poniedziałek, 25 października 2010

Odkopane w październiku

Zainspirowany odnalezieniem długo poszukiwanej piosenki, postanowiłem wskrzesić tę zasłużoną rubrykę. Wraca po prawie rocznej przerwie, więc odkop godny swojego tytułu. Wiadomo, teraz na głowie powinienem mieć czwartą część Single Player. No i mam, ale z weną ciężko, a nowości rzetelnie trzeba oceniać, więc mam nadzieję, że małe wspomnienia pomogą mi się rozkręcić po krótkiej przerwie.  [SimonS]


One-T + Cool-T: The Magic Key

Oto ten łyk inspiracji. Kto by tego nie znał, ale z podaniem tytułu było by już gorzej. Tak jak 7 lat temu  Radio Zet kilkanaście razy dziennie katowało tym singlem, tak teraz przyszło na pomoc. Chociaż tak na prawdę, to ta piosenka nigdy mi nie zbrzydła i zawsze z przyjemnością wysłuchiwałem ją do końca. Więc cieszy, że odnalazłem tytuł. A dzięki tej rubryce zawsze będę miał go pod ręką. Sam duet okazał się firmą krzak, bo po za The Magic Key nic nie wydali. Być może coś osobno, ale kogo by to teraz interesowało? 

Superchunk: Hyper Enough 

W ramach zapowiedzi czwartej części Single Player mogę uprzedzić, że pojawi się tam singiel z nowej płyty Superchunk. Pierwszej od dziewięciu lat. Więc czy to nie świetny powód, żeby przypomnieć sobie o wcześniejszych dokonaniach tej znakomitej grupy? 

Television: Elevation 
Obecnie sporo słucham starej muzyki, żeby lepiej zrozumieć tę współczesną. Takie płyty jak Marquee Moon udowodniają, że te podstarzałe brzmienia na prawdę nie gryzą, a przy okazji często dają srogą lekcję tym współczesnym. Po takiej podróży w przeszłość diametralnie może zmienić się ocena naszych obecnych artystów. Dlatego warto sięgać po takie albumy, a Elevation powinien Was do tego przekonać. 

The Smiths: There Is A Light That Never Goes Out

Ostatnio Piąty Bitles zadał mi pytanie. Czy mam czasem takie dni, że uważam There Is A Light That Never Goes Out za najlepsze trzy i pół minuty w muzyce? Będąc szczerym, odpowiedziałem, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Okazało się, że powodem nieprzyjścia tej myśli do mojej głowy było to, że nie jeżdżę na rowerze w taką smutną pogodę. A wystarczyło jedynie obejrzeć teledysk, żeby wszystko stało się jasne. Więc polecam wszystkim fanom rowerów, niezależnie od  deszczu, oraz całej reszcie. 

My Bloody Valentine: Only Shallow

Powracając do tego wywodu z pod Television. Czasami wydaje się, że człowiek słyszy coś ciekawego i wyróżniającego się na tle często bardzo podobnych brzmieć, a może nawet i lekko odkrywczego. Wystarczy jednak, że powróci do starszych zespołów i znowu sobie uświadamia, że w muzyce prawie wszystko już było. Taki przypadek np. wypada w porównaniu A Place to Bury Strangers i My Bloody Valentine. Ten pierwszy zespół brzmi na prawdę fajnie i cieszy, że ktoś chce jeszcze tak grać. Jednak w porównaniu z  taką klasykę jak MBV staje się oczywiste, kto tu rządzi. Ale pamiętajcie, młokosi też są warci uwagi.

sobota, 23 października 2010

DagaDana: Maleńka

Pojechałem po bandzie, ŁO STARY. Czego słuchasz? zapytał kolega widząc mnie ze słuchawkami w uszach. Utworu DAGADANA zespołu DAGADANA z płyty MALEŃKA, odpowiedziałem i był to raczej koniec naszej konwersacji o muzyce. Niemniej jednak to - dość egzotyczne przecież - zdanie wywołało zaciekawioną reakcję koleżanki, która postanowiła zadać inne z ważnych pytań - co to?. Moja odpowiedź: polsko-ukraińskie trio grające mieszankę jazzu, elektroniki i folku okazała się o tyle wyczerpującą, co i mało interesującą. W efekcie w ciągu kilkudziesięciu sekund zakończyłem dwoma zdaniami dwie potencjalne rozmowy o muzyce.

Nie no, dawno już przestałem się dziwić, że ciężko znaleźć mi z kimś wspólny, muzyczny mianownik. Nie dziwię się, ale żałuję trochę, choć - bądźmy szczerzy - nie ma w tym nic dziwnego. Kto chce dziś, w roku 2010, słuchać polsko-ukraińskiej mieszanki jazzu, folku i elektroniki?

