czwartek, 15 kwietnia 2010

Płyty dekady: świat 40-31


Powoli odkrywamy najważniejsze karty. Codziennie pojawia się główny kandydat do wygranej, a liderzy zespołów wzdychają, że ich płyty już teraz opisujemy. Chociaż dobrze wiedzą, że w rękawie mają jeszcze kilka asów. Jednak ta niepewność zwycięstwa, nie daje im spać. [SimonS]

40
Mew
Frengers
[Epic; 2003]


Każdy ma w swojej kolekcji jakiś przehajpowany zespół, którego wielkości wytłumaczyć nie umie. Ja mam akurat taki problem z Mew. Bo ja wiem, że nie zrewolucjonizowali muzyki, nie mieli żadnego wpływu na obecną dekadę, ani nie wymyślili nowego instrumentu. Tym bardziej można to powiedzieć o płycie Frengers. Bo na kolejnych dwóch krążkach pojawiło się trochę więcej psychodeliki i progresywnego rocka. Co oczywiście niczym nowym nie jest, bo każdy znał to już wcześniej. Ale album z 2003 roku, to już w ogóle podstawy rocka. Gitary, perkusja i zniewieściały śpiew wokalisty. No dobra, zdążyłem wam wytłumaczyć, czemu ta płyta nie zasługuje na miejsce w tym rankingu. To czemu tutaj jest? Bo znajdują się na niej takie utwory jak Am i Wry? No, 156, Snow Brigade, Symmetry, She Came Home For Christmas i She Spider. [SimonS]

39
Animal Collective
Sung Tongs
[Fat Cat; 2004]


Najważniejsze postaci dekady mają to do siebie, że po prostu nie opłaca im się wydawać słabego materiału. Pojawią się tu jeszcze, bo trzy czwarte rankingu składa się z ich płyt, co w pewien sposób jest chyba uzasadnione, ale to tutaj jest Who Could Win a Rabbit (łapa w górę, kto nie lubi i wynocha mi stąd w podskokach). [Piąty Bitels]

38
Circulatory System
Circulatory System
[Cloud Recordings; 2001]


Oprócz tego, co w temacie Circulatory System oczywiste, czyli szeroko rozgrzebywana jej jakość, frapujący jest pewien nie do końca ogarnięty przeze mnie moment z takich moich rozmyślań przy śniadaniu, otóż: szesnasty na trackliście The Pillow, wydany - przypominam - w 2001 roku, ma bliźniaczą melodię z refrenem tego hitu Makowieckiego o zmienianiu świata, Spełni się (rok 2002). Nie sugeruję niczego, ale wśród jego „pięciuset płyt przesłuchanych w ciągu dwóch miesięcy” musiał się znaleźć self-titled Circulatory System, chyba, że potwornym zbiegiem okoliczności, ten sam - bardzo, swoją drogą, dziarski - temat wpadł na myśl dwóm różnym songwriterom, co zdarza się mniej więcej co jeden przelot komety Halleya. [Piąty Bitels]

37
MGMT
Oracular Spectacular
[Columbia; 2007]


Misie moje, lubię ich za wszystko, za co powinienem nienawidzić. Są pewnym symbolem pełnogębnej hipsterki, pitchforkowości, „noszenia się na indie” i paru innych rzeczy, które umownie nie istnieją. A przy tym mają kilka radio-friendly prze-singli (bujający Electric Feel vs. hymniczny Time to Pretend vs. zgarniający stawkę, potwornie wpływowy na społeczność YouTube'a, Kids - wsio przynajmniej bardzo dobre), pozytywnie zamotaną drugą część płyty, jeden teledysk z gościnnym występem Asi Newsom (nie wiem czy fajny, nie skupiałem się), a kolejny zwyczajnie definiujący „cool”. Drugi album już nie tak korzystny, o czym - być może - wkrótce. [Piąty Bitels]

36
Animal Collective
Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished
[Animal; 2000]


Jak ta płyta dziwnie brzmi. Słyszymy tutaj zwykłe gitary akustyczne, zwykłą perkusję, zwykły fortepian. Rozumiecie? Przecież to Animal Collective. Widać, że to debiutancki krążek. Evey Tare i Panda Bear byli duetem zwykłych chłopaków z Baltimore. Wyczuwali już swoje wielkie zdolności, ale jak młodzi superbohaterowie, bali się tej nieokiełznanej mocy. W pierwszych dwóch kawałkach słyszymy zapowiedź przyszłości, ale jednak później jest tak bardziej pospolicie. Oczywiście jak na Animali, bo i tak ta pospolitość już była niepospolita w porównaniu z innymi zespołami. Bo wszędzie gdzieś wplątywał się zarodek tej późniejszej genialności, z którego narodził się ten kolektyw super zwierzaków. [SimonS]


35
of Montreal
Satanic Panic in the Attic
[Polyvinyl; 2004]


Karykaturalny, naszpikowany makabrycznie nośnymi motywami Satanic Panic, to najbardziej nicpońska próba dowiedzenia o umiejętności układania piosenek, jakiej w ostatnich latach się podjęto. Świeżość i groteskowość przywołuje na myśl „takie jedne stare zespoły, co to nikt ich nie słucha”, a bezczelnie absolutne refreny Spike the Senses i Rapture Rapes the Muses pokazują, że jednak ktoś słucha (i przedłuża tradycję?). Dodatkowe „więcej niż trzysta” punktów za Lysergic Bliss od 2:30. Jednocześnie zazdroszczę i współczuję wszystkim, którzy jeszcze nie słyszeli. [Piąty Bitels]


34
Wilco
Yankee Hotel Foxtrot
[Nonesuch; 2002]


Podobno ta płyta bardzo pomogła Amerykanom przetrwać traumę po 11 września. Dobrze by było, gdyby i Polacy dostali taki album. Niestety jest to tak samo prawdopodobne, jak pojednanie narodu. Czego najlepszym przykładem jest Doniu. A następny w kolejce zapewne jest Piotr Rubik z Oratorium Kwietniowym.
Przepraszam. Miałem nie poruszać tutaj tego wątku. Jednak ta płyta, od razu skojarzyła mi się z obecną sytuacją w kraju. [SimonS]


