sobota, 29 stycznia 2011

10 najlepszych singli 2010: Polska


Rok 2010 na długo pozostanie w pamięci fanom dobrej, polskiej muzyki zmuszającej do obsesyjnego ripitowania kolejnych utworów. Single rosły jak grzyby po deszczu: a grzyby, jak to grzyby - dają sporo radości, ale i potrafią przyprawić o niezłe bóle. Tak też było i tym razem - selekcja najlepszych z najlepszych była tak trudna, że sam siedziałem nad nią kilka dobrych tygodni, a niemal każda choćby dobra polska płyta dostarczała od 2 do 5 kandydatów listowych. Trzy umysły, trzy różne spojrzenia na zakończony właśnie rok, 13 singli, 13 tekstów, kilka minut czytania i kilkadziesiąt minut fantastycznej, polskiej muzyki. [Yeti]

Honorable mention:


Tede
Muzyka Miejska (feat. Pezet)
nominował: Yeti
[posłuchaj]



Najlepszym dostawcą singli na terenie Polandu wciąż pozostaje rap. Muzyka miejska, ale też i Na Zewnątrz W.E.N.Y, Rasmentalismu i Smarkiego Smarka nie dostały się na listę - błąd. Ostatecznie zdecydowałem się na wspólne dzieło warszawiaków, ze względu na kontekst historyczny i kwestię drugą, o której później. Otóż: panowie mieli beef, który trząsł miastem, by teraz - po latach - razem nagrać fantastyczny singiel o tym, jak kochają miejską muzykę. Nie obchodzi mnie wiarygodność, nie wiem gdzie Pezet kupuje kokainę, ale jego flow łączone z panczami w stylu niegrzeczni z natury noszą kaptury zespawane z - jak zwykle - nawijką na poziomie gospodarza (wielki plus za urban, kurwa) i... WOKAL REFRENU. Stali czytelnicy wiedzą, nowi mogą zerknąć tu i wszystko będzie jasne.


Kamp!
Distance of the Modern Hearts
nominował: Piąty Bitels
[posłuchaj]



Nie jest to jedyny przykład w polskiej muzyce roku zeszłego, że b-side podoba mi się bardziej niż a-side, ale znaczący. W Distance więcej jest, niż w Heats, konkretu i na pewno wszystko, czego oczekuję od muzyki w notkach prasowych figurującej jako „inspirowana latami osiemdziesiątymi” (co zazwyczaj kończy się jakimiś Hurts). Grube synthy, ale do tego, po którymś już z kolei wydawnictwie krócej-grającym, przyzwyczaili.

D4D
Love is Dangerous
nominował: SimonS
[posłuchaj]



Dick4Dick skrócili nazwę, nagrali przeciętną płytę, ale za singiel można ich wyróżnić. Love is Dangerous ma to, co powinien mieć. Wpadającą i taneczną melodię, która może rozkręcić nawet najsztywniejszą imprezę. Po balandze można obejrzeć oldschoolowy teledysk, który jest nagrany kamerą U-matic, w technice VHS i HI8. Na pochwałę zasługuje też pani z wideoklipu, która uzmysłowi Wam, jak dnia wczorajszego tańczyliście po kilku głębszych.


Top 10:


10
Afro Kolektyw
Hymn polskiej reprezentacji na MŚ 2010 w RPA
[posłuchaj]



"Nasi" sportowcy to temat na głębszą rozkminę (sam nie wiem, co mnie bardziej wkurza - kopiący się w czoło piłkarze czy wszechobecna Justysia Kowalczyk; jak Polska będzie mistrzem świata w piłce wodnej to publiczna też będzie pokazywać mecze? itd.), telewizja przestała mnie obchodzić dość dawno i w zasadzie oglądam już tylko ligę angielską na Canal+ i czasem różnego typu "programy z widzami". Nieważne. Chodzi o to, że wszystko dookoła jest słabe, ale Afro Kolektyw nigdy nie jest - bardzo nigdy i bardzo nie jest. Lapsusy (lol) komentatorów sportowych sklejone ręką mistrza, najlepszy teledysk w historii zespołu itd., itd. Gola strzelił Murzyn czarny jak dziś wieczór / i jest on najjaśniejszą postacią tego meczu robi furorę wśród znajomych. Mistrzostwo świata or sthg. [Yeti]


09
Jotas, Kes-a & DJ Pstyk
Na Siatkówce
[posłuchaj]



Jest zima, pół narodu tęskni do lipca, wobec czego apeluję: nie marudzimy, bierzemy słuchawki i zapuszczamy Na Siatkówce. Słoneczny bit, klimat wybrzeża, ciepło bije z dźwięków + zbiór przyjemnych panczy wakacyjnych w stylu pamiętaj: kłamstwo ma krótkie nóżki / naprawdę - piłem w Czechach wódkę z puszki, pochwała niedzielnej piłeczki i leniwy refren. Pieprzmy stres. [Yeti]


08
Iza Lach
Million
[posłuchaj]



Iza Lach to najsympatyczniejsza solistka w gronie polskiego popu, do tego gra we właściwej drużynie (jaranie się 'zwykłym' LUBIĘ TO na Facebooku od Pawła Stasiaka - how cool is that?), więc ściskam kciuki od jakiegoś już czasu. I jeśli Million jest efektem tego właśnie ściskania, to od dziś chodzę dumny jak członkowie Oasis. Trzy minuty trzynaście sekund fantastycznego elektropopu, gdzie ładnie skrojony bit kolaboruje z cudownym wokalem. Od debiutanckiego krążka panny (pani?) Lach nastąpiła muzyczna zmiana warty: radosne syntezatory zastąpiły równie dobry teen-pop - żywy dowód na zdolności ogarniania i kompozycji Lachówny. (Panno) Izo, dziękuję za te wszystkie ripity i trzymam kciuki dalej, takich Milionów chciałbym milion (he he). [Yeti]