Ano są takie świry i właśnie do nich adresowany jest krążek tria Dagadana. 12 utworów, kilkadziesiąt minut muzyki, którą nie podzielisz się ze sporą ilością znajomych, o ile nie są kosmitami. No chyba, że Twoi znajomi też mają last.fm, Rate Your Music czy Myspace'a i również lubią grzebać w zespolikach, z którymi zawrotnej kariery nie zrobią.

Wszystko to jednak nieważne, bo ja cały czas o potencjalnych niesłuchaczach zespołu, a tu przecież mamy MUZYKĘ i warto byłoby coś o niej powiedzieć. "Tak więc", wszystko zaczyna się od miniaturki o jakże wdzięcznym tytule Preludium Kolir Szczastia, którego to tytułu - podobnie jak i, dość ograniczonego, tekstu utworu totalnie nie rozumiem. Te półtora minutki daje nam jednak okazję, by przywitać się z wokalem Dany i powoli nastawić się na to, jakiej płyty słuchać nam przyjdzie. Intro mija jednak szybko, pojawia się jego druga wersja - Kolir Szczastia, z tytułu której rozumiem jeszcze mniej niż przy indeksie pierwszym. Tym razem otrzymujemy jednak cztery pełne minuty profesjonalnego grania w stylu, jaki zapowiadało preludium - z tym, że tu klawisze jakby bardziej trafiają w duszę, wokal wciąga, a i polskie fragmenty tekstu cieszą, JEST DOBRZE.

Kryjące się pod indeksem trzecim Tango przekonuje mnie, iż teksty ukraińskie znacznie bardziej pasują do muzyki tria niż a teraz, kiedy śpisz, idę w tan / a teraz, kiedy śpisz, idę w taaaaangoooo. Ale nie mam pretensji, nie każdy jest Afrojaksem, wiadomo. 

Jak już jesteśmy przy frontmanie Afro Kolektywu - utworek jedenasty, Dagadana, wzbogaca lirycznie i wokalnie pewien nieznany, choć wielbiony, raper i nawija tu jeden z najlepszych - od strony językowej przynajmniej - zwrotek w karierze. Zabawa słowem świetnie wpisuje się w przedostatni utwór na płycie, dodając mu uroku, podobnie jak późniejsze partie dęciaków. 

I taka jest, w zasadzie, cała ta płyta - niezbyt równa, ale zarówno egzotyczna, jak i eklektyczna. Dająca sporo frajdy, ale i nudząca. Kojarząca się momentami z najfajniejszymi inspiracjami w kraju, by za chwilę irytować klimatem "ambitnych" programów z wielkimi "artystami" muzycznymi ze wschodu w TVP2. Krótko mówiąc: dla świrów, dla pasjonatów, dla die-fanów, dla ciekawskich i dla mnie.

sobota, 16 października 2010

Holy Fuck: Latin

Z Holy Fuck pierwszy raz zetknąłem się niedawno, bo jakoś na początku tego roku. A stało się to, kiedy jeden z moich przyjaciół pokazał mi jeden z miksów (klik) autorstwa tych niezwykle zdolnych Kanadyjczyków. Dlaczego zdolnych? Ponieważ mają momenty, które się pamięta i to dłużej niż zwykło się pamiętać w naszych czasach.

Do całości wprowadza nas niemal ambientowe 1MD. W ciągu 4 minut stopniowo narasta siła dźwięku, w tle słychać zawodzenia, uderzenia w talerze. Rytm zdaje się utrzymywać chropowaty bas będący w istocie niejednostajnym szumem o zmiennym natężeniu, który po wygładzeniu staje się podstawą do jednego z najlepszych kawałków Latin, Red Lights. Nerwowego klimatu dopełniają klawisze i inne kosmiczne dźwięki. Zresztą najlepiej zobaczyć jak oni grają: klik. Obsługa elektroniki już od dawna nie była tak zajmująca. Równie smakowita jest kolejna ścieżka, Latin America. Matt Schulz, osoba odpowiedzialna za bębny m.in. w The Year Before The Year 2000 LSF, z Holy Fuck robi dobrą robotę. Nie jest może tak dobry jak Zach Hill (ta nowojorska scena…), jednak Latin America jest jednym z jego najlepszych momentów. Stay Lit na tle reszty wydaje się niczym nie wyróżniać, ot taki przerywnik. Wrażenie całkowicie mylne – bas rozrasta się do monstrualnych rozmiarów, rytm na początku przewidywalny, pod koniec łamie się by wrócić ze zdwojoną siłą. Za ewolucje na basie odpowiada Matt McQuaid, którego nazwisko można zapamiętać. Linie basu, które tworzy, są na Latin siłą nośną. Jak żelbetonowa konstrukcja wysokościowca, która potrafi unieść cały ciężar kompozycji. Niekiedy schodzi na drugi plan, przykryta kolorową i przykuwającą uwagę elewacją, za którą odpowiadają Brian Borchedt oraz Graham Walsh. Ich umiejętności potwierdzają się w utworze SHT MTN, gdzie tną i zapętlają dźwięki z niezwykłą lekkością, choć to zdecydowanie jeden ze słabszych numerów płyty. Stielttos to popis prędkości. Wszystko jest tu dwa razy szybsze, aczkolwiek utrzymane w klimacie całości. Ostatni numer jest dopełnieniem, iglicą dzięki której drapacz chmur naprawdę drapie chmury.

