Jednak to właśnie dzięki jednemu z twittów Eryki dowiedziałem się o jej singlu, tym z udziałem paru ludzi, pamiętacie. Byłem zresztą prawdopodobnie jedną z pierwszych osób, które obejrzały ów teledysk. Obejrzały w sensie dosłownym, gdyż w owym czasie przez usterki techniczne nie posiadałem na swym komputerze dźwięku, więc pozostało mi jedynie obczajenie wizualizacji, z pominięciem najważniejszej, muzycznej treści.
Całe te poprzednie dwa akapity miały pokazać Wam, że z Badu niby ciągle jest fajnie, a jednak wciąż nam ze sobą nie po drodze. I w sumie jest to chyba też diagnoza jej najnowszego dzieła. Płyty naprawdę znakomitej od strony technicznej - niewiele można zarzucić zarówno Eryce, jak i wspierającym ją ludziom. Dopięte, dopieszczone, niemal wzorowe. Same kompozycje zaś nienachalne, zazwyczaj delikatnie łaskoczą uszy niczym piórko w rękach ukochanej (tak myślę, nie wiem, jestem samotny). Jest znakomicie.
No właśnie, tylko pytanie czy to znakomitość warta tak szerokich analiz, jakich podejmują się recenzenci w przeróżnych notkach. Otóż nie sądzę. Nowy album Eryki Badu jest bowiem po prostu kapitalną płytą w znanej nam i kojarzonej z artystką stylistyce. Jest jedną z płyt roku, może nawet jedną z wyżej stojących w rankingu. Ale, kurcze, tu nie ma co rozkminiać. Tego należy zwyczajnie słuchać i delektować się smakiem, wyczuciem. Dlatego właśnie nie podejmuję się jakichś opisów albumu. Pokazuję Ci go przez szybkę, a Ty już wiesz. To Badu, więc warto, więc słuchaj. Just do it.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Redakcja apeluje: nie gryź, a jeśli już musisz, to inteligentnie. Zastrzegamy sobie prawo do wycięcia Twojego komentarza, szczególnie jeśli będzie zawierał bluzgi. Prosimy, nie pisz jako Anonimowy, jakoś się podpisz. Miłego dnia.