07
Mikromusic
Chmurka
[posłuchaj]



Wrażliwość całkiem nieodległa od tej znanej mi, czy może bardziej: kojarzącej się, z Broadcast, tym bardziej – w wiadomych okolicznościach – dotyka, choć nie to przesądza o odbiorze, co jasne. Uśmiecham się na taką subtelność w pisaniu piosenek i całkiem docierają do mnie delikatnie dziewczęce, wydmuchiwane przez nos, wyrazy-„krajobrazy”. To wszystko błogo osadzone jest na „perkusji, która gra pierwsze skrzypce”. Trochę niżej rednacz napisze, że Chmurka to losowy i odstający element tej dziesiątki. Hm? Nie. [Piąty Bitels]


06
Tusz na Rękach i Voskovy
Cudowne Lata 90-te
[posłuchaj]



Mogę pochwalić się z tym, że jako jedyny z naszej trójki przeżyłem prawie w całości lata dziewięćdziesiąte. Mimo tych wielkich osiągnięć jednak trudno jest mi się identyfikować z tekstem piosenki. Gdy ta dekada się kończyła, na karku miałem zaledwie dziewięć lat, więc dla mnie trawka to jedynie była na trawniku i w życiu bym nie pomyślał, że jest też taka do palenia. Papierosy do dzisiaj omijam szerokim łukiem, a wódki, co może zaskoczyć współczesnych uczniów Szkół Podstawowych, nie piło się na przerwach w podstawówce. Mam zupełnie inne wspomnienia z tego okresu, ale w jednym się zgadzam. To faktycznie były cudowne lata 90-te. Bez komputera, z raczkującym kapitalizmem, który na pewno był lepiej odbierany przez dzieci, niż przez rodziców i całym klimatem, który czasem był kiczowaty, prześmiewczo-żałosny i bardzo barwny. Atmosfera której dobrze, że już nie ma, ale za którą czasami się tęskni, bo już nic z niej nie pozostało. Współczesna młodzież wczesnoszkolna ma czego mi zazdrościć, bo Oni za 20 lat będą w swoich piosenkach śpiewać o tym, jak za małolata zakładali konta na Facebooku i na podstawie swoich ciężkich doświadczeń życiowych tworzyli Demotywatory. Ja za to mam nutkę zazdrości w stronę Tusza, bo cudowne lata dwutysięczne były już zupełnie inne. Jednak i tak nam pewnie bliżej we wspomnieniach, niż mi i kolejnemu dorastającemu pokoleniu.  [SimonS]


05
Kamp!
Heats
[posłuchaj]



Po czym można poznać dobry zespół? Po tym, że nagrywa świetne piosenki, zdobywa rzeszę fanów i mimo, że nie musi, w następnym kroku stawia wszystko na jedną kartę. Na Thales One EP było wszystko. Przebojowość, melodyjność i skoczność. Co zrobiłby przeciętny artysta? Dograłby sześć podobnych stylistycznie kawałków, dodał do tego poprzednie pięć, wydał jako album i zarobiłby miliony. No dobra, polski artysta dorobiłby się tysięcy. Kamp! jednak nie jest formacją przeciętną i poszedł zupełnie inną drogą.

Zaprezentowali singiel, który zupełnie odcina się od poprzednich dokonań. Nic w tym niezwykłego, sporo artystów tak robi, ale Oni na swoim koncie nie mają jeszcze nawet debiutanckiej płyty! Wywołali kontrowersje, zawiedli kilku fanów, ale udowodnili, że z trendami muzycznymi są na bieżąco. My tu się radujemy nową Brodką, która nagrała mixtape lat zerowych, a to Kamp! zaprezentował piosenkę łączącą chillwave z latami osiemdziesiątymi. Czyli to, co obecnie najpopularniejsze. Na marketingu też się znają, bo po wywołaniu burzy ucichli na kolejne miesiące, a oczekiwania co do debiutanckiego krążka wciąż rosną. Dlatego teraz nie mogą nas zawieść. Rok 2011 będzie pasjonujący. [SimonS]


04
Brodka
W pięciu smakach
[posłuchaj]



„Ludzie, opanujcie się, takiego chłamu dawno nie było! Dobry to jest Iron Maiden, ale nie takie ścierwo. Pozdrowienia i szacunek dla tych, którzy potrafią odróżnić prawdziwe diamenty od plastikowego szmelcu”.

Amen. [Piąty Bitels]


03
Nerwowe Wakacje
Pan Samochodzik
[posłuchaj]



To nie jest tak, że uważam Pana Samochodzika za lepszego od Big Mind. Bo to tak, jakby się zastanawiać co jest lepsze, OK Computer czy Kid A. Obie piosenki są znakomite i tak naprawdę każda kładzie na łopatki pozostałe osiem. Decyduje nastrój, pora dnia, ilość chmur na niebie i inne mało znaczące kwestie. Wygrał u mnie Pan Samochodzik, bo poznałem go wcześniej, słuchałem go częściej i chyba mimo wszystko bardziej kojarzy mi się z wakacjami. Do tego zapadł mi w głowie moment, gdy w radiu leciał ten singiel, a ja akurat jechałem autem otoczony białymi polami, elektrycznym tlenem i tą pogodą, tą pogodą. Jak tu nie poczuć się Panem Samochodzikiem?  [SimonS]


02
Newest Zealand
As Sure as Sunrise
[posłuchaj]



Najchętniej sam bym opisał wszystkie single w tym zestawieniu, tj. uwielbiam każdą sekundę muzyki z pierwszej dziesiątki rankingu, za wyjątkiem "jakiegoś Mikromusic" (znalazł się tu tylko dlatego, że i Pawłowi zdaje się pomylić w ocenie kawałka). Moją rolą jednak, poza robieniem mnóstwa rzeczy więcej niż reszta, jednym z nielicznych przywilejów, jest przydzielanie tekstów przy podsumowaniach. I właśnie - poświęcam się, oddaję Big Mind, oddaję Pana Samochodzika, oddaję Kamp!, oddaję Tusz. Krótko mówiąc: oddałem kolegom WSZYSTKIE kawałki, które umilały mi lato, jesień i zimę (wiosną singli prawie nie miałem, nie słuchałem etc.) - no właśnie, żeby opisać ten. Bo choć kocham Big Mind (jest to miłość dozgonna, a Paweł jak nie napisze mistrzowskiego tekstu z uwzględnieniem MOICH emocji, to ma w ryj zwyczajnie), bo choć zachwycam się resztą, to jednak w właśnie widzę siebie. Widzę siebie w klawiszach, widzę siebie w basie, widzę siebie w tej trąbce (?), widzę siebie w chórkach, jak i głównym wokalu. Minęło kilka miesięcy, a As Sure As Sunrise towarzyszy mi niemal codziennie, po parę razy. I do dziś nie wsłuchałem się w tekst, i nie wsłucham się, bo mam go - jak Monika Brodka - głęboko w środku gdzieś. Tu muzyka jest wszystkim, tu słowa są potrzebne jedynie do tego, by był także wokal. (Big Mind 10.0; As Sure As Sunrise 9.7) [Yeti]


