środa, 14 października 2009

Air: Love 2

Drogie Air! Szanowni Panowie Nicolas Godin i Jean-Benoît Dunckel,

Mam na imię Paweł i pochodzę z Polski, gdzie w październiku sypie śnieg, a wśród trzydziestu ośmiu milionów ludzi ciężko znaleźć jedenastu do gry w piłkę. Pragnę Was poinformować, że Wasza płyta przypadła mi do gustu. Ja wiem, teraz – jedząc winogrona za pieniądze z jej sprzedaży – zdajecie sobie z tego sprawę, ale chciałem żebyście wiedzieli, że macie fana, który nie twierdzi, że skończyliście się na Moon Safari.

Bo tak, legendarne było Moon Safari, pół-legendarne 10,000 Hz Legend, dlaczego-nie-legendarne Talkie Walkie. A Wy wiecie, czego oczekują konsumenci i dajecie im połączenie wszystkich tych płyt. Po pierwsze chciałem wam podziękować za to, że nie nagraliście nigdy niczego średniego. Po drugie, pragnąłem pogratulować, że nowy album jest równie dobry jak poprzednie.

Wiecie, że Was lubię. To Wy rządzicie i dzielicie chillout-popem, gatunkiem, który przed chwilą sam sobie wymyśliłem, a i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi. Najładniejszym prezentem w nagrodę za to, że Was lubię, było wydanie płyty, dzięki której lubię Was jeszcze bardziej. To sprytne i bardzo miłe zarazem, dzięki. Ja wiedziałem, że układacie dobre melodie i chciałem kolejny raz odczuć to na własnym uchu, a Wy posłusznie ułożyliście tych melodii trzynaście. No i jak tu nie być miłym?

Zapamiętaliście, że lubię wasze instrumentale, to bardzo uprzejme z Waszej strony. Dziękuję za solidne African Velvet i za świetne Tropical Disease. I za to, że w tym drugim motyw fujarki wypieścił mi ucho, też dzięki. I za to, że znowu z krótkich motywów (Love – łatwo, prosto, chyba łatwo się nudzi, ale nie mi; Be A Bee – gdzieś już to chyba słyszałem, ale na pewno w słabszym wydaniu) potrafiliście zrobić tak klawe utwory. Dziękuję również za to, że posunęliście się z inspiracjami krok dalej, dzięki czemu Missing The Light Of The Day brzmi troszkę jakby krautrockowo (jak nazywałby się ten gatunek, gdyby powstał we Francji?), czyli oryginalnie, czyli naprawdę bardzo dobrze.

Przesyłam gorące uściski dla Waszych konsolet i żywych instrumentów (bo sporo tu ich, na czele z gitarą elektryczną jako tło w niezaskakującym, ale mimo wszystko miłym So Light Is Her Footfall) oraz życzę dalszych sukcesów przynajmniej takich jak ten, Love 2. Liczę, że jako odpowiedź przyślecie mi jakieś smycze i breloczki, bo niby po cholerę pisałem ten list, i to w języku, którego nie rozumiecie, jak i tak każdy zespół zawsze odsyła smycze i breloczki.

Pozdrawiam, Piąty Bitels

niedziela, 11 października 2009

BiFF: Ano

Ano, ano, to dla mnie na pewno największe zaskoczenie tego miesiąca. Niby o zespole od jakiegoś czasu było głośno, a wielu odliczało dni do premiery debiutanckiego krążka, ale mnie, szczerze mówiąc to za bardzo nie zainteresowało. Obejrzałem tylko teledysk do utworu pt. Pies 1 i to wszystko. Aż nadeszła płyta i z dnia na dzień wszystko zaczynało się zmieniać, o 180 stopni, ale nie tak od razu, tylko powolutku, dzień po dniu. Bo oprócz tego, że usłyszałem ten krążek, to okazało się, że owy zespół właśnie będzie koncertował w moim mieście. Dzięki czemu miałem możliwość ocenienia zespołu w studiu jak i na żywo.

Po pierwszych przesłuchaniach, oraz ujrzeniu zespołu na scenie, od razu co przyszło mi do głowy, to - Pustki. Z perspektywy czasu wydaje się to zabawne skojarzenie, no ale spróbujcie mnie zrozumieć. Widzę, trzech facetów, oraz kobietę, która jest na wokalu i stoi przy jakichś klawiszach. No Pustki! Ale Biff jest z drugiego bieguna. Pierwszego zespołu będziemy słuchać, gdy nastanie nas jesienno-zimowa melancholia, od której nie będziemy chcieli się uwolnić, a za to płyta Ano, to świetna tarcza na depresję.

Nie mam zamiaru rozpisywać się nad każdą piosenką, bo to nie ma sensu, tego po prostu trzeba posłuchać. Sympatyczne pop-rockowe kawałki, które są w stanie rozchmurzyć nawet najbardziej deszczowe niebo. No dobra, może przesadzam, bo zaczyna to brzmieć jak recenzja sponsorowana, ale naprawdę jest dobrze. A na koncercie jeszcze lepiej. Zespół daje z siebie 200% i nawet basista niecodzienny, bo ja przyzwyczajony do takich, co stoją jak kołki i brząkają tylko w cztery struny, a temu zdarzały się nawet i dobre solówki! Dzięki czemu piosenki dużo zyskują na żywo oraz zaskakują nowymi dźwiękami. Do tego dodać świetny kontakt z publicznością i muszę stwierdzić, że na prawdę miło spędziłem ten jesienny wieczór w słonecznych dźwiękach.

Bo mimo, że album brzmi wiosennie, to chyba nie można uznać za błąd, że ukazał się w październiku, a nie w kwietniku. Na wiosnę mogłaby się pojawić duża konkurencja, a teraz mają wolną drogę do głośników ponurych słuchaczy. A nawet i sale koncertowe, więc jak macie okazję zobaczyć ten zespół na żywo, to idźcie ich posłuchać, zamiast siedzieć w domu i z nudów patrzeć jak za oknem pada deszcz.

piątek, 9 października 2009

Editors: In This Light And On This Evening

Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że w brytyjskiej sieci hipermarketów Tesco musiała być wyprzedaż przestarzałych syntezatorów. Inaczej nie umiem sobie wyobrazić co spowodowało masową wymianę przez indie kapele gitar na syntezatory. Wiem, nie ma co się przejmować chłopakami z Wysp, którzy wypłynęli z powodu wielkiego boomu, a teraz toną, bo nie mają na siebie pomysłu, ale mimo wszystko szkoda mi ich, bo jakiś sentyment do nich pozostał. Wielu z nas zaczynało od tego podgatunku, bo jest jak miękki narkotyk, który z czasem przestaje wystarczać, więc człowiek zaczyna poszukiwać mocniejszych doznań, w tym przypadku lepszych kapel. Tak więc martwi to, że zespoły które kiedyś przyjemnie brzękały na gitarach, męczą teraz moje uszy syntezatorami. Żeby nie było, nie mam nic do syntezatorów, bo jak muzyk wie jak się nimi posługiwać, to za pewno umieją zdziałać cuda, ale w tym przypadku tak nie jest. Co słychać w promującym nową płytę Editors singlu Papillon. Dawno nie słyszałem tak fatalnego singla. Rozumiem, że zespół chciał się odciąć od nużących porównań do Joy Division oraz Interpolu, ale czemu w taki brutalny sposób, że piosenka brzmi jak z wiejskiej dyskoteki?