33
Kylie Minogue
Fever
[Parlophone; 2001]
Recenzja [Yeti]

Gdybym miał czas i talent, zrobiłbym na pewno taką grafikę, gdzie znalazłyby się płyty popowe lat zerowych. Obok nich byłyby termometry wskazujące odpowiednią temperaturę. Najbardziej po prawej stronie znajdowałby się termometr tejże płyty najfajniejszej Australijki na świecie wskazujący temperaturę tylko trochę niższą od ścinania białek. Fever jest bowiem gorączką nie tylko poprzez tytuł. Mamy tu gorączkę singli; gorączkę popowych kompozycji na najwyższym poziomie; gorączkę komerszjalu, jakiego chce każdy, a kto nie chce, ten jest wyłączony poza zbiór normalnych. Naprawdę, to już nie jest kwestia hajpu - to jest kwestia tego, że jak nie ma Kylie, to nie ma nas. Muzyka kultury masowej bez pani Minogue jest jak krowa bez mleka - do dupy. Musicie to rozumieć. [Yeti]

32
The Dismemberment Plan
Change
[DeSoto; 2001]


„Nie umiem grać na gitarze, ale gdybym umiał, chciałbym grać właśnie tak” - pisałem w listopadzie o Dismemberment Plan i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Superpowers wciąż highlightem, a Change to nadal minipodręcznik „czym różni się dobra melodia od złej, dlaczego w muzyce gitarowej tak dużo jest złych i co z tym fantem zrobić”. Bębniarz ma u mnie do odbioru co sobie tylko zażyczy za The Other Side. [Piąty Bitels]


31
The Fiery Furnaces
Blueberry Boat
[Rough Trade; 2004]


„Tacy White Stripes, tylko fajniejsi” nagrali Blueberry Boat chyba tylko częściowo zdając sobie sprawę z ponadprzeciętnej jej überfajności, bo hooki, które ją tworzą, ułożone są bardzo chaotycznie - czyli jedna piosenka to najczęściej trzy różne. Całe bossostwo polega na tym, że to tylko z pozoru strzał w stopę, a - jak się okazuje - wyszło... hm, może inaczej, utwór dziesiąty, 1917, od 2:35, kto nigdy nie zaznał, ten stracił. [Piąty Bitels]


50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-01

środa, 14 kwietnia 2010

Płyty dekady: świat 50-41

Planowaliśmy ogarnąć tę dekadę w miesiąc, no może w dwa. Patrzymy w kalendarz, a tutaj już kwiecień. Wy już z niecierpliwością czekacie na recenzje nowych albumów, a my dalej bawimy się w historyków. Ale to nasz problem. Nie będziemy w nocy spać, żebyście rano przeczytali nową, świeżutką recenzję. Przynajmniej nie będzie większych przestojów. Taką mam nadzieję. Jednak nie myślmy o przyszłości, a popatrzmy jeszcze raz wstecz. W końcu przyszedł czas na najlepsze zagraniczne płyty. Wiemy, że czekaliście. [SimonS]

50
Sunset Rubdown
Dragonslayer
[Jagjaguwar; 2009]
recenzja [Piąty Bitles]

Ja jestem na bardzo-bardzo, od początku skumplowałem się z Idiot Heart i w ogóle na śpiewaniu oh, sanctuary na zmianę z Anna, Anna, Anna, oh łapię się częściej niż rzadziej. Wiadomo, bo pisałem o Dragonslayer zyliony już razy, trochę słabo rozmachał się w Polsce lans dookoła postaci Spencera Kruga, co trochę swędzi. Zwłaszcza, że Dragonslayer jest kapkę ciekawszy niż ten-cały-wasz Funeral, i w stu procentach zdaję sobie sprawę z tego, co mówię. [Piąty Bitels]

49
Atlas Sound
Let the Blind Lead Those Who Can See but Cannot Feel
[Kranky; 2008]


Dzięki. Informowałem, że albumu nie słuchałem, ani na liście indywidualnej nie dawałem. Nikt nie posłuchał. Yeti i Piąty Bitles smacznie śpią, a ja zostałem z tym fantem. Zeszłoroczny album przesłuchałem i bardzo sobie upodobałem. Jednak poprzedniego, ani nuty. Lecz nie wątpię, że tak samo wpada w uszy. A że On, a nie Logos, to znaczy, że chyba jeszcze bardziej! Mam nadzieję, że będę miał okazję w tym roku usłyszeć Bradforda Coxa. Na Off Festivalu w Katowicach. Ale poetą na pewno nie zostanę. [SimonS]

48
Portishead
Third
[Island; 2008]


Długo trzeba było czekać. Po jedenastu latach w końcu się doczekaliśmy. Zespół w ciągu 19 lat wydał zaledwie trzy albumy. Nie ma jednak żadnych powodów do narzekań. Warto było czekać, bo zespół powrócił w wielkiej formie. Chociaż można mieć pewne pretensje, że mimo takiej długiej przerwy, zespół wciąż brzmi tak samo. A podobno, jak stoisz w miejscu, to się cofasz. Takie jednak już jest Portishead, albo to się komuś podoba, albo nie. [SimonS]

47
M83
Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts
[Gooom; 2003]


A wiecie, że z tym rowerem jednak nie jest tak źle? Przespał całą zimę i w sumie aż tak bardzo nie skrzypi. Wciąż sprawia wielką frajdę, tak samo jak muzyka M83. Dzięki tej płycie francuski duet odniósł sukces. A sukces motywuje do dalszego działania. Po tym pojawiły się trzy kolejne krążki i żaden nie schodził poniżej pewnego pułapu. Który zagwarantował im status liderów współczesnego dream popu. Muzyki relaksu, momentu bez stresu i błogiego robienia tego na co akurat mamy ochotę. [SimonS]

46
The Tough Alliance
A New Chance
[Sincerely Yours; 2007]


Balearyczni żołnierze to bardzo dobre dziki, tak się składa, i ciężko o lepszy songwriting w tej branży, z całą sympatią dla Air France. Babrają się w electropopie i są mniej dreamy niż chcieliby tego recenzenci, ale nadrabiają znajomością XTC i The Kinks Are the Village Green Preservation Society. Mniemam, bo sami z siebie tak „piosenkowych piosenek” by nie klecili. [Piąty Bitels]