01
Nerwowe Wakacje
Big Mind
[posłuchaj]



Od dziecka, czyli kiedy Pluton jeszcze był planetą, chciałem być kosmonautą, bo z grawitacją się nie czuję łatwo. „Łatwo” czuję się za to – i na pewno bardzo dumnie – że utwór roku to utwór polski. I że taki to utwór. To nie tylko „najlepszy b-side polskiej muzyki popularnej” („jak to jest b-side to ja chcę nawet z-side'y”), ale czołówka polskich piosenek nagranych kiedykolwiek – i taki konsensus w sprawie jakiegokolwiek materiału muzycznego był „u nas” chyba tylko przy historycznych Miastach i niebach.

Groteskowość sytuacji: to jest b-side właśnie. Moim, cholera, dzieciom, które będą pytały – a na pewno będą – o okołodziesiątkowe piosenki z lat szczenięcych, puszczę b-side. A gdzieś w paralelnym, odległym, ale lepszym świecie w roku dwa tysiące wszystko jedno, wszyscy znają Big Mind i jest to evergreen wśród paralelnych, odległych, ale lepszych ludzi.

I nie, to chyba oczywiste, nie chodzi mi tylko o lirykę. Może i chodziłoby, gdybym był po lekturze książki o tym samym tytule („umysł bez granic i serce bez granic” a książka – instrukcja obsługi umysłu: muszę sprawdzić). Chodzi o to:

Że w prostą, popową formę – na pierwszy, drugi i piętnasty rzut ucha w nutę, nie wyróżniającą się wśród kilkanastu piosenek wyżej – zmieszczono perfekcyjnie prowadzący za rączkę chórek, żeby nie zgubić się w triumfalnym pochodzie gitary, perkusji i – najlepszych tutaj, chociaż na którymś planie dopiero – pojedynczych dziobnięć w klawisz. Widzimy się na długograju.

(Długo powstrzymywałem się przed cytowaniem tutaj: Przemierzę bezkres i spytam o jeszcze / kosmos jest pyłkiem na twojej sukience, ale w ostatniej rundzie poległem, wszak „za rok, za dzień, za chwilę” będę się śmiał z tego, co napiszę, ale miło byłoby bez cienia żenady zaśpiewać komuś te dwie linijki). [Piąty Bitels]

piątek, 31 grudnia 2010

Grzegorz Turnau: Fabryka klamek

Grzegorz Turnau zawsze wkurwiał. Będąc idolem wszystkich "uduchowionych" nastolatek i tych starszych kobiet na poziomie "uduchowionych" nastolatek, nie można oczekiwać, że będzie się postrzeganym inaczej. Był więc czas (dalej jest?), że płyta pana Grzesia była obowiązkowym, obok książek Paolo Coelho, prezentem dla każdej wrażliwej dziewczynki w wieku do lat 14 i tych bardzo wrażliwych w wyższym przedziale wiekowym. Słowem: zawsze było słabo.

Ale, ale ale - i tu zaczyna się historia. Jesteśmy blogiem muzycznym i bardzo na tym cierpimy: tj. czasem trzeba przyznać artyście, do którego pała się szczerą niechęcią (kto też, przybijam piątki), że nagrał coś dobrego. Jest to chyba nawet smutniejsze od przyznawania, że ulubiony artysta nas zawiódł - powiedzieć no, tym razem się nie udało jest znacznie łatwiej niż no niestety, to Ci wyszło.

No ale mniejsza - to tylko moje problemy "o podłożu psychologicznym". Do rzeczy więc: płyta Grzegorza Turnaua to płyta dobra melodycznie (kurdeeeee, POWIEDZIAAAEM TO!), po prostu. Nie wiem czy to talent muzyczny, nie wiem kto mu to pisze i nie chcę wiedzieć, bo nie lubię w takich rejonach muzyki dowiadywać się takich rzeczy (szok jak wtedy, gdy po raz pierwszy skumałem, że autorem tekstu Stanu pogody jest Jacek Cygan - bardzo nie polecam). TAK, TO BARDZO DOBRA PŁYTA - i tyle, i kończę, bo nie chcę pisać o tym więcej. POLECAM - o kurde, jednak napisałem.

Zajmijmy teraz sprawą, która się toczy od lat. Debilne teksty: mógłbym wymieniać wersy, ale musiałbym czytać wszystkie liryki z płyty. Dosłownie wszystkie, tutaj sroga zima / mróz mocno trzyma / sił człowiek ni ma / murgać oczyma a to i tak jeden z bardziej udanych momentów. Czego jednak się spodziewać od autora tekstów do płyt Czesława Śpiewa? "Zabłocki, i hate you very much" - jak mawia się do złych poetów. Do całości dochodzi jeszcze fatalny głos Turnaua, który brzmi jak stereotypowy wujek, grający na pianinie tuż po jajecznicy na śniadanie a przed przedobiadowym jajkiem na miękko. (Nie, nie idę w tę stronę celowo, ale skoro już jestem - tak, Turnau nie ma jaj.) Ma fatalny, przygłupi target, który zawsze wzruszy się przy pieśniach o gwiazdach, pogodzie i innych tego typu ważnych problemach społecznych.

Nie lubię tej płyty tak bardzo, że nie mam porównania - bo nienawidzę uznawać, że jakieś przygłupie, przygłuche dziewczynki mają rację i ich uduchowiony wujaszek od między ciszą a ciszą to dobry twórca jest. No ale muszę, PRZEPRASZAM SIEBIE.