Tak więc po odsłuchaniu singla, oraz ujrzeniu, że płyta zawiera tylko 9 utworów, z negatywnym nastawieniem włączyłem tytułową piosenkę, która zarazem jest openerem. Pierwsze co rzuciło mi się w uszy - brak gitary. Ale z sekundy na sekundę byłem w coraz większym zaskoczeniu, a co najbardziej mnie zaskakiwało, to to, że pozytywnym. Według mnie to najlepsze zastosowanie elektroniki przez rockowy zespół w tym roku. Thomas Smith ma bardzo podobną barwę głosu do Iana Curtisa, co w tym mrocznym kawałku jeszcze bardziej się uwydatnia, więc mam wrażenie, że słyszę Joy Division A.D 2009. Ale mi to nie przeszkadza, brzmi świetnie, a gdy około 3 minuty usłyszałem gitarę, byłem w pełni zadowolony. Z powiewem optymizmu przechodzę do utworu Bricks and Mortar. I na początku nie rozczarowuje, zalatuje latami osiemdziesiątymi ,ale przyjemnie płynie, tylko czemu aż 6 minut? Wyraźnie słychać, że po 4 minutach utwór się wypala i powinniśmy usłyszeć kolejny utwór, niestety przez kolejne dwie minuty jesteśmy męczeni monotonią. A szkoda, bo utwór do połowy brzmi na prawdę przyzwoicie. Następnie ten nieszczęsny singiel, może wam się podoba, może uważacie to za cudo, ale mnie do tego nie przekonacie, więc jedziemy dalej.

A dokładniej hamujemy widząc przed zakrętem znak ostrzegawczy informujący nas o około 20 minutach melodii które po odsłuchaniu od razu wylecą nam z głowy. I tak przez kilka kolejnych odsłuchań, aż dochodzisz do wniosku, że zaczynasz w końcu rozróżniać te 4 piosenki od siebie. Nie łudź się, to fikcja, szczerze mówiąc odsłuchiwałem te piosenki parę godzin temu, a nie pamiętam żadnego refrenu ani nic, tak więc muszę je odsłuchać po raz kolejny, żeby coś w tej recenzji sensownego się pojawiło. Zaczynamy od You Don't Know Love, jednej z najnudniejszych piosenek na płycie. W skrócie to trzy motywy na syntezatorze, a dokładnie dwa, bo ten trzeci, to mieszkanka tych dwóch. Do tego dochodzi wokal i to wszystko, dawno nie słyszałem czegoś tak monotonnego i irytującego. Coś genialnego dla dręczenia więźniów w Guantanamo, piosenka by mogła tak trwać bez końca, i chyba trwa, aż nadchodzi ten upragniony moment: The Big Exit. Pierwsze wrażenie? Połączenie Afterparty Cool Kids Of Death z Joy Division. Więc początek bardzo sympatyczny, ale potem zaczyna się robić nudno, jakieś urozmaicenie w 2 minucie i dalej to samo, to samo, to samo... Dopiero w 3:30 wchodzi wyraźna perkusja, chórki i urozmaicony syntezator, co jednak nie ratuje piosenki. The Boxer jest niezłą balladą, taką bardziej w stylu starego Editors, chociaż tych gitar brakuje i pewnie zaraz o niej zapomnę, ale mimo wsłuchiwania się, jakoś ten syntezator nie drażni, więc niech będzie na plus. No i na szczęście dochodzimy do ostatniego punktu kontrolnego, czyl Like Treasure. Zdecydowanie najlepsza piosenka z tej czwórki, najbardziej urozmaicona, dużo instrumentów i w końcu coś się dzieje! Mniej syntezatora, postawiony z tyłu urozmaica tę piosenkę, a nie zabija jej z pierwszej linii. I tak to powinno wyglądać, elektronika jako przyprawa, a nie jako główne danie.

W końcu koniec ograniczeń, możemy wjechać na dwupasmówkę i posłuchać potencjalnie kolejnego singla, czyli Eat Raw Meat = Blood Drool. Kolejna kontrowersyjna piosenka, ale dla mnie zdecydowanie lepsza od Papillona.

Tylko szkoda, że editorsowa autostrada jest długa, jak te polskie, bo utwór zamykający płytę jest ciekawy jak wykład o 8 rano, człowiek przysypia, traci świadomość i cieszy się, że już nie musi tego słuchać. A ja na początku narzekałem, że ta płyta taka krótka, a teraz bym ją jeszcze skrócił o połowę. Nie chodzi mi o tracklistę, a o długość utwór, które w większości przypadków by dużo zyskały, gdyby były krótsze przynajmniej o jedną minutę.

Zespół z Birmingham próbował nam zaprezentować alternatywną historię muzyki, w której Ian Curtis nie popełnia samobójstwa, a reszta członków Joy Division mimo wszystko chce pójść nową drogą muzyczną, którą mogliśmy usłyszeć na pierwszych płytach New Order. Niestety wyszło to przeciętnie. Moją uwagę zwróciły tylko cztery kawałki, a reszty mogło by nie być. Bo człowiek od razu o nich zapomina, albo próbuje się w nie słuchać i zapamiętać, co w konsekwencji kończy się tym, że chce je jak najszybciej wyrzucić z głowy i traci tylko na to czas. Chociaż i tak po usłyszeniu singla myślałem, że będzie gorzej, ale jednak płyta tak nie drażni i od czasu do czasu będzie jej można posłuchać w deszczowe jesienne dni, które niestety przybyły wraz z nową płytą Editors. Bo tą depresyjną pogodę tutaj czuć, chociaż ja i tak będę wolał ten czas spędzić z prawdziwym Ianem Curitsem i jego kumplami, którym jeszcze nie w głowie była elektroniczna muzyka.

środa, 7 października 2009

Głodujące dzieci Kazika - ankieta!