Zapewne w dobrym tonie byłoby zaprezentowanie się z dość niekonwencjonalną nazwą grupy na t-shirtcie w indie-światku. W ciągu kilku ostatnich lat Holy Fuck zdążyli wrzucić do worka znanego pod nazwą „indie” swoje pięć groszy i osobiście cieszę się, że udało im się tego dokonać. Po znakomitym debiucie sprzed pięciu lat, pokazali, że ten debiut to nie przypadek. A ostatni album trzyma równie wysoki poziom i to nawet pomimo tego, że kapela naprawdę dobre wrażenie robi dopiero, kiedy gra na żywo.

niedziela, 3 października 2010

Menomena: Mines

Mines - płyta którą w tym roku przesłuchałem najwięcej razy, a o której wciąż nie umiem sobie wyrobić jednoznacznej opinii. Czytając inne recenzje tego longplaya nie powinno to dziwić. Rzadko która zdecydowanie ocenia nowy  album Menomeny i prawie każda zostawia niedopowiedzenia. No bo niby wszystko jest na swoim miejscu. Bogata warstwa instrumentalna i dobre teksty, czyli wszystko to, czego oczekuje się od muzyki. Wystarczy jednak porównać nowy materiał z dwoma poprzednimi i przychodzi rozczarowanie. Nie ma tu już oryginalności i świeżości z I Am The Fun Blame Monster, ani przebojowości Friend and Foe

Co więc dostajemy? Menomene. Ot, po prostu. Dobrze znaną, coraz mniej zaskakująca. Czasami lepszą,  znacznie częściej słabszą. Zdarzają się tu momenty singlowe, ale też takie, które co najwyżej powinny posłużyć za b-side. Skupię się tylko na kilku kawałkach, bo reszta często brzmi jak przerywniki przed tymi lepszymi utworami, albo jako czasoumęczacze.  

Otwarcia już nie pamiętam. Jakiś klimatyczny wstęp, który ma nas wdrożyć w klimat całość. Szkoda się na nim skupiać, bo TAOS brzmi lepiej. Wręcz banalny początkowy bas, ale jak brzmi! Tak rzadko wystawiany na pierwszą linię, a szkoda. Lubię dźwięk samego basu i na tym krążku jest sporo okazji, żeby go posłuchać. Piosenka z tych, które mają potencjał. Niestety pięć minut jej nie służy. Trzykrotnie się rozpędza, żeby w najważniejszym momencie hamować. Dopiero w 4:30 wyłączają się ustawienia fabryczne, ale wtedy zazwyczaj już mija chęć słuchania tego pędu. 

Killemall rozpoczyna się niczym kolejny filmik Bagińskiego prezentujący chwałę polskiej historii. Fortepian, trąbka, perkusja nawołująca na wojnę. Jest podniośle, aż tu nagle, ni stąd ni zowąd robi się tak luźno. Lekki wokal, truchtająca perkusja i wesołe klawisze. Niczym biegający piesek po parku. A przecież zapowiadało się na starcie z Krzyżakami! Pod koniec utworu wraca widmo bitwy. Dla mnie połączenie wstępu i zakończenia z rozwinięciem wciąż nie jest zrozumiałe. Ciekawe, czy za kilka lat na niezależnych stronach będą pojawiały się komentarze: Menomena skończyła się na Killemall!

Dirty Cartoons to wg. mnie jedna z najlepszych tutaj piosenek. Gitara akustyczna, fortepian i bas w refrenie. Trochę coldplayowo, ale jak za czasów  Parachutes, więc nie ma się czego wstydzić. Na prawdę. Piosenka która na zawsze dla mnie zostanie wizytówką tej płyty i do której będę wracał z przyjemnością. Znowu ten bas, który niczym znakomity pilot prowadzi nas ku mecie odcinka specjalnego. 