Tusz na Rękach & Voskovy: Get Fejm Or Die Tryin'

Świadomość wątpliwej chęci większości naszego audytorium do zapoznawania się z płytami z kręgu rap nie pozwala mi nie napisać jeszcze - choć czas nagli, niedługo będziemy wieszać kalendarze roku 2011 - recenzji jednej z moich ulubionych tegorocznych polskich płyt, choć znam ją od zaledwie kilku dni.

Ale od początku: rok 2010 jest rokiem muzycznie przeciętnym, żeby nie powiedzieć: słabym. Krajowe podwórko w zasadzie się zabetonowało - jarać można się było mniej więcej tym, czym wiedzieliśmy, że się jarać będziemy gdzieś w okolicach stycznia przynajmniej. Wyjątków było mało, dobrych płyt tyle, co kot napłakał, a recenzji na naszym blogu jeszcze mniej. Muzyka w Polsce zadawała się stać w miejscu, co dwa - trzy miesiące wydając jedynie coś w rodzaju bardzo dobrej płyty na pocieszenie. Do tego na skutek zalania jednego z warszawskich pomieszczeń, prawdopodobnie opóźniły się dwie spośród pięciu płyt, na które czekałem najbardziej - i pozostaje mieć nadzieję, że pojawią się dopiero w 2011 roku.

Zmęczony tą wszechobecną nudą, przeglądałem wątek o rapie jednego z for internetowych, które regularnie przeglądam - i nie było to bynajmniej forum muzyczne. Zauważyłem tam jeden post, który wyrażał jakiś syndrom jarania się totalnie nieznanym mi tytułem, więc pomyślałem 'spoko, przesłucham'. W tamtym momencie nie liczyłem na jakiekolwiek spotkanie z jedną z płyt roku, co to to nie. Zauroczyło mnie jednak to, że ktokolwiek jeszcze jest się w stanie czym jarać, poszukiwałem emocji wobec jakiejś płyty - cały ten kontekst może pokazywać, jak bardzo ciężko znaleźć w tym roku coś porządnego, poza paroma oklepanymi tytułami.

Ale ok, miałem, założyłem słuchawki i ruszyłem tramwajem wrocławskim o numerze bodaj 75 w kierunku jednego z centrów handlowych. Opener Krejzi przywitał mnie tym, czym wita niemal każda płyta rap: ja się nie sprzedałem, wracam skąd jestem, "tu jest hiphop!", my jesteśmy tam, gdzie stała ulica, oni stali tam, gdzie grało Mezo. Cokolwiek - nieważne, bo już od pierwszego numeru dostajemy kozackie bity i solidne flow, z bardzo zgrabnymi układankami tekstowymi i bardzo przyzwoitymi, a momentami wręcz świetnymi cutami. Jestem słaby z kolei to utwór nieco prowokacyjny, występujący wbrew wielu trendom dominującym w rapie - coś tam, że jesteśmy grzeczni, że nie lubimy kokainy, że mamy w dupie, co o tym myślicie. Jest, spoko, jest bardzo dobrze, morda mi się uśmiecha, bo WRESZCIE SIĘ COŚ DZIEJE.

No właśnie - cieszyła mi się morda aż przyszedł indeks trzeci - Cudowne lata 90-te. Uśmiech zniknął z mej twarzy, a szczęka opadła do podłogi. Otóż, proszę państwa, mamy tu wszystko: totalną jazdę bez trzymanki, jeśli chodzi o flow, znakomicie skrojony bit i fantastyczne cuty. Całości dopełnia znakomicie skrojony tekst, z wieloma hajlajtami w stylu pamiętam jak spaliłem pierwszego Malboro / i jak biegłem do sklepu, żeby go popić PepsiColą / bo zmulił mnie tak, że prawie wyplułem płuca / ale to osiem lat później postanowiłem, że rzucam czy - moje ulubione - to było piękne lato pełne słońca w mieście Kielce / kiedy moja pierwsza miłość, ziom, złamała mi serce / bo powiedziałem, że już chcę być z nią do końca / ale dla piętnastolatki to była słaba opcja zgrabnie potem kontynuowane przez porównanie do koszul z flaneli i fantastycznym, niemal niezauważalnym przejściem do diagnozy całej mody w latach 90s - mistrzostwo świata i jeden z mych ulubionych numerów 2010. Szacun, pokłony, takie rzeczy.

Co zaś najważniejsze i najradośniejsze: panowie nie zwalniają do końca. Nie będę szczegółowo analizował każdego kawałka z tej płyty - bądźmy szczerzy, nikogo to nie obchodzi. Jednak zaręczam: będę bił, molestował, zmuszał i mordował swoich kolegów z redakcji, aby o tym krążku nie zapomnieli. Widzimy się przy podsumowaniach roku więc, mam nadzieję.

Soutaiseiriron: Synchroniciteen

„Odpuściłem się sobie” w roku pańskim dwa tysiące dziesiątym i z formą, mam na myśli: częstotliwością, rec-pisarską było u mnie różnie: raz słabo, raz fatalnie. To oczywiście nie tak, że nie słuchałem tegoroczniaków – ba, mam wśród nich, nierecenzjonowany na blogu, album roku, ale ani on, ani żadna ze świetnych przecież płyt bez opisu: Class Actress, Flying Lotus, Deerhunter, Tanaka – nie skłoniły mnie do dziabnięcia czegoś więcej niż „dobre!” u Marcina na Gadu.

O 相対性理論, czyli Soutaiseiriron, chce się pisać, bo Japonia to wciąż, a przynajmniej dla mnie, niezbadany obszar i jeśli mówię, że Synchroniciteen to najlepsza j-płyta od Vision Creation Newsun, to nie dlatego, że faktycznie nic równego tym dwóm – zupełnie różnym, zupełnie listoworocznym – krążkom przez bite jedenaście lat nie wyszło, tylko, że nie mam o tym pojęcia. Chłostam się wewnętrznie i biję w pierś najmocniej jak potrafię – czyli i tak za słabo – że j-pop, j-rock, j-eszcze coś, odstawiłem gdzieś na bok od czasów zamierzchłych aż do przyjścia MEG.