No i rozpętał nam wojnę Kazimierz Staszewski. Co prawda w Internecie, prasie i telewizji od dawna toczą się spory o wszystko, co tylko dotyczy piractwa - od moralności, przez przyczyny do skutków, to teraz dyskusja nabrała tempa. Powód? Nowa płyta Kultu wyciekła, a lider grupy nazwał piratów 'kurwami marnymi'. Z tejże okazji postanowiliśmy zrobić drugą w historii bloga ankietę redakcyjną, gdzie każdy z redaktorów ma prawo wylać swoje żale w odpowiedzi na te oto, luźno dotyczące tematu, pytania:

1. Jak oceniasz postępowanie Kazika?
2. Czy walka z piractwem nie jest walką z wiatrakami?

Piąty Bitels: "Z internautami trzeba się zaprzyjaźnić, bo często to oni "płacą" artyście więcej, niż ci nieściągający"

1. To głupie. Choć staram się go zrozumieć jako artystę, który traci na tym pieniądze, to nie potrafię tego pojąć jako potencjalny fan Kazika, który płytę pobiera, przesłuchuje i kupuje w sklepie. A nawet jeśli nie kupuje, to pójdzie na koncert, a jeśli nie pójdzie na koncert, to kupi jakiś gadżet zespołu i tak dalej, i tak dalej.

2. Jest i Kazik powinien zdać sobie z tego sprawę. To wokół Internetu kręci się biznes muzyczny - takie cuda, jak darmowe próbki na stronach internetowych, napędzają machinę zarobkową, w tym - pisałem to czy jeszcze nie? - koncerty, z których Kazik bierze na pewno więcej, niż ze sprzedanych płyt. Z internautami trzeba się zaprzyjaźnić, bo często to oni "płacą" artyście więcej, niż ci nieściągający. O, dobrze podsumował to Nergal.

seann: "Cóż, ciężko przypuszczać, aby ktoś skakał z radości, gdyby coś mu ukradziono."

1. Cóż, ciężko przypuszczać, aby ktoś skakał z radości, gdyby coś mu ukradziono. Piractwo jest formą kradzieży (przynajmniej teoretycznie) więc niezadowolenie Kazika wydaje się być stosunkowo zrozumiałe. We współczesnym świecie jest to jednak precedens tak rozpowszechniony, iż spowszedniał nam do tego stopnia, że nie zwracamy na niego większej uwagi. Kazik uwagę zwrócił i miał do tego święte prawo. Fakt, być może nie powinien był używać tak agresywnych środków, ale ciężko byłoby mu zaakcentować swoją dezaprobatę dla takie sytuacji mówiąc „Wiesz, nie podoba mi się, że nielegalnie słuchasz moich płyt. Nie mam do Ciebie szacunku.”, dlatego taka reakcja wydaje mi się poniekąd zrozumiała. Inna sprawa, że profesjonalny artysta, za jakiego, jak mniemam, uważa się Kazik, powinien ważyć słowa i traktować swoich fanów nieco ostrożniej.

2. Naturalnie, że jest. Piractwa nie da się zwalczyć, ale można próbować mu zapobiec choćby przez pogodzenie się wykonawców z umieszczaniem swoich nagrań muzycznch za darmo w Internecie, co mogłoby przyczynić się wzrostu ich popularności, a co za tym idzie - wyższej frekwencji na koncertach, czyli wyższych przychodach. Niestety, piractwo muzyczne nie zniknie, jeśli nie zmieni się podejście pewnych osób do tego problemu. Tym bardziej, że jest to głównie ich problem.

SimonS: "Jurek Owsiak z pewnością zrobi sobie zdjęcie gdy stoi przy kasie i płaci za tę płytę"

To, że Kazimierz Staszewski się wkurzył z powodu wycieku jego płyty, nie powinno nikogo dziwić, chociaż styl w jakim to zrobił budzi wiele zastrzeżeń. Nazwanie najwierniejszych fanów zespołu marnymi kurwami na pewno nie pomoże w jego wizerunku, który niestety coraz bardziej przypomina upadającego sfrustrowanego muzyka, a nie jak kiedyś jednego z najzdolniejszych tekściarzy w Polsce. Powinien się cieszyć, że mimo kilku słabych płyt z rzędu wciąż ma grono fanów którzy wciąż z nadzieją czekali na jego nową płytę. Tak, ściągnęli płytę, w tym momencie okradli zespół, ale czy we współczesnym świecie da się kupić płytę w ciemno? Podobno zdarzają się tacy ludzie, ale jest ich coraz mniej. Albo mają stuprocentowe przekonanie do zespołu, albo nie szkoda im, że mogą wyrzucić w błoto 30-60 zł. Ja z pewnością bym nie kupił płyty w ciemno, najpierw muszę ją przesłuchać w internecie, żeby mieć pewność, że jest warta swojej ceny. Zaczynają to rozumieć też niektórzy zagraniczni wykonawcy, którzy próbują iść na kompromis, zamiast walczyć na miecze ze swoimi fanami. Zespół Muse tydzień przed premierą płyty upublicznił ją na swojej oficjalnej stronie, dzięki czemu każdy mógł się przekonać, czy chce swoje pieniądze przekazać na płytę czy nie. Jak każdy wie Radiohead praktycznie za darmo oddał fanom płytę In Rainbows a pewnie i tak wyszli na plus. Więc tak powinien wyglądać dialog pomiędzy artystą a fanem, który ma zamiar przed zakupem przesłuchać płytę, zdecydowanie to lepszy pomysł od wyzywania swoich fanów od pań lekkich obyczajów.

Niestety takich przypadków dzielenia się swoją muzyką jest mało, a większości przypadków stowarzyszenia anty-pirackie na siłę próbują odciąć ludzi od muzyki. Ostatnio trafiłem na artykuł o tym, że stowarzyszenie BMI oraz ASCAP (zrzeszające autorów i wydawców muzyki) uznały, że ostatnie podwyżki cen piosenek dostępnych na iTunes były za małe, dlatego też trzeba wprowadzić opłaty za...30 sekundowe próbki utworów. No po prostu genialny pomysł, do tego po 30 sekundach utworu nie ma możliwości jego oceny, to jeszcze chcą, żeby ludzie za to płacili. To ciekawe jak inaczej człowiek będzie miał poznać muzykę, jak nie przez ściągnięcie jej nielegalnie przez internet? Bo singiel w radiu to za mało, coraz częściej się zdarza, że singiel przerasta zdecydowanie cały album, który do niczego się nie nadaje.

