tu tylko formalności. Jest elegancka partia gitary, dość wieśniackie (i to ich siła!) klawisze i dobrze dopasowany wokal. Są zmiany tempa, są dobre akordy, wszystko jest. Nic nie powiem więcej, domyśl się.

Ściera to trochę powrót do pierwszych piosenek z albumu. Tym razem wokal jednak dochodzi z oddali, z tła. Wszystko jest fajne, wchodzi refren. Tutaj pachnie on przyjemnie, lekko. Mostek między refrenem a zwrotką elegancki, znowu wokal z tła. Oj, no rozumiecie - bardzo dobra piosenka, po prostu. Jeden z highlightów płyty, bez wątpienia.

No i pora na tytułowego Kapitana Skałę. Zaczyna się jak jakiś zespolik jazzowy w knajpkach przydrożnych, wokalista szepce w znanym nam już stylu "ni to Janerka, ni to Ciechowski, ni to Cieślak, coś pomiędzy, fajnie". Motyw lekki, przyjemny, udany wieńczący lekką, przyjemną, udaną płytkę.

Tak więc, psze państwa - brawa dla Kolorofonu. Nie wiem czy te wszystkie moje skojarzenia są prawidłowe. Jeśli jednak coś tam trafiłem, to czytacie o płycie sprawującej dwie funkcje. Drugą jest przewodnik po polskiej muzyce ostatnich lat. Jeśli jednak jestem głupi i nie trafiłem, to została funkcja pierwotna. Macie dobrą płytę dla cieszenia się muzyką.

wtorek, 15 grudnia 2009

New Century Classics: Natural Process

O, o Mogwai wszystko / wszystko możliwe jest, gdy Ty... / O, o jesteś blisko, / dla Ciebie kwitną moje sny – śpiewał niegdyś tak, albo zupełnie podobnie, kultowy L.O.27. Mogwai wszystko – to znaczy Explosions in the Sky, God Is an Astronaut, Do Make Say Think, Verticals i tak dalej, i tak dalej – znalazło godnego następcę w Polsce. Być może lepszego, niż połowa sceny Mogwai wszystko™, której reprezentanci zwykle brzmią solidnie, niektórzy nadzwyczajnie solidnie, ale jednak nieświeżo.

Szymon był trochę zdziwiony, że znam zespół z polskiej sceny muzycznej (on – obeznany z nią tak bardzo, jak to tylko możliwe; ja – fatalnie, mam fundamentalne braki, w tym największy: brak czasu na odrabianie braków), którego on nie zna, ale to głównie dzięki zamieszaniu z wytwórnią FDM, która jako „symbol (...) sprzeciwu wobec polskiego oraz światowego przemysłu muzycznego, napędzanego w większości przypadków pieniędzmi, tępotą, wulgaryzmami i seksem”, czyli tak naprawdę w słusznej sprawie, rozdała płyty za bezcen.

To, plus pochlebne recenzje ze strony anglojęzycznego Silent Ballet, dało efekt promocyjny, któremu uległem i chyba słusznie, bo jego rozmiar jest równy, a nawet mniejszy, niż faktyczny lans, na jaki New Century Classics zasługują. Mam nadzieję, że każda z pięciu osób czytająca tego bloga, da im jeszcze większy rozgłos, są warci.

Przede wszystkim plusik u pana recenzenta za zminimalizowanie patosu, bo nic mnie tak w dzisiejszej muzyce post-rockowej nie denerwuje, jak banda śmiesznych ludzi, którym wymarzyło się nagrać coś epickiego i stwierdzili, że dadzą radę. Pełen luz – a może tylko ja to odbieram w ten sposób? – Sandbox Love jest czymś głaszczącym moje uszy. Może powiecie, że są mało wymagające i głaskać je może byle co, ale powiecie tak tylko wtedy, gdy Sandbox Love po prostu nie słyszeliście. A powinniście, no, kurczę, stary, zwróć uwagę na te dzwonki.

Momenty typu „raz, dwa, trzy, teraz brzmimy poważniej” są jakby w cieniu tych radosnych, pewnie ze względu na to, że są oklepanym patentem, ale i tak się bronią – muzycy postawili na melodie łatwe do wychwycenia, trudne do zapamiętania, ale jednak nie takie, które znikają w niebycie pamięci (pozdro pan komentator) – po prostu dobre. Nie, że genialne, fantastyczne i specjalnie odkrywcze, ale na pewno w jakiś sposób ujmujące i pasujące takiemu odbiorcy, jak ja.