45
Radiohead
In Rainbows
[własnym sumptem; 2007]


Jest jeden znaczący powód, dla którego ten album zasługuje na wyróżnienie. Historia określi dekadę lat zerowych, jako tą która zrewolucjonizowała rynek muzyczny. Płyty stały się kolekcjonerską zachcianką. Obecnie większość z nas muzykę nabywa w internecie (nie wnikam jak) i słucha jej w formacie mp3. Radiohead po złych doświadczeniach z dużymi wytwórniami muzycznymi, postanowiła wyjść na przeciw słuchaczom. A ci byli bardzo zniecierpliwieni. Czekali na nowy materiał już cztery lata, a jego ani widu ani słychu. Brak nowej wytwórni nie napawał optymizmem. Ale po co komu wydawca? Zespół udowodnił, że to przeżytek i postanowił umieścić album w internecie. Za dowolną opłatą. Tak więc, jedni płacili jednego pensa, a inni kilka funtów. A muzykom i tak wyszło to na zdrowie. Cały zysk poszedł do ich kieszeni, a nie do wytwórni. Nie byli pewnie pierwszym zespołem który poszedł taką drogą, ale na pewno byli prekursorami wśród zespołów uznanych. In Rainbows posiada kilka perełek takich jak m.in All I Need, jednak wszyscy wiemy, że stać ich na lepszy materiał. Dlatego wyróżnienie przede wszystkim za innowacyjność w sposobie dystrybucji muzyki. [SimonS]

44
Stereolab
Sound-Dust
[Elektra; 2001]


Nie jest to Emperor Tomato Ketchup, ale raczej na tej zasadzie, że Think Tank to nie Trzynastka, „if you know what I mean”. Sound-Dust to czołówka najbardziej niedocenionych albumów minionej dekady (anegdota o Elvrumie, chociażby), a to przecież zwierzyna na tyle dobra, że coś tak totalnego, jak Captain Easychord, nie odbiega nawet znacznie od reszty materiału. [Piąty Bitels]

43
Róisín Murphy
Overpowered
[EMI; 2007]


Było Moloko i było kololoko. Znaczy kolorowo. Ale nic nie trwa wiecznie i zespół przestał istnieć. Irlandzka wokalistka się jednak za bardzo nie przejęła i postanowiła zacząć solową karierę. Ze świetnym skutkiem. Debiutanckie Ruby Blue, a potem Overpowered. Dzisiaj już nikt nie tęskni za Moloko. A przecież to się rzadko zdarza, żeby po rozpadzie zespołu odnieść jeszcze solowy sukces. Wyróżniłem ten album, bo akurat bardziej go lubię. Jednak prawda jest taka, że oba są tak samo dobre i trzeba je po prostu znać. [SimonS]

42
múm
Yesterday Was Dramatic - Today is OK
[TMT; 2000]


Nie chcę nic mówić. Dopiero była sobota i to jest świetna okazja do słuchania / zapoznania się / pojednania z tym krążkiem. [Yeti]

41
Fennesz
Endless Summer
[Mego; 2001]


Nie wiem, z czym Wam kojarzy się Austria. Wiem, że ja mam dość spaczoną formę kojarzenia, skoro pierwszą myślą, gdy widzę tło czerwone przedzielone białym paskiem jest Adolf Hitler. Przy czym nie należę bynajmniej do entuzjastów pana Adolfa, a i wcale jakoś o II wojnie światowej swej wiedzy nie poszerzam. Problem z moim umysłem jest o tyle większy, że Austria to kraj wybitnych kompozytorów i, na Boga, mogłaby mi się kojarzyć z którymś z nich. Z którym? Czy ja wiem... Mozart? Haydn? Fennesz? Oj tam, dzieła wszystkich były genialne. [Yeti]


50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-01

wtorek, 30 marca 2010

Płyty dekady: Polska 10-01

Jestem bardziej podjarany niż będę podczas rankingów światowych. Chyba. [Yeti]

10
Łona i Webber
Insert (EP)
[Asfalt Records; 2007]


Łona, na którego czekałem ja, Ty i Twoja teściowa, choć jej pewnie jeszcze nie znasz. Kilka zaledwie kawałków, w których Łona zawiera najwięcej treści w najciekawszej z dotyczasowych form, jakie wybierał. Genialna diagnoza kondycji współczesnego rynku muzycznego (Insert + pierwsze zwrotki Bumboksa); wybitnie śmieszny i wybitnie błyskotliwy duet ze Smarki Smarkiem, który dał jeden z najlepszych featuringów, jakie dane było mi słyszeć (Świat pełen filozofów); inteligentne diagnozy społeczne (Nic tu po nas) i fantastyczny closer-dżołk Nie zostało nic. W zasadzie jedyny track, do którego można się przyczepić w jakikolwiek sposób, to Co to będzie? (feat. Paco), ale i on ma momenty (coś mi się nie podoba ten szkrab / czy on, na Boga, ma dietę bogatą w wapń?). Storytelling Łony wreszcie wykorzystany w należyty sposób, koncepty do końca dopracowane, a Webber ponownie wymiata na bitach. Adasiu, na to czekałem. [Yeti]

09
Cool Kids of Death
Cool Kids of Death
[Sissy Records; 2002]


Najważniejsze w osiągnięciu sukcesu, jest znalezienie odpowiedniego targetu. Udało się to Krzysztofowi Ostrowskiemu. Dorastająca młodzież. Buntująca się, nieszczęśliwie zakochana i często niezadowolona ze swojego życia. Wielu te teksty kupiło, w tym ja. Wokalista w 2002 roku miał 26 lat, więc czy wykrzykiwał słowa prosto z serca? Ja mając teraz 20 lat i wracając do tych piosenek, często mam ironiczny uśmiech. Więc tym bardziej dojrzały facet, musiał wiedzieć, że robi sobie z nas jaja. Najpierw wyśpiewywał, że ma wymierzone butelki z benzyną i kamienie w prezenterkę MTV, żeby na drugi dzień zasiąść na kanapie tej samej stacji. Ale efekt został osiągnięty, młodzież ich pokochała za bunt, a media mimo wszystko wypromowały. Takie sztuczki już nie przeszły na kolejnych albumach, ale trzeba przyznać - debiut mieli mocny. [SimonS]

