Tak więc po odsłuchaniu singla, oraz ujrzeniu, że płyta zawiera tylko 9 utworów, z negatywnym nastawieniem włączyłem tytułową piosenkę, która zarazem jest openerem. Pierwsze co rzuciło mi się w uszy - brak gitary. Ale z sekundy na sekundę byłem w coraz większym zaskoczeniu, a co najbardziej mnie zaskakiwało, to to, że pozytywnym. Według mnie to najlepsze zastosowanie elektroniki przez rockowy zespół w tym roku. Thomas Smith ma bardzo podobną barwę głosu do Iana Curtisa, co w tym mrocznym kawałku jeszcze bardziej się uwydatnia, więc mam wrażenie, że słyszę Joy Division A.D 2009. Ale mi to nie przeszkadza, brzmi świetnie, a gdy około 3 minuty usłyszałem gitarę, byłem w pełni zadowolony. Z powiewem optymizmu przechodzę do utworu Bricks and Mortar. I na początku nie rozczarowuje, zalatuje latami osiemdziesiątymi ,ale przyjemnie płynie, tylko czemu aż 6 minut? Wyraźnie słychać, że po 4 minutach utwór się wypala i powinniśmy usłyszeć kolejny utwór, niestety przez kolejne dwie minuty jesteśmy męczeni monotonią. A szkoda, bo utwór do połowy brzmi na prawdę przyzwoicie. Następnie ten nieszczęsny singiel, może wam się podoba, może uważacie to za cudo, ale mnie do tego nie przekonacie, więc jedziemy dalej.
A dokładniej hamujemy widząc przed zakrętem znak ostrzegawczy informujący nas o około 20 minutach melodii które po odsłuchaniu od razu wylecą nam z głowy. I tak przez kilka kolejnych odsłuchań, aż dochodzisz do wniosku, że zaczynasz w końcu rozróżniać te 4 piosenki od siebie. Nie łudź się, to fikcja, szczerze mówiąc odsłuchiwałem te piosenki parę godzin temu, a nie pamiętam żadnego refrenu ani nic, tak więc muszę je odsłuchać po raz kolejny, żeby coś w tej recenzji sensownego się pojawiło. Zaczynamy od You Don't Know Love, jednej z najnudniejszych piosenek na płycie. W skrócie to trzy motywy na syntezatorze, a dokładnie dwa, bo ten trzeci, to mieszkanka tych dwóch. Do tego dochodzi wokal i to wszystko, dawno nie słyszałem czegoś tak monotonnego i irytującego. Coś genialnego dla dręczenia więźniów w Guantanamo, piosenka by mogła tak trwać bez końca, i chyba trwa, aż nadchodzi ten upragniony moment: The Big Exit. Pierwsze wrażenie? Połączenie Afterparty Cool Kids Of Death z Joy Division. Więc początek bardzo sympatyczny, ale potem zaczyna się robić nudno, jakieś urozmaicenie w 2 minucie i dalej to samo, to samo, to samo... Dopiero w 3:30 wchodzi wyraźna perkusja, chórki i urozmaicony syntezator, co jednak nie ratuje piosenki. The Boxer jest niezłą balladą, taką bardziej w stylu starego Editors, chociaż tych gitar brakuje i pewnie zaraz o niej zapomnę, ale mimo wsłuchiwania się, jakoś ten syntezator nie drażni, więc niech będzie na plus. No i na szczęście dochodzimy do ostatniego punktu kontrolnego, czyl Like Treasure. Zdecydowanie najlepsza piosenka z tej czwórki, najbardziej urozmaicona, dużo instrumentów i w końcu coś się dzieje! Mniej syntezatora, postawiony z tyłu urozmaica tę piosenkę, a nie zabija jej z pierwszej linii. I tak to powinno wyglądać, elektronika jako przyprawa, a nie jako główne danie.
W końcu koniec ograniczeń, możemy wjechać na dwupasmówkę i posłuchać potencjalnie kolejnego singla, czyli Eat Raw Meat = Blood Drool. Kolejna kontrowersyjna piosenka, ale dla mnie zdecydowanie lepsza od Papillona.
Tylko szkoda, że editorsowa autostrada jest długa, jak te polskie, bo utwór zamykający płytę jest ciekawy jak wykład o 8 rano, człowiek przysypia, traci świadomość i cieszy się, że już nie musi tego słuchać. A ja na początku narzekałem, że ta płyta taka krótka, a teraz bym ją jeszcze skrócił o połowę. Nie chodzi mi o tracklistę, a o długość utwór, które w większości przypadków by dużo zyskały, gdyby były krótsze przynajmniej o jedną minutę.
Zespół z Birmingham próbował nam zaprezentować alternatywną historię muzyki, w której Ian Curtis nie popełnia samobójstwa, a reszta członków Joy Division mimo wszystko chce pójść nową drogą muzyczną, którą mogliśmy usłyszeć na pierwszych płytach New Order. Niestety wyszło to przeciętnie. Moją uwagę zwróciły tylko cztery kawałki, a reszty mogło by nie być. Bo człowiek od razu o nich zapomina, albo próbuje się w nie słuchać i zapamiętać, co w konsekwencji kończy się tym, że chce je jak najszybciej wyrzucić z głowy i traci tylko na to czas. Chociaż i tak po usłyszeniu singla myślałem, że będzie gorzej, ale jednak płyta tak nie drażni i od czasu do czasu będzie jej można posłuchać w deszczowe jesienne dni, które niestety przybyły wraz z nową płytą Editors. Bo tą depresyjną pogodę tutaj czuć, chociaż ja i tak będę wolał ten czas spędzić z prawdziwym Ianem Curitsem i jego kumplami, którym jeszcze nie w głowie była elektroniczna muzyka.