Wracając na polskie podwórko. Po wycieku płyt Kultu, L.U.C-a i Kayah zrobiła się wielka ogólnokrajowa dyskusja, a wszystko zostało zwalone na internautów i nazwane, że to jak zwykle problem tylko polskiego społeczeństwa. Że jesteśmy złodziejami i nie szanujemy pracy innych. Ale prawda jest taka, że to chyba pierwsza sytuacja, żeby w jednym momencie wyciekły trzy tak bardzo oczekiwane płyty. Zresztą rzadko się zdarza, żeby w Polsce wyciekały płyty przed premierą, więc nie róbmy takiego wielkiego halo. Na zachodzie wszystkie płyty wyciekają, płytę Mando Diao słyszałem ponad dwa miesiące przed premierą i to można nazwać skandalem, a gdy płyta Muse wyciekła parę dni przed oficjalną premierą zostało to okrzyknięte wielkim sukcesem. I prawda jest taka, że to wina wytwórni, że płyty wyciekają, bo gdyby bardziej pilnowali materiału, to ten by nie wyciekł. Warner Bros zagwarantował Muse, że przypilnuje, żeby płyta nie wyciekła i ta dostała się do internetu tylko dlatego, że sprzedawcy zaczęli ją za szybko sprzedawać. Więc niech może Kazik zwraca większą uwagę na to u kogo wydaje swój materiał i kto z nim współpracuje, a nie zrzuca winy na ducha winnych fanów, którzy po prostu nie mogli się doczekać na nową płytę. A przy okazji teraz wszyscy rozmawiają o Kaziku, czy to nie świetna reklama dla coraz częściej zapominanego artysty? Genialna, teraz pewnie wszyscy pobiegną do sklepów, żeby kupić płytę Hurra, żeby pan Kazimierz miał co włożyć do garnka, a Jurek Owsiak z pewnością zrobi sobie zdjęcie gdy stoi przy kasie i płaci za tę płytę, dzięki czemu wyląduje na pierwszej stronie gazety Metro.

Yeti: "Czytając wywiad z Kazikiem miałem wrażenie, że oglądam Seksmisję"

No bez jaj. Czytając wywiad z Kazikiem miałem wrażenie, że oglądam Seksmisję. Lider Kultu zachowuje się bowiem zupełnie jakby spał w jakiejś kapsule przez długie lata i nagle obudził się w świecie, gdzie najpopularniejszą formą słuchania muzyki nie jest bynajmniej zasiadanie w komnacie i słuchanie utworów mistrzów jako towarzysza drzemki obiadowej. Mamy XXI wiek. Na przestrzeni lat zmienia się wiele, ale złodzieje i mordercy pozostają i będą pozostawać. Różnica jest jedynie w formie kradzieży. Internet jest do tego świetnym miejscem, co powoduje, że ludzie kradną. I obrażanie się na to nie ma najmniejszego sensu. Równie dobrze bowiem jakiś wielbiciel drewna mógłby się obrazić, że blokowiska są robione z innych materiałów. Owszem, obrazić się może, ale sensu w tym nie widać. No i ostatni aspekt sprawy - cholernie mnie dziwi, że Kazik pluje jadem (heh) dookoła, skoro przecież cały ten akapit jest jakby jego diagnozą. Czymże innym są bowiem pochodzące z Ręce Do Góry! wersy: Minęły długie lata i nie ma już gościńca/ W tym samym teraz miejscu przebiega wzdłuż ulica/ I tylko zbóje dalej, ubrani doskonalej/ Czyhają na ofiarę by złupić ją bezczelniej ?

Jeśli zaś spojrzeć szerzej na problem pirackiej muzyki, to muszę przyznać, że w ogóle nie rozumiem całego szumu. Dziś oficjalne teledyski są już legalnie dostępne na takich serwisach jak YouTube, więc niechaj mi ktoś, do cholery, wyjaśni jaka jest pragmatyczna różnica między ciągłym wchodzeniem na ów portal i puszczania piosenki z danego klipu a odtwarzaniem utworu w postaci pliku .mp3 zapisanego w jakimś folderze? Traci na tym co najwyżej YouTube, ale na pewno nie artysta. Dochodzą do tego wszystkie fakty, takie jak te, że muzycy zarabiają na koncertach, a nie na krążkach. Może się więc paradoksalnie okazać, że dzięki pirackiej obecności danego materiału w Internecie ktoś pójdzie na koncert Kultu, co da Kazikowi profit większy niż w przypadku zachowania status quo. I tak dalej, i tak dalej.

Walka z piratami nie ma sensu. Można ją, owszem, podejmować, ale jest ona skazana na niepowodzenie. Jeśli bowiem wyeliminujemy Rapidshare, ludzie przejdą na Megaupload, a kiedy zrezygnują i z niego, zajmą się torrentami. A mają przecież jeszcze P2P, przesyłanie plików przez GG czy skrzynkę mailową i multum innych możliwości. Dlatego branża muzyczna powinna raczej skupić się na wykorzystaniu możliwości, jakie stoją przed korzystaniem z Internetu. Nie wiem, co dokładnie należy zrobić, jednak trzeba się liczyć także z tym, że płyty CD mogą wkrótce stać się jedynie obiektem kolekcjonerskim. Co wtedy? Jeśli artyści nic nie wymyślą, zostaną na lodzie. Na ich szczęście jednak pierwsze kroki, takie jak In Rainbows, zostały poczynione i należy je uznać za sukces. W którą stronę to wszystko jednak podąży? Nie mam pojęcia. Tak czy siak Kazik albo gra na aferę medialną i podniesienie sprzedaży, albo lubi sobie strzelać w stopę.

Aha. Jestem 'kurwą marną'. Znaczy nie wiem, czy jestem w sumie, bo akurat Kultu jeszcze nie mam, a boss nie sprecyzował czy złodzieje innych płyt też do nich należą. Tak czy inaczej jednak, jakoś nie bardzo się przejmuję słysząc takie słowa z ust samozwańczej prostytutki.

poniedziałek, 5 października 2009

Sonic Youth: The Eternal

Sonic Youth, ho, ho, ho. Twórcy jednej z najlepszych – jeśli nie najlepszej, nie wiem co na to Stone Roses – płyt lat osiemdziesiątych. Od lat osiemdziesiątych grają dosyć podobnie, a jeszcze nie zjedli własnego ogona. Autorzy szesnastu płyt studyjnych i ponad dwudziestu singli. Inspiracja każdego młodego zespołu gitarowego. Jeden z niewielu zespołów, którego płyta dostała od Pitchforka 0.0, a już na pewno jedyny, który dostał za dwie różne płyty 0.0 (NYC Ghosts & Flowers) i 10.0 (wiadomo, Daydream Nation). I tak dalej, i tak dalej – można by długo, ale po co? Wszyscy to wiemy.

Jest taki słynny obrazek, a na nim napisy: „Fuck the guitars. It was 1978 and guitar boy bands had been the norm for over 25 years. They still are. I was sick of the sameness (...)”. Jeśli miałbym szukać riposty, byłaby to właśnie twórczość Sonic Youth – prawie trzydziestoletnia zabawa gitarami, która nie schodzi poniżej poziomu, a często ten poziom przekracza parokrotnie. Jestem pełen podziwu, że im się chce, że mają pomysł, no i dlatego, że udowadniają, że średnia wieku w zespole jest kompletnie nieważna. Dają radę, czy tego chcesz, czy nie.