08
Kings of Caramel
Kings of Caramel
[My Shit In Your Coffee; 2008]


Spójrz na okładkę. Na jej pełną wersję. Jest przegenialna. Doskonale pomyślana, świetnie dopracowana, barwna. Pasuje więc idealnie do pierwszego krążka projektu Bieli i Cieślaka. Opener, Dolphins in Wales, to jeden z mych ukochanych motywów gitarowych ever (zwracam uwagę - nie: polskich, a: ever). A i później zdolność do wyzwalania w słuchaczu emocji i klimatu sprawia, że po raz kolejny - nawet przestałem liczyć - przyszło nam kłaniać się przed kolejnym z projektów Maćka Cieślaka. To wszystko wspaniale wróży, bo podobno niedługo wraca Ścianka, a i Księżniczki coś wydać mają. Ten tak cholernie niedoceniany album musi po prostu wreszcie znaleźć drogę do Waszych serc i mózgów, inaczej stracę wiarę w ten naród. [Yeti]

07
Muchy
Terroromans
[Polskie Radio; 2007]


Po debiucie Much słychać było wiele negatywnych głosów na temat poznańskiego bandu. Że niby przehajpowani, że nic nie grają, że teksty grafomańskie. Ludzie, zeżryjcie własne zęby. Nigdy jeszcze nie było równie przebojowej i konkretnej płyty poprockowej w naszym kraju. Od pierwszych gitarowych dźwięków w Wyścigach po ostatnie sekundy 111 czuć tu wielki talent i epokowość, która unosi się nad tym krążkiem. Świetne brzmienie tego albumu (gitary! Wreszcie na gitarowej płycie słyszę szybkie gitary!) nadaje mu kształtu i konkretu. Kiedy zaś do gitar dojdzie lekkość pióra Wiraszki, który wyraźnie ma dar (choć czasem zostawia go na moment w długopisie/klawiaturze), już wiemy, że takiego debiutu nie było od dawna. Bo siła Much tkwi w piosenkach jako całości. Już dawno nie otrzymaliśmy w Polsce albumu, do którego można by było tańczyć bez poczucia wiochy. Już nie musisz iść na koncert jakiegoś tam Lao Che, jeśli chcesz słuchać skocznych piosenek, teraz możesz wybrać się na Muchy. No dobra, wyliczamy: Wyścigi, Fototapeta, Najważniejszy dzień, Galanteria, Miasto doznań, Zapach wrzątku, Brudny śnieg, 21 dni, Górny taras, Terroromans. 10 piosenek świetnych na 12 na albumie. I niezliczona ilość cytatów gotowych do importu jako Twój opis na GG.

dobrze znane nadmiary; bulwary śpiewają o średniej sytuacji; ta planeta niefajny ma kształt; emocje nie na sprzedaż; czy już czujesz, że się zbliża najważniejszy dzień?; chodź i powiedz mi te słowa słodkie jak delicje, o których wiemy tylko my; niech moje biszkoptowe serce owinięte ciasno folią będzie ciepłe; to miasto ważnych spraw i krótkich miłości; wyglądasz tak nierozsądnie - to nieistotne; zatańczymy jak owady; trochę wieje, śnieg topnieje w rękawiczkach dzieciom; zakochuję się w tramwajach, zakochuję się na mieście i tak dalej, i tak dalej. Wiraszko, Maciejewski, Waliszewski - kocham Was. [Yeti]

06
The Car Is on Fire
Lake and Flames
[EMI Music Poland; 2006]


Powiem szczerze: gdyby nie moja wiedza, myślałbym, że TCIOF jest zespołem zagranicznym. Brytyjskim, amerykańskim, whatever. W każdym razie jednak - od pierwszych dźwięków cudownego openera po ostatnie szarpnięcie gitary na tym krążku czuć tu to, co czuć chcieliśmy. Ekscytacja połączona z kontemplacją kolejnych sekwencji dźwięków, które ukazują nam zadziorność i bezczelność tej grupy. Oto paru facetów po dwudziestce (?) bierze gitary i łoi. Łoi, swym łojeniem zawstydzając specjalistów od łojenia. Za chwilę z kolei plumka i jęczy, by zawstydzać specjalistów od jęczenia. Kurde, czego ja tu nie słyszę! The Beatles; wszystkie ciekawsze gitarowe zespoły naszych czasów + ja. Tak, słyszę tu siebie. Tak, słyszę tu to, czego chciałem słuchać. Zrealizowane lepiej niż mogłem sobie to wymarzyć. Cholera. Współczuję ludziom, którzy nie ogarniają Lake&Flames. [Yeti]

05
Afro Kolektyw
Połącz kropki
[Polskie Radio; 2008]


Połączcie kropki, a dostaniecie najlepszy polski zespół ostatnich 5 lat. Zaczęło się od singla Przepraszam. Po jego usłyszeniu, już było wiadomo, że po dwóch latach, Afro wraca w wielkiej formie. Może w nie tak wielkiej, jak na poprzednim albumie, ale zrozumcie. Pewnie sam Yeti zadzwonił do Afrojaxa, i powiedział, że ta płyta musi być jeszcze lepsza od Czarno Widzę. Wiem, co mówię. Dzisiaj mi powiedział, że moje teksty mają być zajebiste. Oczywiście widzicie efekt. Piszę jakieś bzdury. Podobnie musiał się czuć lider zespołu, gdy się dowiedział, że jednak nie będzie Łony w kawałku Warschau Breslau Stettin. Przyszła Dana oraz Lwów i kawałek stał się tym najgorszym. Oczywiście początek Hoffmana świetny, ale Dana i Roszja wyraźnie od niego odstają i zaniżają poziom tej kompozycji. Tym bardziej, że jakieś featuringi z Ukraińcami, Czechami i Słowakami w polskim rapie zawsze uważałem za stratę czasu. Ale to jedyny minus tego albumu, a inne kolaboracje to strzał w dziesiątkę. Muchy, Kinga Miśkiewicz, Filip Jaślar itd. A Pod względem brzmieniowym, jest to na pewno najlepiej dopracowany krążek kolektywu. Który dopełniony jest świetnymi teledyskami do Przepraszam i Mężczyźni są odrażająco brudni i źli.
PS. W moim opisie nie pojawił się żaden fragment tekstu. Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu tutaj wklejać dziewięciu piosenek. Sami się w je wsłuchajcie, a na pewno znajdziecie coś dla siebie. [SimonS]

04
Ścianka
Białe wakacje
[Sissy Records; 2002]