BOTE  bratem TAOS-a jest. Być może capslock ma to potwierdzać. Podobna budowa piosenek, ale tutaj jest znacznie ciekawiej. Perkusyjne solo, potem bas z wokalistą i lecimy w podróż. Na ciekawe momenty tym razem tak długo nie musimy czekać. Powoli atmosfera się podgrzewa, już myślisz, że to zaraz. Ha! Jeszcze moment. Nastaje trzecia minuta i słyszymy driftującą gitarę. Jeden z najgłośniejszych i najlepszych momentów na płycie. Potem jeszcze kilka poślizgów w zakręcie, ale najlepsze już za nami. Minesowa czołówka, zdecydowanie. 

Nic jednak nie może się równać z Five Little Rooms. Pierwsza zaprezentowana piosenka, która wygrywa cały konkurs. Przebojowo jak na Friend and Foe i to wystarcza. Piosenka przesrobblowana w tym roku najwięcej razy i która miała zapowiadać świetną płytę Menomeny. Niestety tak się nie stało, ale piosenka wciąż jest dobra. Przy poprzednich utworach jarałem się basem, a teraz mamy okazję posłuchać solowych dokonań perkusisty. Poza tym w końcu pasująca trąbka i pojedyncze klawisze fortepianu. W podsumowaniu rocznym będę postulował za tym singlem, ale pewnie przepadnie w natłoku innych przebojów.  

To by było chyba na tyle. Sleeping Beatuy i INTIL można potraktować jako napisy końcowe. Tak na prawdę całość ze sobą współgra. Nie ma jakichś wyskoków w stylu Filipa z konopi. To marihuana jest z konopi? To ważne, bo klimat nie jest nadszarpywany. Czasami może dopaść nuda. Chociaż słuchając w tle się tego nie zauważy, a słuchając w słuchawkach skupiamy się na smaczkach instrumentalnych. Tam na prawdę się sporo dzieje i wciąż można się nabrać na Menomene.  Jednak myślę, że słuchacze robią to po raz ostatni. Czekamy na spore zmiany, inaczej na zespół czeka zapomnienie. 

sobota, 25 września 2010

Brodka: Granda

Smak gorzki:

Nie widzę związku pomiędzy słuchaniem „nowej Brodki” a rockizmem, to jest: nie słucham „nowej Brodki”, bo super, że się zmieniła i nie jest „starą Brodką”. W ogóle, nie ma „starej” i „nowej” Brodki – jest dziewczyna, która od dłuższego czasu błyszczała potencjałem, stworzyła między innymi bardzo dobre, świetnie „opowiedziane” Miał być ślub i teraz naturalnie się rozwinęła.

Gdybyśmy (ja, ty, reszta redakcji) nie traktowali muzyki popularnej poważnie, bylibyśmy jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Albo, co najmniej, jak połowa społeczności Lasta, która odbiera Grandę jako „przejście na jasną stronę mocy”, albo coś jeszcze gorszego. Fakt, że Monika po cichu zmieniła grupę docelową z „nich” na „nas” jest – no właśnie – faktem, ale zupełnie nieistotnym. Bo Granda jest solidna. Nie „solidna jak na Brodkę”, nie „solidna jak na Polskę”, bo nie mamy po dziesięć lat, jest solidna po prostu.

Smak kwaśny:

Naturalnie, do czasu singla, album mało kogo obchodził. Sam singiel podzielił odbiorców na tych, którzy postanowili być tak fajni, żeby polubić W pięciu smakach i na tych, którzy byli za fajni, żeby polubić W pięciu smakach. Nie starczyło mi niezależności, żeby ustawić się w opozycji i łyknąłem wszystkie Pięć smaków siejąc mały hajp i odpierając zarzuty o rockizmie właśnie.

Bo plusem nie było samo to, że w Monice słychać Yeasayery, Panda Beary – a to, jak je słychać. Refren, dajmy na to, przykleił się do mnie na długo i tak samo – jak myślę – przykleiłby się, gdyby był inaczej zaaranżowany. A że brzmi jak, nie wiem, polska odpowiedź na freak folk? Ojej, jakie to smutne, że istnieją w Polsce producenci, którzy sztosowe hooki potrafią przystroić w rzeczy na świecie aktualne. Za jakiś czas Brodka mogłaby być chillwave'em, chciałbym zobaczyć reakcje, ale ja nie o tym.

I tak, słuchanie o Smakach jako mesjaszach nie-tandetnego, ambitnego – i jeszcze parę określeń – polskiego popu zmęczyło mnie jeszcze w dzień premiery, ale zasadniczo tego typu odbiór był możliwy do przewidzenia. Wolę pozostać przy tym, że to mocny, jeszcze raz: świetnie wyprodukowany, prawie-że-polski-singiel-roku („prawie że” singiel roku, nie: „prawie że” polski). Oraz najlepszy utwór na krążku.