Ale pojawia się problem: ja już przed przesłuchaniem czuję się, jakbym był po. Bo chociaż melodie są oryginalne i świeże (tak sobie właśnie myślę słuchając Walkin Blue), a gitarowy jazgot ciągle bardzo mocno daje radę, to jednak czegoś brakuje. Nie, nie to, że Sonic Youth popełniają autoplagiat, bo nie popełniają. Nie przekonuje mnie też argument „najlepsze lata mają już za sobą”. A może za dużo już słyszałem i potrzebuję mocniejszych wrażeń? Nie wiem, ale to i tak jedna z płyt roku, bo – choć można się spierać, zwłaszcza z takim muzycznym laikiem jak ja – Sonic Youth słabych rzeczy nie nagrywają. I od razu wyjaśnię – nie jest tak, że lubię tę płytę (bo jednak lubię, co by nie mówić) tylko ze względu na autorów. Sonic Youth po prostu u-do-wod-ni-li, że warto ich znać i że wstyd ich nie znać.

Zgodzicie się lub nie, baba Kim i dziadzia Thurston wraz z kolegami energią mogliby obdzielić znaczną część garażowego odrodzenia sprzed kilku lat. A jeśli nie energią, to riffami, bo te ciągle brzmią lepiej, niż u dwadzieścia – trzydzieści lat młodszych kolegów (przez których powstał obrazek, o którym mowa powyżej).

niedziela, 4 października 2009

Girls: Album

Kiedy po raz pierwszy w swoim życiu natknąłem się na któryś z odcinków The Simpsons uroczyście uznałem, iż serial ten jest przehajpowany i w zasadzie nie ma o czym mówić szerzej. Znaczy że można obejrzeć, ale nie generalnie nie ma jakiegoś większego żalu, kiedy przegapi się odcinek czy nawet cały sezon. Bo to przecież jeden z wielu, bo to przecież tylko rysuneczki, które niby nic nie wnoszą do życia i w ogóle, generalnie, byłem kretynem. Dziś Simpsonowie to mój najukochańszy serial, kultowy wręcz.

Podobnie miałem zresztą z innymi dziełami takimi jak Dzień świra czy sporo filmów, książek i płyt, których tytułów teraz nie zliczę. Pierwszy kontakt z nimi polegał na niekapowaniu fenomenu, następne już były krokiem w stronę uzależnienia i zaadoptowania owych dzieł jako części siebie.

___

Kiedy ujrzałem, że pewien poważny dość serwis muzyczny wystawia ocenę 9.1 jakiemuś tam zespołowi Girls, pomyślałem, że warto chyba sprawdzić, o co tu chodzi. No i przesłuchałem Album raz, szybko wydałem opinię, że - owszem, dzieło dobre, ale 9.1 to żarty wolne i w ogóle chciałem dorabiać jakąś ideologię, że niby panowie stamtąd usilnie poszukują czegoś do rankingów końcoworocznych czy coś.

W każdym razie spisałem, przyznam, Album na straty. I - jak domyśliłby się nawet kret z obciętą głową i wyssanym mózgiem - ten cały wstęp nie jest tu przypadkowy. Co prawda krążek owy nie jest może jakimś dziełem kultowym jak parę tych, które wymieniłem wcześniej, ale na pewno spory niedosyt, że do nie doceniłem należycie krążka pozostał.

(Uwaga. Dalsza część recenzji to próba usprawiedliwienia w wykonaniu autora. Jeśli więc nie chcesz zagłębiać się w tajniki rozumowania autora - a, przyznajmy, przyjemność takiego zagłębienia jest wątpliwa - możesz spokojnie przestać czytać tę recenzję w TYM momencie. Albo jeszcze poczekaj: i zaopatrzyć się w ten materiał zespołu Girls. O, w tym już możesz)

No bo tak. Lust for life zaczyna się bardzo fajnie, ale niby mamy wrażenie, że gdzieś to słyszeliśmy. Napięcie rośnie, a w nas rośnie przekonanie, że gdzieś to słyszeliśmy. I tak do końca. Ale generalnie potem dochodzimy do wniosku, że takie openery lubimy.

Laura natomiast zostaje opatrzona kapitalnym wstępem. Ale czy na 9.1? - chodzi po głowie. Utwór się rozwija, jest coraz przyjemniej, radość ze słuchania rośnie. Wokalista się stara, bit miło się konkretyzuje, sporadycznie wchodzą chórki. Jest fajnie. Po czwartym odsłuchaniu myślimy, że to baaaaardzo przyjemne i w zasadzie czemu by nie słuchać tego na ciągłym reapicie. Przypominam jednak, że ja to oceniałem po jednym przesłuchaniu. No.

Intro Ghost mouth to już zupełnie inna historia. Przyjemne, zupełnie inne od dotychczasowych dwóch, tempo dość powolne, gitara miło pobrzdękuje. Potem się to trochę rozwija, ale generalnie to 3:12 upływa nam w tępie dość spokojnym. (Po jakimś czasie dochodzimy, że to baaardzo miłe 3:12)

God damned, dość krótka pioseneczka w zasadzie w ogóle nie zwraca naszej uwagi. Równie dobrze mogłoby jej nie być. Inaczej jest jednak z brzmiącym oldschoolowo Big bad mean mother fucker, który trochę kojarzy się z typowej kapeli rock'n'rolla z przeróżnych filmów rodem z Hollywood. Z tym, że jest jakby nieco lepiej skomponowany, a przyjemności nie psuje nam świadomość, że właśnie oglądamy chałę o fabule zerowej jakości.

Hellhole ratrace jest już jednak typowym koniem trojańskim. Zdradził nas. Niepozorny, wydawałoby się, nikt się po nim tego nie spodziewał. Wszyscy poszli spać i nagle zorientowali się, że to właśnie on zamiata totalnie na tym krążku. Było już jednak za późno - melodia tkwiła w głowie i nie bardzo chciała ją opuścić. Na drugi raz trzeba dokładniej sprawdzać takich typów.

No i tak mógłbym w zasadzie do końca. Nie będę jednak dobijał ewentualnego czytelnika i z pozostałych utworów wyróżnię szczególnie Summertime, na pewno jedną z ciekawszych piosenek opublikowanych w tym roku. Świetne są także Darling i Solitude, które płytkę zamykają. Reszta to zapchaje, ale w gruncie rzeczy każdemu życzymy takich zapchajów.

No i dobra, może to nie jest faktycznie, jak mówiłem, płyta na 9.1. Ale już 8.6 wypada dać, więc tak czy siak warto byłoby wzbogacić się o to dzieło, jeśli się go nie posiada. Bo w zasadzie trudno wyobrazić sobie jakikolwiek ranking AD 2009 bez tegoż materiału.

