sobota, 19 listopada 2011

Organizm: Koniec, początek, powidok

OCENA: 6.5
Słuchałem tej płyty pięć czy sześć razy i wiem dużo i nie wiem nic, wiem dużo i nie wiem nic. Rekomendacje Nosowskiej czy Wiraszki w ostatnich latach nie znaczą już przecież zupełnie nic, we've got the Internet; z drugiej strony gości wydaje Wytwórnia Krajowa, czyli - śmiem twierdzić - najlepsza idea w polskiej muzyce od lat kilku przynajmniej; to jest od pierwszej edycji Off Festivalu i od założenia młodych, gniewnych serwisów z niezalem w sieci.

Bo Organizm nie jest zespołem słabym; ich granie jest przyjemne dla ucha i umysłu. Mocne strony to z pewnością kompozycje; świadome operowanie takimi a nie innymi partiami basu, plumkającymi gitarami, wokalem. Są tu też momenty oświeconego liryzmu, jak intro Maków, są fantastyczne materiały na singla, z mym ukochanym trackiem Świeża zieleń na czele. Odsłuchy dają przyjemność, czas upływa miło.

Ale.

Ale czas jest bezlitosny dla chłopaków z Organizmu. Synteza kilku wpływów Modest Mouse, Much i Republiki nikomu nie opuszcza już szczęki do wysokości podłogi. Czas jest bezlitosny także dlatego, że te 49 minut, jakich żądają od nas, jest ze sobą przesadnie spokrewnione. Po kilku utworach spodziewamy się więc tego (chwalonego przecież!) basu, tych liryków (których poziom jest iście sinusoidalny). Robi się więc monotonnie; jesienne klimaty może i sprzyjają takim płytom, lecz ich w żaden sposób nie usprawiedliwiają.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Redakcja apeluje: nie gryź, a jeśli już musisz, to inteligentnie. Zastrzegamy sobie prawo do wycięcia Twojego komentarza, szczególnie jeśli będzie zawierał bluzgi. Prosimy, nie pisz jako Anonimowy, jakoś się podpisz. Miłego dnia.