Smak słodki:

Ale to jeszcze nie wszystko, bo: to początek wschód słońc / i drżenie w kącikach ust / wielkie oczy ma strach / palcem pogrożę mu brzmi jak wiraszkowe: może zechcesz na piechotę / w nasze ulubione miejsca..., a dzieje się w ślicznej miniaturce Kropki kreski. Wcześniej, w K.O., Monika wypowiada najlepsze „r” w karierze (zgraja psów) i tekstowo penetruje tereny Fight Clubu, a w Saute liryki-erotyki stroi w niewymuszenie ładny easy-listening. Mało?

Smak ostry:

Swoich faworytów można jednak szukać już na samym początku. Po świetnej, folk-kwaśnej Szysze, atakuje nas tytułowa Granda, znana już wcześniej, zresztą – ale po angielsku. Dla nie polubię cię / jak powiedzieć prościej? / zbliżysz się o krok / porachuję kości warto posłuchać wersji polskiej: tak stanowczej Moniki nie ma na płycie już nigdy później.

Przez pierwsze trzy utwory, w ogóle, mamy do czynienia z albumem na listę roczną. Skądś-już-to-znam-riff Grandy i chwytliwe refreny Szyszy i Krzyżówki dnia to popisy piosenkopisarskie, które na wejściu tworzą bagaż punktowy, a ten – z racji tego, że płyta trwa niewiele ponad pół godziny – nie zdąży się już specjalnie ulotnić. 

Smak słony:

Co nie znaczy, że nie ma momentów nieznacznie odstających. Hejnał, co z tego, że względnie fajny, jest bezużyteczny. Nic nie pamiętam również z Bez Tytułu,  a ostatni utwór, Excipit, poświęca trochę czasu, zanim się do niego przekona, ale:

W pięciu smakach Brodka tapla się i wytaplała spójną, bardzo dobrą płytę. Wytaplała sobie też, a może przede wszystkim, rzeszę ludzi – w tym mnie – którzy czekają na następny krok wciąż przecież młodej, więc poszukującej, wokalistki. Okładka też mi się podoba, tylko trochę mniej niż strój, w którym Monika występowała na OWF-ie.

piątek, 24 września 2010

Band of Horses: Infinite Arms

Sprawa wygląda tak: kiedy słucham tej płyty jest nawet przyjemnie. Nie w ten sposób, oczywiście, jednak gdzieś tam w głowie są poruszane jakieś ośrodki przyjemności. To coś jak ze wspomnieniami. Kiedy myśli się o zeszłorocznych udanych wakacjach odczuwa się tą wewnętrzną przyjemność. Albo kiedy jemy coś smacznego, wtedy naprawdę może być przyjemnie. Albo jak z jesienią sprzed lat – spacery po parku, podrzucane w górę kupy ognistoczerwonych i złotych liści – wiadomo, że było przyjemnie, jednak tak jakoś niewyraźnie, nie wiadomo czy to było pięć lat temu, czy siedem i czy w tym roku będzie równie dobrze jak niegdyś.

Cóż, takie mieszane mam odczucia, kiedy słucham tej płyty. Tak naprawdę Infinity Arms nie odbiega daleko od tego co zwykło się nazywać indie-popem, czy indie-rockiem. Pobrzmiewa w tym wszystkim coś z folku i te tak ostatnio bardzo modne harmonijnie wkomponowane wokale. Słychać również jakiś rodzaj wzruszenia, wzbudza to to jakąś tęsknotę za czymś, czego sobie nie uświadamiamy i mówiąc wprost – miejscami jest najzwyczajniej ckliwe. Kilka utworów może wprowadzać lekką zmyłę, bo nie są w typowym bandofhorsesowym balladowym stylu, ale to tylko dwa lub trzy kawałki i następuje powrót do sprawdzonej formuły.

Podsumowywując – Band of Horses smęcą na tyle przyjemnie, że ma się ochotę posłuchać do końca, ale nie na tyle, aby pamiętać o nich przez dłuższy czas. Może nie będę oryginalny, jednak zgodzę się z wieloma opiniami z Ynternetu – poprzednie wydawnictwa naprawdę były lepsze. A jeśli mam być już bardzo szczery, to gdybym chciał powracać w przyszłości do czegoś „w tym stylu”, to powróciłbym raczej do Parachutes Coldplay.

wtorek, 21 września 2010

Coma: Symfonicznie

Ostro, rokendrolowo, "z jajem". I na dodatek symfonicznie. Coma nawiązuje w ten sposób do klasyków gatunku - m.in. zespołu Metallica. Najważniejsze wydarzenie muzyczne 2010 roku w Polsce. A może i w Europie.