A tak poza tym to jestem kretynem. I pozdrawiam wszystkich fanów Dnia świra, Simpsonów i tych, dla których krytykowanie 9.1 na początku przygody z Girls stało się jednym z najgłupszych opinii, jakie wygłosili o muzyce kiedykolwiek. Czołem.

czwartek, 1 października 2009

Hatifnats: Before It Is Too Late

Hatifnats to zespół, który od dawna wywołuje kontrowersje. Sporo osób uważa, że szum wokół bandu jest przesadzony i niepotrzebny, inni natomiast wychwalają warszawiaków pod niebiosa. Tak czy siak, obie grupy właśnie uzyskały szansę kolejnej polemiki, tym razem dotyczącej już rzeczy bardziej konkretnej, a więc debiutanckiego materiału.

Krążek zaczyna się od chłodnego Towards The Last Sunset. Utwór ten szybko powinien przekonać niezaznajomionych z twórczością warszawiaków, że nie jest to raczej skoczny i przebojowy zespół. 3 minuty chłodu raczej niż ciepła, co czyni openera Before It Is Too Late kandydatem na długie i szare wieczory późną jesienią. Zaczęło się nieźle.

Po tej dawce psychodelii następuje chwila przyspieszenia. World 2, dość dobrze znany uważnym obserwatorom sceny muzycznej, zwraca uwagę głównie na element wokalny, którym nie zostaliśmy uraczeni w pierwszym fragmencie płyty. Teraz słyszymy już Marcina Dydo, który może i brzmi jak Dydo, ale raczej Marcelina. Nie, żeby to było gorzej. Po prostu wiem, że połowa słuchaczy Hatifnats do końca życia nie uwierzy, że ten śpiew należy do mężyczny.

Tak czy inaczej, prawie pięć minut dobrej muzyki, gdzie robi się gęściej pod względem instrumentalnym i emocjonalnym, zostaje wkrótce zastąpione kolejnym utworem, które osoby zaznajomione z Hatifnats już znają. Horses From Shelville, bo o nim mowa, to element rozczarowujący. 3 i pół minuty nudy, rozczarowania i pokazywania, że się słucha zagranicznej muzyki i nawet się nią (mocno) inspiruje. Tak, to wtórność przeszkadza mi w trawieniu tego kawałka i nic na to nie poradzę.

Trochę lepiej jest już podczas Iris, gdzie poszczególne warstwy instrumentalne ładnie się na siebie nakładają, tworząc bogatą, gęstą i smutną kompozycję. Chwilę później, gdzieś w połowie utworu, następuje nagły wybuch i wszystko nagle zaczyna być ostrzejsze, drapieżniejsze, by potem stopniowo wygasać i na ostatnie sekudny powrócić do klimatu z początku.

Soil z kolei rozpoczyna się mocniej zaakcentowaną sekcją rytmiczną, a gitary przez pierwsze kilkanaście sekund nie mogą się zdecydować, co też chcą grać. Kiedy już się orinentują, wchodzi wokal i zaczyna się hatifnatsowanie. Potem jest coraz głośniej, a Dydo pozwala sobie nawet na krzyk. Perkusja zostaje uderzana mocniej, gitary także i wtedy właśnie następuje koniec. Słyszymy jeszcze sprzężenia gitar i utwór się kończy delikatnymi pozostałościami.

One natomiast przeradzają się w Matematix, który aż tak już nie hałasuje, ale jest za to bardziej tajemniczy, groźny, by nagle przejśc do poziomu akustyka i wokalisty, a następnie zamilknąć. Cisza ta zostaje potem przerywana innym motywem, który trwa już do końca ścieżki.

I się zaczyna. Piękna partia klawiszy, do której dołącza mozolna perkusja. Wkracza Dydo i robi się naprawdę wspaniale. Walking In The Dark jest bowiem doskonałą grą na nosie i uszach słuchacza. Klawisze doskonale wymieniają się z wokalem, co zespala się w jedną, cudowną piosenkę, chyba najlepszą na tymże książku. Kiedy wchodzą chórki, robi się już szczególnie bogato i pięknie. Tak właśnie chciałem, by brzmiało Hatifnats. Na to liczyłem, kiedy sięgałem po tę płytę.
The Lost Boys to już zupełnie inna bajka. Zaczyna się naprawdę ostro, co oczywiście potem nieco łagodnieje. Poza intrem nie jest już tak fajnie i zaskakująco, ale także nie ma na co narzekać. Jakieś elementy kombinowania słychać. Hypoxia powala bitem, bo do wokalu człowiek zdążył się już przyzwyczaić i jego wysoki poziom nie wywala szczęk na końcu płyty. Naprawdę warto zwrócić tu uwagę na gitary.

No i closer, utwór tytułowy. Najdłuższy na płycie, mógłby chyba stanowić jej streszczenie. Jest tu bowiem wszystko, czego doświadczyliśmy podczas słuchania poprzednich 9 kompozycji. Momenty grozy, ścian dźwiękowych, fragmenty szybkie i wolne. Świetne podsumowanie całości, które powoli wygasając nagle wyrywa słuchacza z zadumy i informuje, że to koniec pierwszej części przygód z Hatifnats.

Jeśli więc lubicie ściany dźwiękowe, wysokie męskie wokale na dobrym poziomie, nie razi Was za bardzo wtórność wobec twórczości zachodnich wykonawców i czujecie się na siłach, by przetrwać czasami mocno depresyjne fragmenty, zdobądźcie tę płytę.

A pisałem to wszystko skostniałymi z zimna palcami. Dlaczego o tym piszę? Bo to krążek kojarzący mi się z lodowatymi dłońmi. Lodowate dłonie grają na gitarze, lodowate dłonie wybijają rytm na perkusji, lodowate dłonie tykają klaiwszy a nawet śpiewają. Mimo że często przyspieszają i krzyczą, wciąż czuć, że to lodowate dłonie.

Porządne lodowate dłonie potrafią przekazać chłód poprzez kontakt z odbiorcą. Hafitnatsowi się to udaje.

czwartek, 17 września 2009

Rainbow Arabia: Kabukimono

– O, a ty, Paweł, czego teraz słuchasz?
– W tej chwili Rainbow Arabia, eksperymentalnej muzyki etniczno-elektronicznej.
– E... Coś sobie przypomniałam, muszę już iść.
– Ale...
– Obiad mi stygnie.
– Ale naprawdę...
– Pa.

Pytanie do ciebie, czytelniku: co sobie wyobrażasz, kiedy widzisz neologizm „ethnotronica”? Elektronikę z efektami krzyczących czarnoskórych dzieci czy czarne dzieci krzyczące pod elektroniczny podkład? Punktacja za odpowiedzi: odpowiedź numer jeden – zero punktów, odpowiedź numer dwa – zero punktów. Rainbow Arabia to trochę szersza sprawa, mniej banalna, bardziej zwariowana i przyjemniejsza do słuchania.