Rok po Dniach wiatru Ścianka powraca, by dokończyć dzieła zniszczenia wszelkiej konkurencji. Gra absolutnie zwariowanych dźwięków w Got My Shoes&My Tattoo przeradza się w długie, skomplikowane, stopniowo rozwijane motywy tracku tytułowego. Te z kolei, po ponad 7 minutach, nagle kończą się i rozpoczyna się delikatne, dwuminutowe The Hill. Zza wzgórza wyłania się nam Harfa traw - jedna z moich ulubionych ściankowych pozycji w ogóle. Hej, podaj rękę i pójdziemy drogą letnich dni / to bliżej niż byś chciał, nie czekaj, dotknij, zobacz sam/ pola, nieba, słońca, wyspy pośród gwiazd / pociąg czeka powiedz tylko, powiedz tak - śpiewa Cieślak w Piosence no. 2 i nie wierzę, by jakakolwiek osoba o wrażliwości przekraczającej poziomy percepcji głazu nie dała się im uwieść. A już chwilę później mamy przecież A6 i najlepszy polski utwór ever - Miasta i nieba. Potem cholernie klimatyczny Peron 4, idealnie oddający nastrój czekania na ukochaną osobę w środku nocy, gdy czujesz piach pod powiekami i wszystkie dworcowe dźwięki docierają do Ciebie wolniej. Znowu wkracza Cieślak, znowu mamy akustyka i September. A potem już blisko 13 minut wymiatania totalnego. Nie da się, nie da się opisać tego wszystkiego, co tu się dzieje. Wiem jedno: ta płyta, poza tymi wszystkimi pasażami i motywami, ma jedną siłę, w której już nic nie może się z nią równać: partie basu. Ja tam nie wiem, co zamierza Benedykt XVI, ale gitarę, która posłużyła do nagrania tej płyty, ja bym ogłosił santo subito. Bez kitu. [Yeti]

03
Ścianka
Dni wiatru
[Sissy Records; 2001]


To nie jest zwykły album, to jest dzieło sztuki. Jedyne w swoim rodzaju The Iris Sleeps Under The Snow, o którym już wspominałem przy okazji singli. Jest to jedyna na tej płycie standardowa piosenka, z podziałem na zwrotki i refren. Reszta w sumie ma mało wspólnego z tradycyjnymi utworami. Są to w sumie słuchowiska. Ale zespół nie potrzebował nagrywać dźwięków autobusów, czy spychacza. Oni to wszystko stworzyli na własnych instrumentach. Przed przesłuchaniem tego albumu, pewnie sobie nawet nie zdawałeś sprawy, że do tego jest zdolna gitara czy perkusja. Pewnie wielu muzyków, którzy uważają się za zdolnych, do dzisiaj tego nie wie. Psychodeliczny Piotrek, który jest 11 minutowym monologiem. Postrockowe *** które świetnie nadaje się do ścieżki dźwiękowej jakiegoś dreszczowca. Wszystko tutaj jest przemyślane i na swoim miejscu. Bardzo trudne w odbiorze, ale przecież taka jest Ścianka. Płyta wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Coś, co powinno być wizytówką Polaków na Ziemi, a może i w całej Galaktyce. [SimonS]

02
Lenny Valentino
Uwaga! Jedzie tramwaj
[Sissy Records; 2001]


Świat przed wynalezieniem Internetu. Mały chłopiec w swym małym pokoiku małego mieszkanka w małej mieścinie na Śląsku ma również swój własny, mały świat. Światło odbijane przez Księżyc wpada do pokoju, oświetlając jego kołdrę i niego samego, wtulonego w swego misia. Mały Arturek wspomina swój dzień - dziś było naprawdę wspaniale. Ujrzał dużo kolorów, których tak trudno mu doświadczyć każdego dnia w tym szarym, ciasnym miasteczku. Był bowiem w cyrku, gdzie widział to, o czym marzył - wreszcie ujrzał słonia, który był bohaterem wielu dziadkowych opowieści. Teraz jednak musi się wtulić mocniej w swego pluszowego przyjaciela - oto ulicą jedzie tramwaj, co sprawia, że Arturek znów ma te takie krostki na ręce i robi mu się zimno ze strachu. To mu przypomniało ten moment, gdy tata wyszedł przez drzwi z walizkami i nigdy już nie wrócił.

Księżyc wciąż świecił, a jego promienie padały na dwóch chłopców. Jeden z nich, ten ulepiony z plasteliny, stał i uśmiechał się na regale pod ścianą. Drugi, wtulony w swojego misia, znowu płakał. [Yeti]

01
Afro Kolektyw
Czarno Widzę
[Blend Records; 2006]


Próba błyskotliwego opisywania dokonań Afro Kolektywu przypomina trochę próbę przesłuchania całego dorobku doktor dermatolog Ewy Iwan-Chuchli. Znaczy: no nie da się. W przypadku Afro Kolektywu nie da się z prostej przyczyny: czego byś nie napisał, i tak zabrzmi to jak banał. Jednak, wybaczcie, muszę. Ten krążek jest najlepszą diagnozą socjologiczną wszelkich procesów i praw rządzących tym krajem. Porzućcie książki, porzućcie studia socjologiczne, porzućcie wszystko. Przesłuchajcie Czarno widzę. Najlepsza polska płyta z diagnozą rzeczywistości w historii wyjaśni Wam wszystko - od psychologicznego podłoża psychologów, przez naiwność niektórych emigrantów (trawa zieleńsza rośnie tylko w miejscach gdzie indziej) czy motywy kiboli ("spierdalać cwele smętne" - czaicie o co chodzi: / kręcą o nas dokumenty, miastem rządzi młodzież) i alterglobalistów (poznaj swą winę: pusty łeb, pełna micha / rzuć rodzinę, podpal sklep - idzie manifa!) po biby nastolatków (kino nocne, dębowe mocne / i paznokcie obgryzione jak drzewa w Korei Północnej) czy mentalność niektórych kobiet (choć ma twarz małpy, / to pewnie stan konta jak mój numer IP). Wszystko to okraszone odpowiednią ilością goryczy (i toksyczni rodzice, z ich winy on płacze / bo się boi, że wpisze w Google'a 'szczyny' i zobaczy/ swój życiorys) i humoru zarazem. Do tego geniusz porównań - jak komuś już mówiłem, powinni tego nauczać w liceach jako porównania hoffmanowskie (wolności szerszej niż odbyt Eltona Johna) czy IDEALNYCH skitów i solo jamzów (GŁAZ NARZUTOWY!). Podane w sosie lekkich, zwiewnych i doskonałych kompozycji jazzowo-funkowo-rockowo-popowo-jakiśtam, dają nam absolut, jakiego ze świecą szukać. Wybacz Ścianko, wybacz Lenny Valentino, ale dla mnie NIE MA LEPSZEGO NAD AFROKA DRUGIEGO. Po prostu nie ma. [Yeti]

poniedziałek, 29 marca 2010

Płyty dekady: Polska 20-11

Ja myślałem, że jak opisuję 7/10 płyt z dzisiejszego rankingu, to ktoś napisze wstęp za mnie. No cóż, nie udało się. Nie będę więc uprawiał autoreklamy - Szymon też tu pisał. No. [Yeti]
20
Małpa
Kilka numerów o czymś
[self-relased / Asfalt Records; 2009]