Gdy pierwszy raz usłyszałem muzykę zespołu (a było to w czasach, gdy często oglądałem program stacji muzycznej Viva na TVN-nie) zrozumiałem, że prawdziwy ROCK nie umarł. Że porywający tłumy liderzy w rodzaju Ryszarda Ridlera cały czas mogą objawiać słuchaczom swój geniusz. Piotr Rogucki, bo to o nim - jako kontynuatorze chlubnej tradycji rockowych-półbogów mowa - to talent na miarę Chopina.

Profanuję? Ależ skąd. Może gdyby nie było tej płyty niektórzy "plastikowi" głucholce mogliby uznać moje słowa za nonsens. Jednak wraz z wydaniem albumu "Symfonicznie" członkowie Comy pokazują, że ich muzyka potrafi trafiać zarówno do młodych, poszukujących odbiorców, jak i osób starszych, koneserów muzyki, łasych na obdarowywanie ich uszu cudownymi smyczkowymi pasażami dźwięków.

Dlaczego ta płyta jest idealna? Łączy wszystko co najlepsze w polskiej muzyce. Znakomita tradycja polskich symfonistów (że przypomnę tylko Szostakowicza czy Gershwina) spotyka się tu z manifestami rockowymi, wywodzącymi się jeszcze z pamiętnego Woodstocku 1983. Piotr Rogucki kontestujący zastaną smutną rzeczywistość (brudne akademiki, brzydkie dziewczyny w nich, gaszenie palącego się oleju wodą z kranu) na tle ekstatycznych pasaży fortepianu. Partie gitarowe połączone z liniami melodycznymi puzonów. Delikatny, zwiewny, szepczący bas uwydatniony przez leciutkie muśnięcia smyczka. Cisza... I te teksty... Niezapomniane przeżycie, katharsis...

Płytę mogę polecić dosłownie KAŻDEMU.

No dobra. Koniec żartów. Zestawienie słów "Coma" oraz "Symfonicznie" mówi jednak wszystko.

niedziela, 19 września 2010

Cieślak i Księżniczki: Cieślak i Księżniczki

Prawdopodobnie w życiu każdego człowieka był taki czas, taki okres, gdy gitara akustyczna wzruszała zawsze, o ile towarzyszyło jej odpowiednie jęczenie. Niektórzy w ten sposób muzycznie się wychowywali, stąd zapewne sukces takich - słabych przecież - utworów jak choćby myslovitzowe Chciałbym umrzeć z miłości czy Wieża melancholii: piosenek nie mających zbyt wiele do zaoferowania poza kilkoma dźwiękami i smętem wokalisty. Tak, to jest pora, by każdy z nas uderzył się w pierś: słuchaliśmy złej muzyki, mamo, bo znajdowaliśmy w niej właśnie odzwierciedlenie swojej - mniejszej lub większej - wrażliwości. Kluczem była tam melancholia, a nie muzyka.

Czasy te jednak w moim przypadku minęły i już raczej nie siedzę wieczorami przed monitorem słuchając Rojka, który znowu udowodni mi, że świat jest do niczego. Wiem to bez Rojka, niepotrzebuję jego infantylnego smutku zamkniętego w płytach zarobkowej formacji. Liczne akustyczne formy muzycznej ekspresji coraz częściej żenują niż głaszczą ucho - teraz na odbiór muzycznego dzieła nie wpływa już w tak znaczącym stopniu nastrój słuchacza, a raczej nastrój artysty i jego zdolność do oddania tego stanu duszy czy - jak kto woli - psychiki w formie dźwiękowej. Wymagania są coraz wyższe, teraz już trzeba mieć ogromną charyzmę, by sprawić, że cokolwiek będzie mnie obchodził projekt, w którym z założenia ma być akustycznie. Rekordy są śrubowane, poprzeczka wieszana coraz wyżej: naturalna kolej rzeczy, naturalny rozwój ucha i wrażliwości. Zbyt wiele słyszałem już chyba, by wzruszył mnie kolega z gitarą; zbyt wiele słyszałem, by słuchać kolegów innych ludzi. To jest czas dla prawdziwych artystów.

I tu gdzieś właśnie pojawia się info o nowym projekcie Macieja Cieślaka. Kim jest Maciej Cieślak tłumaczyć raczej nikomu nie trzeba - ale jakby jednak, to rzucę tylko nazwami Ścianka, Lenny Valentino i Kings Of Caramel, czyli spora część tego, co w zakończonej niedawno dekadzie świeciło niewyobrażalnym, nie tylko jak na polskie warunki, złotem. I otóż - nie waham się rzec - geniusz ten nagle zapowiada, że będzie akustycznie, że będą skrzypce, że będzie gitara. Z jednej strony jego niebywały talent każe krzyczeć TAK, NA TO CZEKALIŚMY; z drugiej wyuoczona rezerwa do pykania na akustyku wciąż powtarza: keep chłodny łeb, bo się zawiedziesz i nic nie będzie takie samo.