Która, jak się okazało, nie do końca się we mnie wcelowała, co zresztą było do przewidzenia po tym, jak przeskakiwałem utwory na Sex Dreams and Denim Jeans (Maverick MEG, swoją drogą, polecam bardziej niż Uffie). I nawet jeśli, zapoznając się z Soutaiseiriron, byłem już po odsłuchu najlepszego w dorobku nejmczekowanej Passport / Paris, pełniła ona tylko funkcję przedskoczka, gdzie Synchroniciteen to, kurczę, żółta koszulka lidera, Funaki/Kasai w cudownych latach późnych dziewięćdziesiątych.

Do rzeczy: wybierz sobie ulubiony zespół „indie 2.0” i zdaj sprawę, że czymkolwiek ten wybór nie był, to jest to zespół wciąż za cienki w uszach, żeby nagrać Miss Parallel World („palalelu, palalelu”, hook jak stąd do Tokio) albo China Advice. Gitary szarżują faktycznie jak Muchy (Jinkou Eisei), chociaż w „podobni wykonawcy” chciałoby się wpisać wszystkie co fajniejsze wiesła od post-punku do teraz. Lubię, kiedy bas gęstnieje, a gęstnieje. Kiedy funkuje, a funkuje. I w ogóle, japoński Stereolab, ale równie dobrze japońskie wszystko, co podobało ci się w muzyce okołorockowej ostatnich dziesięciu lat. Na jednej płycie.

Don't believe the hype? Zawsze, gdy będą próbowali ci wmówić, że indie popem roku jest Beach House. Z Soutaiseiriron widzimy się całkiem niedługo, na „cztery tysiące lat wyglądanych” podsumowaniach końcoworocznych, a nawet jeśli nie w top dziesiątce, to gdzieś w ścisłej czołówce mojej listy indywidualnej. A że to prawdopodobnie ostatnia recenzja w tym roku, pragnę życzyć, żebyście najpóźniej w nowym roku, bo przecież dzień jeszcze długi, sięgnęli po Synchroniciteen.

wtorek, 28 grudnia 2010

L.Stadt: EL.P

Zespół L.Stadt od wrześniowego koncertu z 2008 roku kojarzył mi się źle. Nie do końca było to ich winą, bo przecież ręka wokalisty w gipsie mogła być przypadkiem, ale możliwe, że sam poszkodowany mógł być również sprawcą. Jako, że Łukasz Lach jest również jedynym gitarzystą w zespole, można domyślić się konsekwencji. Na scenie zatem ujrzałem dwie perkusje, bas, a frontman jedną ręką grał na keyboardzie, który miał zostać substytutem gitary. Mimo wielkich starań, było mdło, nudno, a w głowie pozostała tylko podwójna dawka perkusji. Karą było to, że do debiutanckiego krążka łodzian już nie powróciłem. 

Minęły dwa lata i zespół postanowił powrócić do Szczecina z nowym materiałem. Zadowolony z nowego singla, oraz zaciekawiony, czy zespół tym razem dojedzie w całości, wybrałem się na koncert. Co do kompletu kończyn muzyków, to były chyba wszystkie, ale za to zmienił się jeden z perkusistów. Więc do wymiany poszedł cały zestaw rąk i nóg. Zostały zagrane jedynie nowe piosenki, być może z małym wyjątkiem, a, że przy pierwszym przesłuchaniu zazwyczaj wszystko brzmi dla mnie tak samo, dlatego płynnie przejdę teraz do studyjnych wykonań.

Na początek chciałbym zaznaczyć, że płyta powinna nosić tytuł L (EP), bo długość materiału predysponuje go do epki, a nie do pełnoprawnego albumu. Łącznie dostajemy 29 minut. Ostatni minialbum Animal Collective trwa 27 minut. Chciałem w ramach przykładu, podać też Sufjana Stevensa, ale jego 59 minutowy album KRÓTKO GRAJĄCY trzeba uznać za wybryk natury. Tak więc dostajemy jedynie 9 piosenek, które z osobna mają długość piosenek radiowych. Dlatego w potencjalnych singlach można przebierać i chyba faktycznie każdy miałby szansę namieszać na listach przebojów. Amerykańskie podboje, zdobycie tam rzeszy fanów (to mnie akurat ciekawi, ilu tak na prawdę jankesów teraz siedzi po kostki w śniegu i scrobbluje piosenki polskiego zespołu), osłuchanie się z tamtejszą muzyką, oraz współpraca z byłym producentem Radiohead i od razu widać efekty. Na śmietnik historii została porzucona średnio udana zabawa w polskie Blur, co wyszło zespołowi na dobre. Teraz jest słonecznie, kalifornijsko i jak za lat siedemdziesiątkach. 

Świetne Smooth z motywem gitarowym, który przynosi mi na myśl kręcące się koło rozbitego motocykla. Za pomocą Ciggies wokalista wyraża radość z powodu rzucenia palenia, a cały materiał otwiera chwalony już wcześniej przeze mnie Death Of A Surfer Girl. Jest inny od reszty materiału, bardziej w stylu lat osiemdziesiątych, co zostaje potwierdzony również teledyskiem, który jest nagrany w ówczesnym klimacie. Obecnie płytę jednak promuje inny kawałek. Mumms Attack jest jednak według mnie najgorszymi dwoma minutami na płycie. Szaleńcze tempo fortepianu, zapętlony refren, oraz dziecięcy chórek. Do trailera kolejnej części Mumii być może i by się nadawało, ale ja jestem na nie. Na szczęście zaraz pojawia się jedyna spokojna piosenka na tej płycie. Spotkałem się z porównaniem, że Sun jest albarnowe. Na pewno nie tak, jak kilka piosenek na poprzedniej płycie. Po prostu jest to sympatyczna ballada, idealnie pasująca do zachodu słońca. Album zostaje zamknięta utworem, który od razu skojarzył mi się z dokonaniami Jeffa Buckleya. Dopiero po kilku przesłuchaniach zorientowałem się, że nosi ona tytuł Jeff. Więc wszystko jasne. Myślę, że konfrontacja z tym niewątpliwie wielkim artystą okazała się udana. Pewnie wielcy fani dokonań młodszego Buckleya mogą się oburzyć, ale mi się podoba, tym bardziej, że łodzianie dorzucili też coś swojego.