Małpa w wywiadzie dla CGM-u powiedział, że jego samego zaskoczył sukces tej płyty, bo on, gdyby nie był jej twórcą, tak by się nią nie jarał. Czy coś takiego. No ludzie. Ja wiem, że ogólnie ludzie lubią skromnych artystów, ale bez przesady. Wydaje mi się, że ten raper musiał mieć świadomość epickości swego materiału - od jego treści, przez formę, aż po sposób wydania i sukces, jaki niewątpliwie osiągnął. Sprzedać tyle płyt, gdy wysyła je się samodzielnie pocztą - to trzeba czuć. Małpa musiał wiedzieć, że jego album wymiecie. Musiał wiedzieć, że takie Wyjeżdżam, by wrócić należy do najwybitniejszych tracków polskiego rapu ever, a całość Kilku numerów o czymś przekonuje słuchacza, że tytuł albumu jest zasadniczo idealnie trafionym. [Yeti]

19
Smarki Smark / Kixnare / DJ Pysk
Najebawszy (EP)
[Nielegal; 2005]


Jeśli słuchasz rapu od jakiegoś czasu i nie trafiłeś na Smarki Smarka, to musisz się obracać w wątpliwych kręgach i słuchać wątpliwej jakości rapu. Kradzione, posklejane bity przez jednego z mych ulubionych producentów (Kixnare), świetne cuty Pyska i doskonałe flow Smarka czynią z tego nielegala coś, co trzeba znać, nawet jeśli się nie utożsamia z jej przekazem ideowym. Ba. Daleko mi do czucia liryków Smarka, ale, cholera, przecież niezależnie od tego, o czym on rapuje i jak bardzo wulgarny jest tym razem, ma on full pomysłów i cudowne flow. Kixnare, Pysk i Smarki stworzyli cudowne trio, które wydało absolutnie genialnego nielegala, który przeszedł do kanonu polskiego rapu. Ale nawet bez tych wszystkich uwarunkowań historycznych jest to po prostu materiał, którego słucha się tak świetnie, jak trudno było do niedawna znaleźć te mp3 w formie, którą dałoby się sensownie otagować. [Yeti]

18
Grammatik
Światła miasta
[T1-Teraz; 2000]



Lubię słuchać, gdy jest już późno, gdy wszyscy śpią
Kiedy gwiazdy lśnią
I jest cichy cały dom, wtedy piszę
I zagłębiam się w tą ciszę
To, co słyszę, to jedynie wyobraźnia
Cienie straszą, odchodzą, kiedy się przejaśnia
Jest już ciemno, spokojnie, tak jest tylko w baśniach
Gdzieś za oknem w oddali jakiś pies ujada
Zapewne ktoś stoi teraz na rozdrożach świata
Ktoś odkrywa niepojęte sprawy
Jest już późno, piszę...
(Jeszcze nie śpisz mały?)
Jeszcze nie śpię
To nie są rzeczy, które widzę we śnie
Jak odgłosy w mieście, hałasy, zgiełk tłumu
Kolorowe litery gdzieś na wyłomach murów
Czasy królów odeszły, nastały czasy pełne bólu
Piszę o tym wszystkim, by poezji stać się bliskim
Jak ci którzy odeszli, tysiące ludzi
Jest już późno, czas iść spać, z nie marudzić
Czekam, kiedy znowu muza do mnie wróci

(...)

Grammatik - Jest już późno, piszę...

[SimonS]


17
Łona
Nic dziwnego
[Asfalt Records; 2004]


Debiut Łony należy dziś do najbardziej hajpowanych albumów polskiego rapu. Jednak Koniec żartów ciągle jawi mi się jako płyta niedopracowana, o czym głoszę przy każdej okazji. Jest tam lekko i zwiewnie. Niemniej jednak osobiście zdecydowanie wolę Nic dziwnego - krążek, na którym Łona wali coraz więcej błyskotliwych spostrzeżeń, mieszając się w różne sfery życia. I choć obce mi są idee, za którymi przystaje Adaś, to ilość humoru i błyskotliwość każdego liryka na jego drugim albumie stanowi dla mnie problem, bo w sumie chciałbym tak wyrażać myśli. Dobranoc - do Ciebie, Aniu, szłem + Rozmowa z cutem + Reż tę herbę + Nie gadaj tyle = kwintesencja humoru i lekkości w wyrażaniu swych opinii. [Yeti]

16
CNC
No Mood
[DRAW; 2009]


PMC + BD = bardzo dobra płyta, choć nie wszyscy mogą skumać. [Yeti]

+1
Jak dobrze, że ominęła mnie matura z matematyki. Patrzę tak na to działanie i zastanawiam się, co w PMC robi C? Piotr Maciejewski C? A czemu nie BDN? Robi to się skomplikowane działanie. Myślę, że to rozszerzona maturka luzem. Pozdrawiam tegorocznych maturzystów i życzę, żeby na podstawowej nie było takich działań.
PS. Szukam recenzji CNC na UwN, żeby dodać ją pod wytwórnią i datą wydania, a jej nigdzie nie ma. WTF?! [SimonS]


15
Ortega Cartel
Lavorama
[Asfalt Records; 2009]
Recenzja [Yeti]



Nazywamy się Ortega Cartel i w parę sekund gnieciemy inne płyty rap.