Użycie dziwnych nazw jest zbędne. Motywy są proste, troszkę dzieje się w tle – nie jest to nic strasznego, choć po tagach spodziewać się można naprawdę dziwnych rzeczy. Jest tu na przykład taka piosenka, Harlem Sunrise: dobra, jest tu trochę stukania w miski i szklanki, ale motywem przewodnim jest przecież piekielnie (ciągle odejmuję i dodaję ten wyraz do recenzji, w ostatecznej wersji postanowiłem go zatrzymać, chyba słusznie) melodyczna pętla, bardzo – tak, właśnie to słowo najlepiej oddaje istotę rzeczy – ładna. Bo chodzi o to, że Rainbow Arabia, pośród swoich inspiracji i afrykańskich, i elektronicznych, to ciągle zespół „do słuchania” (wiem, gorzej terminu „listenable” spolszczyć się nie dało).

Przełomu nie ma, ale jest siódemkowo – utwór tytułowy, Kabukimono, to coś z nieskomplikowanym, ale naprawdę mocnym tłem. Już pierwsza pętla, ta na wstępie, jest dobra, a każda kolejna jest nie gorsza od poprzedniej. Podkład w refrenie jest solidny w swojej prostocie, a połączony z gitarą około 2:20 daje mimiczny efekt dwukropka i dużego „D”. Główna atrakcja, warto rzucić uchem w tę nutę.

Jak i w inne. Nie oszukujmy się, mamy do czynienia z bardzo dobrą EP-ką. Każda z pierwszych pięciu piosenek zaskakuje poziomem. Remiksy nie dają rady, tak jak utwory nieremiksowane – zwłaszcza Omar K (Ghosts On Tape Remix) wydaje się słabe przy nieobrobionym Omarze K z płyty The Basta. Ale – uwaga – jeśli zapomniałem zachęcić do przesłuchania albo zrobiłem to ułomnie, to zachęcam teraz. Nie, żeby jakaś tegoroczna pozycja obowiązkowa, ale chyba najlepsza z nadobowiązkowych.

poniedziałek, 14 września 2009

Muse: The Resistance

Na początku tej recenzji postanowiłem sobie strzelić w stopę. Otóż, nie ukrywam, nigdy nie lubiłem Muse. Nie kumałem, co w nich takiego, skoro kojarzyli mi się z męczarnią, grą na siłę, wtórnością i plagiatami. Matt Bellamy raczej mnie irytował swoim zachowaniem niż zachwycał, a ich rzekome arcydzieła nudziły. Nic więc dziwnego, że do słuchania The Resistance podszedłem spodziewając się tragedii. No, ale nie uprzedzajmy.

Zaczęło się Uprising. Intro, będące słabszą wersją stylu Kate Perry, nie napawło optymizmem. I ten pesymizm stał się proroczy - Bellamy po raz kolejny wszedł w te swoje tony, które powodują pisk milionów fanek na świecie i mą irytację gorszą niż ta na skutek wokalu Piotra Kupichy. Cały utwór zaś to typowe Muse, nothing special. Póki co minus.

No dobra, ej. I teraz mamy utwór tytułowy. Resistance zaczyna się od w-miarę-nie-tak-tragicznej partii klawiszy i w ogóle nie jest aż tak źle, do momemntu, w którym wchodzi wokal. Bellamy bawi się w Mercurego po raz pierwszy, niestety - nie po raz ostatni. Na pierwszy rzut ucha w byle jaką nutę słychać jednak, że bohater tej recenzji Mercurym nie jest. No, ale to jeszcze nie było najgorsze, bowiem za moment wszedł chórek i spowodował u mnie jedno wielkie WTF?!. Dawno nie słyszałem tak totalnie słabej partii drugiego wokalu. Wchodzą gitary i mamy tragedię. Cóż, ale motyw z intra... tak z 30 sekund by się posłuchało tego fortepianu. O reszcie należy zapomnieć. O outro nawet nie wspominam, bo szkoda słów.

Undiclosed Desires jest obdarzone jednym z najlepszych motywów na płycie, który przewija się przez cały utwór. Problem jednak w tym, że to niewiele znaczy. Początek wokalu jest nawet znośny, Bellamy jakby zapomniał o swoim jęczeniu i tragicznej manierze, jednak w refrenie sobie o tym wszystkim, niestety, przypomina. Utwór nie żenuje aż tak, jak dwa poprzednie, więc należy zapisać to na plus panom z Muse (dzięki, dzięki, wiem - świetny rym). Proszę jednak nie przesadzać z jego rozmiarami i nie radować się za bardzo. Doszliśmy bowiem do momentu, w którym chwalimy piosenkę za to, że nie redefiniuje 0.0 w muzyce.

No i niestety, zaczęło się. United States Of Eurasia (+Collateral Damage) to prawdopodobnie najtragiczniejszy utwór roku 2009. Moment 1:18, w którym, zdaje się, że Muse oficjalnie przestało kryć się z plagiatami, może spowodować jedynie obrzydzenie u tych, co choć trochę lubili Mercury'ego i jego kapelę. No panowie, tak nie można. Wykorzystywanie patentów Queen do tak słabego utworu trąci już chęcią zarobienia mamony. A moment, gdy zaczynia się to United States of Eurasia/ ...sia!/ ...sia!/...sia!? No ludzie. Jest ktoś, kto nie uważa tego za żenadę? Jest ktoś, kto ten moment polubił? Mam nadzieję, że nie, bo burzyłoby to mój muzyczny świat. Błagam, nie róbcie tego.

Guiding Light to piosenka nastawiona na to, by 'czarował' nas swym głosem wokalista. O wokalu Bellamy'ego mógłbym napisać książkę, dlaczego i co mi się nie podoba, jak mnie irytuje i co zrobiłbym z jego strunami głosowymi, gdyby przyszło mi się z nimi spotkać, a miałbym w ręku żyletkę. Coś bym przeciął. I nie byłyby to moje żyły, rzecz jasna.

Unnatural Selection
od 0:45 przypomina nowe-stare U2. W sensie stylizacji - od gitar, po wokal. Od około 1:40 mamy natomiast połączenie U2, Queen i Oasis. Pojawia się też motyw kojarzący się z Knights Of Cydonia, a więc jednym z dawniejszych utworów Muse. Bellamy znowu targany emocjami/chęcią zysku (obstawiam drugie) zmienia często sposób śpiewania, co dla mniej wytrawnego ucha mogłoby tworzyć wrażenie, że śpiewać potrafi i to nieźle. Dla bardziej wytrawnego ucha może tworzyć się wrażenie, że koleś próbuje być gwiazdą, ale trafił trochę nie na tę płytę, na którą powinien. Śpiewać w tak gwiazdorskim stylu (nie mylić tutaj z ew. wartością artystyczną wokalu!), z taką manierą pokażę-wam-co-potrafię-będziecie-zszokowani-jestem-mistrzem, mogliby ewentualnie naprawdę wielcy artyści. Bellamy się wozi, próbuje pokazać, że do owych wielkich należy, ale sorry, my malucha z mercem nie mylimy.