W konsekwencji okazuje się, że długość nie ma znaczenia, a krótsza płyta może okazać się lepszą, od na siłę wydłużonej. Nie usłyszymy na tej płycie takich wpadek jak Londyn, co na pewno wpływa dobrze na ogólną ocenę. Jest znaczny postęp w porównaniu do debiutu. Po nim wielu podzieliło się się na fanów i na tych, co pukali się w czoło, gdy ktoś mówił, że L.Stadt dobrym zespołem jest. Teraz krytycy powinni dać drugą szansę zespołowi, bo każdy na nią zasługuje. Ja dałem i nie żałuję. 

niedziela, 26 grudnia 2010

Janek Samołyk: Wrocław

Płyta wrocławskiego songwritera trafiła na sklepowe półki stosunkowo dawno, jednak z różnych względów przyszło mi pisać tę recenzję dopiero teraz. Uporządkujmy: jest grudzień, Boxing Day, a ja mam się wziąć za polski jesienny krążek. Zapowiada się klęska? Nie, bez przesady. Jedynie odrobinę trudniejsze zadanie dla autora epki Don't Think Too Much.

Wrocław to jedenaście utworów, dość dobrze zlanych w jedną całość. Materiał jest w miarę spójny, czasem aż do przesady - jeden z największych mankamentów tego albumu to brak utworów wybijających się. Cały czas słyszymy poprawne, mniej lub bardziej sympatyczne piosenki, które w dawce więcej-niż-kilka powodują powstanie czegoś, co harcerze nazywają zupą, a kucharki zlewkami. Problem ten widać najbardziej na przykładzie singla Wszy - owszem, to ten utwór kojarzę najlepiej, jednak nie jest to bynajmniej związane z jego chwytliwością, a raczej z faktu, że najzwyczajniej w świecie słyszałem go najwięcej razy. Sytuacja ma się podobnie z ostatnimi trzema utworami, które płytkę zamykają - wszystkie były na epce, wobec czego wydają się bliższe niż pozostałe indeksy. Tylko dlatego.

Na koniec, żeby było jasne: bardzo cieszę się, że krążek ten został wydany. Jest naprawdę spoko - są gitary, kompozycje, aranżacje, wszystko sympatyczne. Jedyny problem, ale za to problem poważny, to nuda, przewidywalność i brak TEGO CZEGOŚ. Co nie zmienia faktu, że Samołyk to generalnie utalentowany chłopak jest i będziemy śledzić jego dalsze losy.

czwartek, 23 grudnia 2010

Odśnieżone w grudniu

Sypało od trzech tygodni. Zaskoczyło wszystkich, zatrzymało niezniszczalne pociągi PKP, doprowadziło do paniki Anglików, którzy hurtowo odwoływali mecze w Premiership, chociaż są znani z tego, że grają nawet w święta Bożonarodzeniowe. Na koniec śnieg zablokował Heathrow i wszyscy pocieszali się tylko jednym: przynajmniej będziemy mieć białe święta. Pani Pogoda ma kalendarz w głowie i na złość wszystkim, postanowiła, że Wigilia to świetny moment na odwilż. Wszystkich to zasmuciło. Pasażerom lotnisk pewnie i tak to nie pomoże w dotarciu do świątecznych stołów, ale przynajmniej Uchem w Nutę odmroziło i mogę Wam zaprezentować drugą i ostatnią w tym roku część z cyklu Odkopane. [SimonS]


The Brian Jonestown Massacre: Straight Up And Down

Będzie to tym razem bardziej rekomendacja telewizyjna, niż radiowa. Ostatnio jednym tchem obejrzałem cały pierwszy sezon serialu Boardwalk Empire. Jako, że ten utwór znalazł się w intro tego serialu, to postanowiłem, przy jego pomocy przemycić na bloga muzycznego trochę innej kultury. Myślę, że warto było pójść na te ustępstwa, bo serial warty jest zrezygnowania z przesłuchania jednej płyty i poświęcenia mu dziennie 50 minut. Zresztą produkcja HBO i Martin Scorsese jako producent wykonawczy i jeden z reżyserów mówią same za siebie. Serial przedstawia Stany Zjednoczone po wprowadzeniu prohibicji alkoholowej. Jak kogoś interesuje polityka i mafijne porachunki, to powinno mu się spodobać. A piosenka chyba też niezła, na pewno świetnie się sprawdza jako intro.

The Twilight Singers: Verti-Marte   
posłuchaj

Utwór dobry do odsapnięcia od tego przedświątecznego zgiełku. Można zamknąć oczy i wyobrazić sobie Nowy Jork, Paryż, czy inne miasto nocą. Przynajmniej ja mam takie skojarzenia z miejskimi ulicami, przy których znajdują się puby i restauracje, albo z jakimś filmem właśnie w takiej scenerii. Zupełnie odmienne od wigilijnego stołu. 

Tears For Fears: Shout 

Wiadomo, piosenkę każdy zna z jakichś Złotych Przebojów i innych stacji radiowych, więc odkopywać tego raczej nie trzeba. Po prostu przypomniałem sobie o tej piosence właśnie słuchając radia i byłem przekonany, że to... Depeche Mode. Wróciłem do domu, przekopałem Wikipedię i w zbiorach Depeszów nie znalazłem takiego singla. Zapomniałem o sprawie i po jakimś czasie znowu w radiu natrafiłem na Shout. Tym razem jednak uratował mnie mój telefon komórkowy, ze świetną opcją rozpoznawania muzyki. Nie żebym się lansował, po prostu jest to genialna funkcja. Obecnie chyba Hurts próbują grać podobnie, ale synth pop z lat 80, to synth pop z lat 80. Do tego te fryzury, a ulizać włosy jak panowie z Hurts to potrafi każdy. 