14
Afro Kolektyw
Płyta pilśniowa
[T1-Teraz; 2001]


Gdyby patrzeć na Płytę pilśniowią wyłącznie pod kątem brzmienia, to lista zarzutów byłaby masakrycznie długa. Dość kanciaste (choć dziś brzmi to niewiarygodnie) flow Afrojaksa; beznadziejna produkcja, która powoduje, że perkusja wybija się przed wstawki muzyczne a nawet wokale; niedociągnięte koncepty; niepotrzebne kawałki. Cała ta niedoskonałość staje się jednak - dość paradoksalnie - jednym z największych atutów debiutu Afro Kolektywu. Niedorobiona produkcja tylko uzupełnia bowiem narrację i diagnozy otaczającego świata z punktu widzenia nieudacznika. Płyta pilśniowa to materiał prezentujący młodocianego typka w swetrze, który, dissowany przez cwaniaczków, marzy o dołączeniu do elity, jednocześnie zdając sobie sprawę, że skutecznie przeszkadza mu w tym jego odmienność i nieudolność. To album o dylemacie czy się sprzedać i codziennych kompromitacjach każdego z nas, ubranych w kapitalne od strony kompozycyjnej kawałki, którym fatalna produkcja tylko dodaje sympatyczności i bliskości twórcy z odbiorcą. Tak oto objawił się Wam najlepszy obserwator w kraju. A to przecież wcale nie jego opus magnum. [Yeti]

13
Plastic
Plastic
[Pomaton; 2006]


Kiedy opisywałem P.O.P., byłem na maksa idiotą. Tamten tekst jest bowiem spóźniony i to jest spóźniony właśnie te cztery lata. On powinien być o debiucie zespołu Plastic, a nie o ich drugiej płycie. Wybaczcie i przenieście sobie realia z owego opisu na ten album, a tamten.. też był fajny. Ale do debiutu to się nie umywa. [Yeti]

12
Kobiety
Kobiety
[Biodro; 2000]


Wiele już pisałem o Kobietach i chyba nie chcę pisać więcej. Jeśli nie kumasz, jak świetnym singlem jest Marcello; jeśli nie kumasz, jak doskonały jest szept Lasockiej w Z mieszkania nade mną; jeśli nie kumasz, że ta płyta to definicja lekkości i inteligentnej kompozycji, to miej świadomość, że jeszcze wiele musisz się nauczyć. Nie chcę Cię oceniać. Ale przecież tego trzeba doznać. Trzeba. Doznawaj! [Yeti]

11
Łona
Koniec żartów
[Asfalt Records; 2001]


Koniec żartów. Już jutro pierwsza dziesiątka. A co do płyty, to może faktycznie jest przehajpowana. Ale ja po prostu ją lubię. Możliwe, że na kolejnych płyta Łona mądrzej nawija, jednak dla mnie ten optymizm Końca Żartów wygrywa. Jestem pesymistą, chociaż udaję, że realistą. Dlatego czasami potrzebuję porządną strzykawkę z dawką optymizmu. A najlepszym towarem jest właśnie ten album. [SimonS]


50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-01

niedziela, 28 marca 2010

Płyty dekady: Polska 30-21

Rozumiecie to? Kazali mi napisać wstęp. A dokładniej kazał. Tak nam się naczelny rozleniwił, że aż popsuł swój komputer. Następnie dał za zadanie Bitelsowi tworzenie szkieletów każdego nowego posta (kto uważny, ten zauważył zmianę. Wcześniej zawsze autorem był Yeti, od trzech dni jest nim Piąty Bitels. Który z tym podsumowaniem ma tyle wspólnego, że stworzył grafikę). A teraz nastał ten historyczny moment, że to ja jestem narratorem tego cudownego dzieła. Ale koniec tych kuchennych sensacji. Zapraszamy na trzecią dziesiątkę. [SimonS]


30
The Car Is on Fire
The Car Is on Fire
[EMI Music Poland; 2005]


Facepalm. Debiut TCIOF dopiero na 30 miejscu. Minęło od tamtego czasu zaledwie 5 lat, a ile się w tym czasie na Świecie zmieniło. Pamiętam, że w 2005 roku na VIVA Polska (sic!) oglądałem wywiad z tym młodym zespołem, a następnie pojawił się ich teledysk. Jechali jakiś fajnym samochodem, poczekajcie, zaraz sprawdzę co to za teledysk i jaki to samochód. Dobrze pamiętałem, autko jest czerwone, ale nie mam pojęcia co to za model. A trochę wstyd, bo kiedyś się motoryzacją interesowałem. Może ktoś z Was wie? Przynajmniej będziecie mieli pretekst, żeby w końcu napisać komentarz. Żeby było łatwiej, była to piosenka Miniskirt. [SimonS]

29
Kobiety
Pozwól sobie
[Biodro; 2004]


Kobiety wydały jedną płytę kapitalną, o której jeszcze pewnie poczytacie, ale i drugi album ułomkiem nie jest. Znaczy: Pozwól sobie zaczyna się na podobnie rewelacyjnym poziomie jak self-tittled. (Inna sprawa, że nie mogę ogarnąć w sumie, dlaczego zawsze najlepszy utwór na płycie Kobiet opatrzony jest numerkiem jeden. Oni startują w jakimś konkursie TVP w stylu NAGRAJ NAJLEPSZEGO OPENERA, A WYGRASZ SKODĘ A DŁOŃ PODA CI WŁODEK SZARANOWICZ - wtf?) Potem niby nie ma poetyki debiutu, tak mówią. Ale cholera, Dziewczyna z Gdyni czy mój osobisty faworyt z Kobiet w ogóle - Doskonale tracę czas nie mają tego czegoś? No jak nie, panie Janku/Tomku/Franku. Mamy też chwilę zapomnienia w trakcie gitarowego łojenia (Czarny prezydent) oraz wspaniałą Pustą Polskę. Tak więc ogłaszam: to nieprawda. Jest tu czego słuchać. [Yeti]

28
O.S.T.R.
Ja tu tylko sprzątam
[Asfalt Records; 2008]


Spośród obszernej dyskografii pana Adama (idzie luty, idzie album) nie było łatwo wyłonić albumu, który mógłby symbolizować to, jak bardzo Ostrowski wymiata. I nie chodzi wcale o to, że to pierwsza polska płyta z rapem, co się znalazła na szczycie listy OLiS. To nieistotne pierdoły. Chodzi o to, że to na tym krążku Adaś zamieścił 1980; to tu mamy przekrój przez niemal wszystko, czego możesz szukać w rapie; to tu 76:20 nie dłuży się wcale, stanowiąc dynamiczną całość. Ostrowski ogólnie nie wydaje albumów słabych, ale to Ja tu tylko sprzątam jest najlepszym z najlepszych. Chyba. Choć w sumie jutro już mogę mówić co innego, taki kozak z tego Adasia z Łodzi. [Yeti]