Rozpoczęło się MK Ultra, które wyskoczyło z totalnego zadka. Nie było jakiejkolwiek przyczyny dla zastosowania takiego motywu w takim momencie. Ale to, o dziwo, strzał w dziesiątkę. Pierwszy utwór na najnowszym albumie Muse, którego da się słuchać bez nagłych błyskawicznych myśli, jakie 5 osób wysłałoby się na Madagaskar. Ba, mało tego - słuchając owego można odczuć względną przyjemność - o ile wcześniej słuchało się jakiegokolwiek utworu z tej płyty. Wystarczy jednak puścić dowolny utwór z najnwoszych Grizzly Bear, Animal Collective czy Pheonix, żeby poczuć, jaka jest różnica między przyjemnością względną a bezwzględną.

I Belong to You" (+ "Mon coeur s'ouvre a ta voix") to utwór jak z jakiegoś marnego, szkolnego musicalu, w którym koniecznie musiała pojawić się piosenka, więc pan od muzyki coś tam pokombinował na słabej jakości sprzęcie. Te pseudoprogresje, mruczenia, to wszystko - wiecie, rozumiecie.

I zaczyna się moment najtragiczniejszy. Matt Bellamy jawi się tu jako postać tragiczna, można nawet się wzruszyć. Człowiek ten bowiem miał ambicję. Chciał stworzyć utwór swojego życia. Wspaniały, posiadający trzy części, który zagwarantuje mu miejsce wśród najwybitniejszych. Chłopak ten bardzo chciał, nad utworem pracował wiele lat, wszystko chciał robić sam. Próbował, szukał, kombinował. Włożył naprawdę dużo pracy.

Niestety, na nic się to zdało. Wszystkie trzy części Exogenesis to muzyka tragiczna. Fatalna. Bellamy przez wiele lat pracował nad utworem, który miał wbić nas w ziemię. Miał przekonać nieprzekonanych, zamienić nienawiść niektórych na bezwarunkową miłość. I się nie udało. Naciapana, głupia, bezsensowna hybryda, podczas której wokalista Muse tak bardzo chciał perfekcji, że aż zapomniał, o co mu artystycznie chodziło. Stworzył więc trzy części opowieści o niczym, które nachodzą jedna po drugiej i męczą uszy. 10 minut muzyki, 0 treści, 0 pomysłu, 0 kreatywności. Mamy zabawę w kompozytora. Nie wiem do końca, jak się w to gra, ale w berku byłby już złapany.

I można by nawet użalać się nad Bellamym. Bo co komu przeszkadza jego ambicja? Jego plany? Nikomu. Problemem nie jest to, że chłopak marzy. Problem mamy w tym momencie, gdy próbuje je realizować. Muzykiem jest marnym, a wziął się za eksperymenty. Eksperymenty na naszych uszach.

Trzy części tego jednego utworu pokazują nam całą prawdę o najnowszym albumie Muse. To krążek, na którym nic nie trzyma się kupy, wiele partii instrumentalnych jest albo zerżniętych od bardziej utalentowanych kolegów, albo są napaciane, nieprzemyślane i zupełnie nie pasują do danego utworu. Zdarza się też, że są partie zerżnięte i niepasujące, ale to już mniejsza z tym. Najnowszy krążek Anglików przypomina trochę wylewanie farby na płótno z nadzieją, że wyjdzie coś fajnego. Owszem, plamy są, ale jednak robiąc donośne chlust na sztalugę nie namalujesz portretu. A jeśli już, to wyjdzie bohomaz.

[Mam nadzieję, że to moja ostatnia wypowiedź na temat Muse. Nie wierzę, by po takim The Resistance ktoś ich jeszcze wpuścił do studia. A, Showbiz było przeciętnym albumem, reszta to już regularne pikowanie w dół.]

piątek, 4 września 2009

jj: jj n° 2

Rok 2007: Szwedzi z The Tough Alliance wydają płytę w klimacie marzycielskiego electropopu. Rok 2008: Szwedzi z Air France wydają płytę w klimacie marzycielskiego electropopu. Rok 2009: zgadnijcie, co robią muzycy jj, Szwedzi? Rozumieją, że to ciągle się sprzedaje i że ktoś jeszcze chce tego słuchać, więc kontynuują tradycję.

Kiedy za pierwszym razem opowiadasz kawał, nie możesz się powstrzymać, żeby się nie śmiać. Przy drugim podejściu dajesz się pośmiać osobie słuchającej. Za trzecim razem nie jest do śmiechu nikomu: pointa jest przewidywalna i banalna, a żart zdaje się mieć poziom Kaczora Donalda. Co innego, jeśli dowcip jest na tyle zabawny, że bawi cię pomimo powtarzania. Jeszcze inna historia, kiedy kawał jest – dochodzimy do sedna – średni.

Dreamy, jako gatunek, to cudowna sprawa. Lubię być robiony w balona, czuć słońce w głośnikach pomimo ulewy. Rajcuje mnie wirtualna wycieczka nad jeziorko, wyimaginowane ździebełko trawy wtykane w moje usta. Ekscytują mnie ptasie efekty, cymbałki, chórki. Pranie wakacyjnych mózgów wakacyjnym proszkiem do wakacyjnego prania, tworzenie iluzji i robienie nadziei. I nieprzewidywalność. I to dlatego jj mnie nie satysfakcjonuje, wiem, co, gdzie i kiedy się wydarzy jeszcze przed przesłuchaniem.

Zanim płyty nie rozłoży się na pojedyncze utwory, to twór bardzo solidny. Szybko mija zanim pierwsza piosenka się zacznie, a ostatnia skończy i wrażenie zostawia po sobie bardzo dobre. Ale słabe elementy tę układankę tworzą, bo tylko w ecstasy (jeśli istnieje ktoś, kto czekał, aż wyznaczę highlight, niech zapisze tytuł) i from africa to málaga zapamiętałem coś więcej, niż tytuł. Jeśli to ma być płyta klimatyczna, a nie piosenkowa, to co w tym złego? – zakładam, że ktoś zapyta. Właśnie dlatego wspomniałem o Air France, zespole, który nagrał coś parokrotnie bardziej klimatycznego, jednocześnie tworząc każdą kolejną piosenkę melodyczną i chwytliwą.

Wiem, wiem, porównywanie jest głupie. Ale jj sami się na nie skazali, nie ukrywając swoich inspiracji – mieli być czymś w rodzaju Air France, są czymś w rodzaju B-side'ów Air France. A to i tak dobry poziom.

PS Liść konopi indyjskiej to najbardziej cliché i passé symbol, jaki kiedykolwiek istniał. Do tej pory zdążył się znudzić nawet dziesięcioletnim quasi-legalizatorom, którzy nadal myślą, że THC to jakiś klub sportowy. A jednak, w Szwecji pod postacią liścia potrafi się ukryć niezły projekt muzyczny. Tak tam jest magicznie.