Pulp: His 'n' Hers 

Początki z Pulp miałem trudne. Najpierw płyta It, potem chyba właśnie His 'n' Hers i już się wydawało, że długo razem nie pobalujemy. W ostatniej chwili na szczęście sięgnąłem po znakomite Different Class i This is Hardcore i wszystko się odmieniło. Ostatnio nawet wróciłem do His 'n' Hers i stwierdziłem, że nie jest tak źle, jak na początku sądziłem, a nawet jest dobrze. Przewrotnie utwór o którym ma być mowa, nie znalazł się na albumie o tym samym tytule. Pierwotnie znalazł się na Sisters Ep, a dopiero później na rozszerzonej wersji płyty długogrającej. Największym atutem tego kawałka z pewnością jest główny motyw odgrywany na keyboardzie. Bez niego byłoby bardzo ubogo. 

Mew: She Came Home For Christmas

Na koniec przydałyby się jakieś życzenia świąteczne, czy coś. Tak więc pod choinką dużo świetnych płyt, bo wypada mieć na półce kilka zacnych oryginałów. Nowy rok, to wiadomo. Muzycznie powinien być jeszcze lepszy niż 2010, ale gorszy niż 2012. Może przyniesie nam w końcu nową płytę Radiohead, a krążą też plotki o tym, że Blur wchodzi do studia, więc może być ciekawie. Do tego oczywiście trzeba sobie życzyć masę świetnych koncertów na obszarze naszego kraju. Już wiemy, że Poznań sprowadza kolejnych "niesprowadzalnych" i na Malta Festival wystąpi Portishead. Inni być może cieszą się z Coldplay na Open'erze. A przecież to dopiero początek zapowiedzi i pewnie większość z nas już czeka na to, co tym razem wyczaruje Pan Rojek na kolejną edycję OFF-a. 

niedziela, 12 grudnia 2010

Warpaint: The Fool

Muszę się przyznać do pewnej wstydliwej sprawy. Otóż przeczytałem "Lolitę" w wieku 24 lat dopiero. Wcześniej mając 15, obejrzałem film z Ironsem i spłyciłem sobie "Lolitę" do historii jakiegoś nawiedzonego pedofila. Wyskoczyłem może jak jakiś Filip z konopi, z tą "Lolitą", jednak "The Fool" kojarzy mi się z mgiełką. A jako, że jestem świeżo po lekturze, mgiełka może mi się kojarzyć tylko z Dolores Haze.

Jeśli wierzyć Wikipedii z powstaniem Warpaint łączy się na pewno jakaś romantyczna historia, bo dziewczyny (tak, tak, kapela to niemal same dziewczyny - z wyjątkiem jednego pana z RHCP; swoją drogą potrafią się tacy ustawić, co nie?) połączyły swe siły w Walentynki. I można śmiało powiedzieć, że w ich muzyce słychać romantyzm. Całe morze romantyzmu. Wylewa się z każdego dźwięku, z każdej nuty. Wisi w tej ogarniającej wszystko mgiełce. Ale to taki romantyzm jak w "Lolicie" właśnie. Taki zawoalowany, przepełniony obawą, że zaraz to wszystko się kończy. Szlag trafi i niczego nie będzie.

"The Fool" usłyszałem, kiedy przeglądałem internet w poszukiwaniu efektów zabawy pewnym aparatem fotograficznym. Żeby nie robić zbędnej reklamy odsyłam do teledysku Undertow (zainteresowanym mogę napomknąć, że teledysk został zrealizowany lustrzanką cyfrową z rajstopami nałożonymi na obiektyw, stąd ta - a jakżeby inaczej - mgiełka). W ogóle cały utwór z tym jednostajnym pokładem, śpiewem jakby od niechcenia, pełnym niewymuszonego wdzięku sprawia, że aż by się chciało te głosy uściskać i mieć tylko dla siebie. Po za tym - choć wiem, że może to zabrzmieć nieco szowinistycznie - dziewczyny świetnie sobie radzą z instrumentami* i potrafią stworzyć niezwykły klimat: potrafią stworzyć rzeczy, które chwilami są lekkie jak piórko, by zaraz zastraszyć jakimś porywistym wiatrem (Lissie's Heart Murmur), albo wprawić w nastrój nerwowego uniesienia (Composure) lub stworzyć kawałek z ciężką i przytłaczającą atmosferą (Bees). Mam tu na myśli prowadzenie basu jak za najlepszych czasów Massive Attack czy nerwowe, niemal math-rockowe użycie gitar. Co jakiś czas do głosu dochodzi wszechogarniający spokój, jak w pieśni Baby, gdzie mamy Chan Marshall, tyle że pomnożoną przez trzy, a może nawet przez cztery. Cały album skąpany jest w post-rockowych repetycjach, shoegaze'owej mgiełce i romantycznym uniesieniu.

Na koniec chciałbym wyjaśnić, że po przeczytaniu "Lolity" czuje się pewną dziwną, amoralną sympatię do głównego bohatera, do której jednak nikt się nie przyzna. Bo był złym człowiekiem. Sympatii, którą obdarza się "The Fool" nie trzeba się wstydzić. Nie wolno! Bo to jest Bardzo Dobry Album. Album, który można śmiało postawić na półce na wysokości oczu tak, aby każdy mógł go zobaczyć.

---
*Każdy przyzna mi rację, że jest niewiele kobiet, które robią naprawdę dobrą muzykę. Ogólnie mam uraz do kobiecej muzyki, być może dlatego, że niegdyś wysłuchałem tego.

piątek, 10 grudnia 2010

Yawn: Yawn E.P.

Nie spodziewałem się, że w tym roku coś mnie może jeszcze zaskoczyć. Oczywiście, mam swojego faworyta do rocznego podsumowania, ale kolejne miejsca - cóż, jest jeszcze trochę czasu, więc wszystko się może zdarzyć. W zeszłym roku zupełnie jak cała reszta świata, zachwyciłem się Animal Collective. Byłem oszołomiony i połknąłem zarazem wszystkie poprzednie wydawnictwa AC, co oszołomiło mnie jeszcze bardziej. Nie ma co ukrywać - Yawn brzmią podobnie. Tylko, że tutaj nie chodzi o podobne brzmienie czy o jakieś nowatorstwo. Ci ludzie brzmią jak poranny ptasi świergot na skraju deszczowego lasu jakiejś cudownej rajskiej wyspy.