27
Ścianka
Pan Planeta
[
Ampersand; 2006]


Czwarta według chronologii i czwarta według jakości. Boję się zasnąć, boję się wrócić do domu sprawia wrażenie, że oni znowu to zrobili, ale już chwilę później jest gorzej i przychodzi refleksja, że nie. Nie będzie to czwarta z rzędu płyta, która zmieni kanon obowiązkowych albumów dla każdego, kto chce się poruszać po polskiej muzyce. Ale spoko. Bez spinki. To wciąż jest mocarny materiał, to wciąż jest mocarny zespół. [Yeti]


26
Plastic
P.O.P.
[Universal; 2009]
recenzja [Yeti]


Kolejna z płyt o której zdążyliśmy już napisać encyklopedię. Zespół który kiedyś wyląduje u nas w Galerii Sław. A jak już się dorobimy szmalu za naszą ciężką pracę, to wyślemy im w nagrodę statuetkę złotego Ucha w nucie (ktoś chętny do stworzenia projektu?) za najlepszą płytę 2009 roku. Ale to dopiero za rok, jak wygramy główną nagrodę w konkursie na najlepszego bloga. Dzięki czemu przeprowadzą ze mną wywiad w TVN24, na tle Zamku Książąt Pomorskich. Yeti zostanie jurorem w Śpiewaj i Płacz. A Bitels wystąpi w Tylko nas dwoje i udowodni, że nie wystarczy ładnie pisać o muzyce, by równie dobrze śpiewać. [SimonS]

25
Drivealone
The Letitout (EP)
[-; 2007]


Piotr Maciejewski twórczym człowiekiem jest, to każdy chyba już wie. Jako Drivealone wydał dwa albumy w internecie, jeden w kompakcie i do tego dołożył jeszcze EP-kę w mp3. I o to ten mini-album okazał się najlepszą produkcją pana Piotra. Pięć piosenek które tworzą piękną całość i pozostawiają taki przyjemny niedosyt. Jak po de volaille z frytkami w dobrej restauracji. A przy albumach długogrających człowiek zaczyna mieć wyrzuty sumienia, jak po zjedzeniu całego pudełka paluszków rybnych. A przecież napisali, że porcja dla całej rodziny. [SimonS]

24
Jazzpospolita
Jazzpospolita (EP)
[
self-released; 2009]


Sorry wszystkim, ale gdybym dziś układał swoje listy 2009, wyglądałyby one zupełnie inaczej. Znaczy powiedzmy sobie tak: tamten ranking to z mojej strony raczej diagnoza 'czym się jarałem w 2009' niż 'najlepsze albumy 2009', kumacie. Nie mam jednak do siebie pretensji, bo oto mogę się w pełni zrehabilitować i oddać cesarzowi... no, wiadomo. Jazzpospolita to jedyny zespół, który docenił nas na tyle, by objawić się w komentarzach do naszych rankingów - dzięki Wam wielkie, ale to za mało na pierwsze miejsce, kumacie, he he he. Dobra, kończmy to: Jazzpospolita to zespół, na który czekałem. To zespół, który bez spinki nagrał cudną epkę, którą lubię i cenię, ostatecznie przekonując mnie, by kiedyś jednak pożyczyć od ojca te skrzynki z kolekcjami jazzowych massive-album. Póki co jednak pozostaję w blokach, bo tu przyjemnie, bo mi tu tak fajnie wiaterek wieje prosto w twarz i sobie słucham epki Jazzpospolitej. Najlepsza polska płyta jazz w latach zerowych. Cholera, co będzie, jak dowalą longplaya? [Yeti]

23
Muchy
Galanteria (Demo)
[-; 2005]


Miał to być debiut Much. Niestety, wszyscy wiemy w jakim kraju żyjemy. Nikt tego nie chciał wydać! Trzeba było jeszcze czekać dwa lata, jak na pomoc przyszło Polskie Radio. Nie wiemy jak by się potoczyła historia, gdyby jednak ktoś był chętny na wydanie Galanterii. Czy powstałby świetny Terroromans? Czy zespół miałby w tym momencie dwie płyty, a może trzy? Nie ma co gdybać. Pewne jest to, że mimo kolejnej kompromitacji polskiej fonografii, dostaliśmy tutaj kilka dobrych kawałków. Trzy z nich znalazły się później na Terrormansie (Galanteria, Górny Taras i Najważniejszy Dzień), a Kołobrzeg-Świnoujście został odświeżony na Notorycznych Debiutantach. Poza tym dostaliśmy aż cztery anglojęzyczne kawałki, które naprawdę elegancko wyszły. Jednak nie żałuję, że przy pełnowymiarowych płytach zespół zrezygnował z tego języka. W końcu polskie teksty to jedna z silniejszych stron poznańskiego zespołu. Pojawiły się też na tym demie takie mocne kawałki jak Nie mów, Dzwonię i Jane Fonda. A ja wciąż się zastanawiam, czemu nikt tego nie wydał. [SimonS]

22
Lech Janerka
Fiu Fiu
[Sony BMG; 2002]


Lech Janerka to taki smok polskiego podwórka, że wybaczyć mu należy nawet wizyty w Videotece Dorosłego Człowieka czy czymś takim. Gość ma same plusy: od wydania albumu-dzieła-którego-do-końca-jeszcze-nie-doznałem przez wrocławskie pochodzenie po coś tam. Nie czuję się kompetentny w pisaniu o tak zasłużonej postaci. Kiedy on był już uznanym artystą, ja miałem parę lat na minusie. To naprawdę epickie, że kilkanaście lat później Pan Lech wciąż jest w stanie wydać płytę, która będzie wymiatać. I to bardzo, bardzo. A co tam, epickie. Poetyckie. [Yeti]

21
Nosowska
Sushi
[Universal; 2000]



Tak jak wczoraj wspominałem. Nosowska w trip-hop też się bawiła. Na pewno to najbardziej słychać na Sushi. A pomógł jej Andrzej Smolik. Płyta w sumie składa się z dwóch części, a dokładniej wyróżnia się środkiem, który wyraźnie różni się od początku i końca. Od P.Jer do WeejteWelVogel występują piosenki w których raczej nie ma normalnych tekstów, a słowa są wymyślone przez autorkę. Ten fragment płyty jest zdecydowanie wizytówką tego wydawnictwa. A album jest najlepszym w solowej dyskografii pani Kasi. [SimonS]


50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-01