Co wynika z tej konfrontacji? Tradycyjne dla Cieślakowych projektów doskonałe otwarcie w postaci motywu gitary w Intro już zapowiada: odłóż wszelkie uprzedzenia, to jest czas na wielkie dzieło. Równie dobre Get On Plane mówi to, co wiemy - że Maciek generalnie wokalistą nie jest, ale że nie przeszkadza to w niczym dosłownie. Brzmiące jak The Beatles The Man And His Happy Life znamy już od jakiegoś czasu; No Love Anywhere czy No Fake Enough pokazuje wzorcowe kompozycje partii gitar(y), a całość albumu to nie tylko smyczki głaszczące ucho, ale wręcz będące smaczkiem i wzorcem dla tych, co by chcieli wykorzystywać je w swej twórczości.

Generalnie więc nie ma zaskoczenia: Cieślak znów to zrobił. I choć nie jest to płyta roku, nie jest to pewnie nawet płyta na tegoroczne podium, to jest to prawdziwe dziełko. Warto je mieć, warto je pielęgnować, warto je przeżywać tak, jak się potrafi. Wrażliwość zamknięta w struktury dźwiękowe - oto, czego szukam w muzyce. Albo myślę, że właśnie tego szukam, gdy słucham Cieślaka i Księżniczek. Tak czy inaczej - jest dobrze.

niedziela, 12 września 2010

Röyksopp: Senior

Podsumowując recenzję Juniora obstawiałem, że Senior będzie powrotem do mrocznych klimatów i tak się stało. Wręcz tego oczekiwałem, ale minął rok, w którym obaj panowie się obijali, a dokładniej zbijali majątek na poprzednim krążku, a mi się znowu w głowie poprzestawiało. Teraz bym chciał dostać masę piosenek w klimacie Happy Up Here, które by mnie oszukiwały i wmawiały, że słońce wciąż nas kocha i nie zamierza nas po raz kolejny zdradzić z południową półkulą ziemi. Niestety już okładka wybija nam z głowy te marzenia. Ukazuje nam jak za kilka dni będzie wyglądała godzina 15. Będzie ciemno,a bez latarni nie rozpoznasz przechodnia idącego na przeciwko Ciebie.

And The Forest Bean To Sing nie rozwiewa tych skojarzeń, a wręcz je utwierdza. Elektroniczne intro ze skrzypcami i już wiadomo czego można się spodziewać dalej. Następnie pojawia się pierwsze i chyba jedyne nawiązanie do poprzednika. Tricky Two to po prostu młodsza siostra Tricky Tricky. Dłuższa o dwie minuty, ale w melodii słychać powiązania genetyczne. Co najważniejsze, nie  usłyszymy tu Drejer Andersson. To jest wizytówka tej płyty, brak wokali. Niektórzy uwielbiają instrumentalne utwory i  rzeczywiście czasami jest to fajne, jednak mi brakuje na tej płycie świetnych głosów skandynawskich wokalistek. Junior posiadał dwa instrumentale w postaci Röyksopp Forever i Silver Cruiser które się świetnie wkomponowały w resztę materiału. Jednak tu dostajemy aż dziewięć takich utworów i czasami mi brakuje wokali. 

Zima to często trudny okres w życiu człowieka. Depresja i myśli samobójcze to częste tematy o tej porze roku, tym bardziej w skandynawskich krajach, gdzie domy są od siebie oddalone i gdy zasypie, to nie ma do kogo otworzyć buzi. Pewnie stąd pomysł na The AlcoholicThe Drug, bo obie używki mogą  pomóc w walce z depresją, ale mogą też prowadzić do uzależnień. Perspektywa mało pocieszająca, ale ćwierkanie w Alkoholiźmie daje nutkę nadziei i przypomina, że wiosna przecież wróci. Narkotyk za to wciąż wydaje mi się najlepszym utworem na płycie. Może to efekt  pierwszego utworu, bo w końcu to singiel, a może faktycznie jest dobry. Chociaż właściwości narkotycznych nie posiada, bo nie uzależnia. 