Epkę otwiera kawałek 'Toys". Wokal podkolorowany chórem idealnie splata się z tłumionymi dźwiękami gitar i radosnymi harmoniami. Nawet solowe partie gitar, których zazwyczaj nie lubię tutaj pasują tak, jak nic innego pasować by nie mogło. "Kind Of Guy" (klip) rozpoczyna się od prostego rytmu rozgrywanego na dwie osoby, do tego dołącza instrument, który brzmi jak hang lub coś równie pierwotnego i odświeżającego. Całości dopełniają świetne wokalne harmonie - już mnie kupili. Kiedy wysłuchałem tego utworu po raz pierwszy wiedziałem już, że reszta nie może być zła. I rzeczywiście - kolejna piosenka "David" porwała mnie mieszanką plemiennych zaśpiewów, które mogłyby pochodzić z rejonów gdzieś pomiędzy Afryką, Ameryką Południową i Oceanią. Przejście w połowie jest miażdżące, czuć wielką, pierwotną siłę. Z kolei następny kawałek "Empress" zaczyna się radośnie dzięki pięknie poprowadzonej gitarze i tym hawajskim, egzotycznie brzmiącym dźwiękom. Ostatni utwór, "Midnite" prowadzony przez bas wzbudza najlepsze uczucia, do tego jeszcze raz piękne harmonie, gdzieniegdzie automat perkusyjny, elektronika... Po prostu cud, miód i orzeszki.

Po kilkunastokrotnym przesłuchaniu sprzeciwiam się twierdzeniu, że Yawn kopiują AC, Vampire Weekend, czy jakiekolwiek inne zespoły tworzące muzykę inspirowaną dźwiękami plemiennymi. Są świetni, a w moim prywatnym rankingu znajdą się na pewno bardzo wysoko. I to nie tylko dlatego, że połowa składu ma polskie nazwiska.


PS. EPkę można za darmo ściągnąć z oficjalnej strony zespołu: yawntheband.com. Podobno w przyszłym roku będą w Polsce. Ja czekam, a Wy?

czwartek, 9 grudnia 2010

Violens: Amoral

Zakończenie roku zbliża się wielkimi krokami. Coraz częściej nasze rozmyślania kierują się w stronę jego podsumowania. Najlepsze płyty ze świata jak i z naszego rodzimego podwórka. Delektujemy się dźwiękami tych najznakomitszych, zastanawiając się czy ten album zasługuje na drugie miejsce, a może kolejne trzy płyty biją go na głowę i powinien uplasować się na piątym miejscu. Wiele z nich ukazało się na Uchem w Nutę, lecz sporo jest też takich o których jeszcze nie wspomnieliśmy, chociaż od premiery minęło już kilka miesięcy. Nastał jednak grudzień i jest to najlepszy moment, żeby przedstawić ostatnich kandydatów do walki o najwyższe laury.

Violens po dwóch latach serwowania singli oraz jednej EP-ki w końcu uraczyli nas albumem długogrającym. Oczekiwanie były spore, bo i spore natężenie dobrych dźwięków usłyszeliśmy w tych nagraniach. Na Amoral z V (EP) pojawił  się tylko jeden utwór. Violent Sensation Descends. Ja osobiście żałuję tego wyboru, a na dodatek zostałem jeszcze pokarany teledyskiem. Klawisze kojarzące się z The Doors, które w teorii powinny brzmieć dobrze, w praktyce doprowadzają mnie do szału. Na szczęście to jedyna wpadka na tym albumie. Przynajmniej według mnie.

Zacząłem przewrotnie od najsłabszej strony, więc teraz w całości będę mógł się skupić na dobrych aspektach tej płyty, czyli pozostałych jedenastu piosenkach. Zaczyna się mocarnie od The Dawn Of Your Happiness Is Rising, który prawdopodobnie jest moim ulubionym momentem na płycie. Posiada wszystko to, co powinno się znajdować w rockowym przeboju. Wpadający refren, dobre riffy i zaskakujące przejścia. Mimo nieprostej kompozycji świetnie by się sprawdzał w radiowych rozgłośniach. Początek Full Collision kojarzy mi się z graniem dla rozszalałych szesnastek w wykonaniu The Kooks, ale to oczywiście Violens, więc słoneczne granie w drugiej minucie przerywa ulewne urwanie chmury z udziałem gitar. Kolejna przewrotność zespołu ukazuje się w tym, że singlem jest Acid Reign, a teledyski ukazały się do wspomnianego już wcześniej Violent Sensation Descends oraz Trans Like-Tum.

Are You Still In The Illusion? daje nam szansę na odetchnięcie po pierwszej sprinterskiej trójce, chociaż i tutaj nie brakuje domieszki psychodelii i gitarowej końcówki. Ominę jedną piosenkę i zadam wam teraz jedno pytanie: czy początek Until It's Unlit nie przynosi wam na myśl Wow w wykonaniu Kylie Mingue? Słuchaczem Australijki nie jestem, a skojarzenie już przyszło przy pierwszym odsłuchu. Nie wiem czy można to nazwać plagiatem, ale większą lub mniejszą inspiracją z pewnością.

Mimo tej masy superlatywów trzeba też przyznać, że znajdują się tutaj takie utwory jak It Couldn't Be Perceived i Could You Stand To Know? Nie żeby były jakoś słabe, ale na tle reszty wyróżniają się przeciętnością i nijakością. Ale przecież to normalne, że na płycie z dwunastoma piosenkami nie może się znajdować dwanaście headlinerów. Dzięki oficjalnej stronie zespołu (www.violens.net) możemy się przekonać, że Trance-Like Tum świetnie się sprawdza jako soundtrack do filmów erotycznych. Baby oil i te sprawy. A ja osobiście wolę podrasowaną wersję utworu.

Na koniec panowie zabawiają się w post-rockowców. Najpierw w tytułowym utworze który trwa niespełna dwie minuty. Cały album zamyka Generation Loss, który nie byłby wstydem dla najlepszych przedstawicieli tego gatunku. Jak widać, jest tu wszystko. Lekki powiew wiosny i lata, gwałtowne zmiany pogody i ponure jesienne wieczory. Radość, smutek, a nawet erotyzm. Wszystko razem daje nam głównego kandydata do walki o najlepszą płytę i debiut tego roku.