No i cały materiał, począwszy od Post-Cards, przez mocny – ale nie najmocniejszy na płycie, jak mogłoby się wydawać po recenzjach Silent Balletu – Congratulate You, Where?, do samego końca jest zbudowany tak, że nawet jeśli utwór nie porywa całą swoją długością, to przynajmniej ma momenty. Album jest więc bezusterkowy, dobrze wyprodukowany, niezaskakujący, ale z całą pewnością warty twojej uwagi. Niech się tak stanie.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Animal Collective: Fall Be Kind (EP)

Rok dzieli się na cztery pory. Pierwsza jego połowa to zazwyczaj czas płyt radosnych, druga - stawiających na smutek. W pierwszej pojawia się więcej hitów, w drugiej - piosenek pięknych, smutnych, ballad. Oczywiście nie jest to regułą i oczywiście bywa też zupełnie odwrotnie. Zależy od roku. Ale na potrzeby tego wstępu przyjąłem takie założenie, bo jakieś przyjąć musiałem. Sorry.

Poza wymienionymi połowami, rok ma jeszcze dwie pory, zaliczające się do obu połówek, ale jednocześnie będące trochę obok. Końcówka roku to czas, gdy redaktorzy muzyczni portali, blogów, gazet, radiostacji i programów telewizyjnych zaczynają układać listy roczne. Najlepsze płyty, najlepsze albumy, etc. Początek roku to z kolei okres, gdy wszyscy dowiadują się - najczęściej z list innych redaktorów innych portali, gazet, blogów, radiostacji i programów muzycznych - o płytach, których nie uwzględnili i bardzo tego żałują.

W roku 2009 jego końcówka zamieniła się z początkiem 2010, wraz z tradycyjną epką Animali, którą Panda i Avey zwykli wydawać wkrótce po swoim longplayu (nomen omen - też na owej liście jest).

Bo tu wszystko jest piękne. Cudowne Graze wyłania się jak promienie ostatniego słońca o poranku zza drzew ze złotymi liśćmi. Chwilę później leniwy głos oznajmia nie spiesz się, to nasz poranek, by za chwilę w dość jednak sielankowej scenerii muzycznej uspokojać siebie samego, że generalnie to wszystko jest ok, chociaż podświadomie wiemy, że nie jest. Wspaniale, nie?

Ok, o ile jakoś tam nieudolnie opisałem Graze, to z What Would I Want? Sky mi się nie uda. Piękno walące po uszach i ryjące niejeden mózg, połączone z perfekcją od strony czysto muzycznej, technicznej itd. Cisną mi się na usta różne powiedzonka mające oddawać jakikolwiek geniusz. Każde jest za słabe. Gra głosów w tym dziele, ilość warstw przeróżnych dźwięków... amazing. Zresztą, co ja będę mówił, sami posłuchajcie i niechaj Was prześladuje powtarzany w kółko tytuł utworu przewijający się w tle oraz geniusz zaśpiewu old glasses clinking. A jeśli Was nie będzie prześladował, to spoko. Nie mamy o czym rozmawiać.

Relatywnie krótkie, acz wymowne Bleeding opiera się na dialogu dwóch głosów. W warstwie lirycznej jest to rzecz bardzo prosta, o czym przekonuje szczególnie I swore/ Good friend / I feel/ Shameful. W zestawieniu jednak z powolnym, pełnym bólu podkładem i rozłożone na dwa głosy stanowi 3:28 sekund, w których słuchacz skłania się do nagłej pokuty. Przytłaczające.

On A Higway to bardzo mocna rzecz. Przemyślenia kierowcy jadącego autostradą. Mija długi czas, dopada go zmęczenie. Coraz bardziej mu tęskno. Przedstawione są chyba wszystkie możliwe problemy takiego człowieka: od nagłej potrzeby fizjologicznej po samotność, kwitowane ostatecznie I can't wait / to find home. Naprawdę mocne.

Ostatnie dziełko Animali z tej epki, I Think I Can to trochę jakby połączenie wszystkich poprzednich utworów. 7 minut i 10 sekund, podczas których dzieje się. I dzieje się naprawdę wiele: tradycyjne już zabawy z wokalem, podlegająca nieustannym zmianom warstwa muzyczna, przemiany klimatów, a przede wszystkim cudwone klawisze spinające to w całość. Trzyma poziom.

Nagły koniec tego mini albumu przychodzi stanowczo zbyt wcześnie i w zasadzie nie mam pomysłu na zamknięcie tej niby recenzji czymś, co by Cię, Czytelniku, przekonało, że warto. Ten jeden pomysł zawiera dwa słowa i one w zasadzie mówią wszystko, co chciałbym Ci powiedzieć. Więcej nie jestem w stanie.

Animal Collective.