Cofnijmy się na moment, bo ominąłem jeden utwór. Senior Living  zaczyna się starą zdartą płytą winylową i płynnie przechodzi do gitary Gilmoura. Może skojarzenie nie do końca zgodne z prawdą, ale na pewno przyjemne i stawia tę piosenkę w dobrym świetle. Zdecydowanie czołówka na tej płycie i może jest nawet lepsza od singla. Słychać też tu przez moment chórek, co mnie bardzo cieszy. Na krążku znalazło się nawet trochę miejsca dla dzikiego zachodu. Forsaken Cowboy, bo o tej piosence mowa, oferuje nam trochę akustycznej gitary i po raz kolejny głosy w tle. Więc jednak jakieś głosy ludzkie tutaj są. Optymizmu jednak wciąż nie ma, bo raczej nikt nie chce być opuszczony, a ja przed oczami mam Lucky Lucka którego już nikt nie chce oglądać.

The Fear przynosi mi na myśl teledysk do What Else Is There?. Latające puste domy i te sprawy. To jednak tylko luźne skojarzenie, bo klimat nie ten, a o strachu nie ma nawet co mówić. Przynajmniej w warunkach domowych, a nie mam ochoty sprawdzać, jakby zabrzmiała w nocnej puszczy. Chociaż duet może to sugerować utworem Coming Home. Przebiegłeś się po ciemnym lesie, żaden wilk Cię nie zagryzł i teraz na jego skraju widzisz wschód słońca, podwyższone ciśnienie spada i z pomocą tego utworu możesz odetchnąć z ulgą.

Droga jest długa, a wraz z piosenką o takim samym tytule docieramy do końca płyty. Jest to album zupełnie inny od poprzednich, instrumentalny, skupiony na klimacie. Ma swoje wady i zalety, jak to w muzyce już bywa. Obecnie jeszcze mamy lato, coraz częściej chłodne i deszczowe, ale słońce czasami o poranku nas wita. Mam nadzieję, że będzie częściej, niż deszczowe chmury. Próbuję maksymalnie wydłużyć sobie tę porę roku, więc od takich płyt trzymam się z daleka. Senior obecnie ląduje na półce, a jak przyjdzie jesienny listopad lub zimowy grudzień i na słońce nie będę miał co liczyć, to powrócę do tego albumu.

piątek, 3 września 2010

Dungen: Skit I Allt

Dungen to ciekawy przypadek. Dokonania tego zespołu można porównać do wspinaczki na najwyższy szczyt świata. Zaczynali skromnie, od małych pagórków, ale z każdym nowym wydawnictwem ich stopy stawały na coraz wyższym wzniesieniu.  Swój Mount Everest osiągnęli przy czwartej płycie. Ta Det Lugnt jest  fenomenalnym albumem, docenionym przez krytyków i uznawanym za jeden z najlepszych w minionej dekadzie. Niestety szczyt na pograniczu Chin i Nepalu jest tym najwyższym i wyżej stanąć już nie można. Tak samo jest z tym zespołem i jeżeli Tio Bitar i 4 uznamy za ich Mont Blanc i Kilimandżaro, to Skit I Allt porównamy co najwyżej do Rys.

Stojąc na czubku Tatr, z pewnością ujrzymy wspaniałe widoki, a przeżycia też będą niezapomniane. Jednak jeżeli człowiek już wcześniej był na Mount Evereście, to tutaj może poczuć spore rozczarowanie. Takie samo jak ja, gdy usłyszałem nowe wydawnictwo Dungen. Niby znane i lubiane dźwięki, ale jednak już nie zachwycają i bardziej zwraca się uwagę na chłodny wiatr, niż na otaczające nas pejzaże. Można by było mi zarzucić, ze po czterech przesłuchaniach nie powinno się oceniać płyty. W niektórych przypadkach mógłbym przyznać rację, ale nie tu. Ta Det Lugnt pokochałem od pierwszego przesłuchania, teraz po czterech nie zapamiętałem żadnego dźwięku. Jedyne co zwróciło moją uwagę, to małe novum, w postaci męsko - damskiego duetu w utworze Brallor. To wszystko. Reszta to stare granie, tylko różnica jest dokładnie taka sama, jak między Rysami a Mount Everestem. Teraz stoją 6000 metrów niżej.   

Z jednej strony trudno wymagać, żeby zespół inspirujący się najlepszymi dokonaniami psychodelicznego rocka zaczął czerpać garściami z nowej muzyki, z drugiej martwi to, że powoli stają się swoją marną podróbką. Pokazali raz, że potrafią sięgnąć nieba, więc czemu nie mieli by tego powtórzyć po raz drugi? Czas pokaże czy będą schodzić coraz niżej, aż zrównają się z poziomem morza, czy jednak obrócą się na stopie i znów zaczną wspinać się ku górze. Jednak na zdobycie wszystkich ośmiotysięczników już nie mają szans, a najbliżej tego byli Beatlesi, którym do całej puli zabrakło jednej płyty.