niedziela, 15 sierpnia 2010

OFF Festival 2010: Piątek

Nie było nas na takich festiwalach jak: Selector, Open'er, Boogie Brain i Audioriver. Podsumowując, od koncertu Radiohead nie było nas nigdzie. Nie licząc jakichś lokalnych eventów. A to też pewnie tylko ja. Nadszedł jednak dzień OFF Festivalu i w końcu kogoś trzeba było wysłać. Jak zwykle wypadło na mnie, ale nie mam za to nikomu za złe.  Nie oszukujmy się jednak, powinniśmy wstawić się tam w komplecie. Naczelny wywinął się Arsenalem w Warszawie. Bitels? On jest młody, więc pewnie wiekiem. Wasza strata, zapraszam za rok. Ja za to powoli przejdę do dnia pierwszego. Najważniejszych artystów nie ma sensu przedstawiać. Każdy ich zna, a jeśli nie, zdążył ich poznać w jednej z tysiąca internetowych relacji z tego wydarzenia. 

Festiwal rozpoczął się od występu Hotel Kosmos oraz We Call It A Sound, wraz z nimi zabawę zaczęła pani ulewa. Tak więc zespoły były wspierane garstką 3-10 fanów, a reszta offowiczów rozgrzewała się w tzw. Loży Gastronomicznej, o której być może później słów kilka. Szkoda chłopaków, jednak nie ma co się martwić, w CV zespołu można wpisać "OFF Festival" i każdy miejski klub przyjmie z otwartymi ramionami. Me koncertowanie na serio rozpoczęło się od Newest Zealand, które otwierało Offensywną Scenę Trójki. Nowy projekt Borysa Dejnarowicza w krótkim, 30-minutowym secie zaprezentował dwa single oraz garstkę z nowego materiału. Yours Sincerely oraz As Sure As Sunrise wyszły sympatycznie, bo były znane przez publiczność i przyjęte z wielką radością. Reszcie materiału trzeba dać trochę czasu, bo trudno go oceniać po pierwszym przesłuchaniu. Mnie osobiście za często zalatuje TCIOF, co nie zmienia faktu, że na płycie można się spodziewać kawałka solidnej muzyki. 

Wyszło słońce, więc trzeba było wyjść na świeże powietrze. Tam już czekali bracia Waglewscy ze swoim nowym zespołem. Kim Nowak nie jest wymarzonym wydarzeniem, jednak, po kilkugodzinnej podróży pociągiem, miało mnie rozbudzić. Początkowo głośny bas i gitara robiły wrażenie, jednak z minuty na minutę identyczne kompozycje zaczynają nużyć. Do tego Emade na perkusji wystukujący wciąż ten sam rytm. Zdecydowanie wolę ich w hip-hopowej wersji. Następnie Chazwick Bundick i jego Toro Y Moi. Człowiek tak popularny w Polsce, że w znakomitej książeczce rozdawanej na wejściu, przy nazwie projektu pojawiło się (PL). Nie ma co się dziwić, w końcu Wikipedia w swoich zasobach posiada tylko angielską i polską wersje opisu tego "zespołu". Bundick – wspierany perkusistą i gitarzystą – zebrał tłum, nie mieszczący się w Trójkowym namiocie. W czasie swojego krótkiego koncertu (Causers of This trwa tylko 33 minuty) udowodnił, że jego dokonania są słusznie chwalone, a w przeciągu kilku lat powinien zostać jedną z największych gwiazd światowego niezalu. Miejmy też nadzieję, że wtedy wpadnie do Polski na dłuższy, pełnoprawny koncert – w końcu, według twórców książeczki, jest Polakiem.

Tuż przy wyjściu z namiotu Offensywy, znajduje się Scena Leśna. Która podobno tym razem z lasem miała mało wspólnego. Chociaż jakieś drzewa za nią były. Na niej pojawiło się legendarne Something Like Elvis.  Przed koncertem miałem się zapoznać z ich dyskografią, ale jak zwykle zabrakło czasu, więc o koncercie mogę powiedzieć tyle, że dobrze się spało. Nie, nic do nich nie mam. Może faktycznie są dobrzy tak, jak to wyglądało po reakcji tłumu. Ja jednak położyłem się na trawie i odpłynąłem. A trawy nie paliłem. Nie obrażajcie się, że przysypiałem, te melodie wydawały się przyjemne. Momentami agresywne, a i tak utulały do snu. Może to zasługa basu? Zespół wybiera się w trasę. Ba, nawet wpadnie do Szczecina. Więc może tym razem zapoznam się z materiałem, a następnie wyspany wysłucham koncertu. Zobaczymy.

Na Scenę mBank już wchodzą The Horrors. Podobno jakieś zeszłoroczne odkrycie NME, czy coś. Ja zobaczyłem tylko przed sobą piątkę anorektycznie chudych facetów, ubranych w czarne rurki. Udawali nawet mrocznych, no bo wiecie, horrory i te sprawy. Wychodziło jednak komicznie. Primary Colours przesłuchałem z 3-4 razy, a i tak stojąc przed sceną, czułem się jakbym słuchał ich po raz pierwszy. Jedynie jedna piosenka posiadała charakterystyczny klawisz na wstępie i mogłem uradowany wykrzyczeć: O! Znam to!. Reszta zlała się w masę nieznaną. Na szczęście na Leśnej grać zaczęło Art Brut. Fanem nigdy nie byłem, posłuchać jednak się kiedyś zdarzyło i, co ważne, w głowie coś pozostało. Dzięki czemu koncert był zdecydowanie przyjemniejszy od tego poprzedniego. Wokalista, Eddie Argos, zaprezentował w czasie i między piosenkami swoją konferansjerkę. Czasami może było jej trochę za dużo, jednak rozbawionej publiczności to nie przeszkadzało. Kazał jej też dwukrotnie przysiadywać, a raz nawet znalazł się wśród niej. Końcówki nie widziałem, bo nad terenem festiwalu pojawiła się wielka ulewa. A ja oczywiście w deszczową kurtę się nie zaopatrzyłem. Miało to mieć spore konsekwencje w perspektywie koncertu, który miał być najważniejszy tego dnia. 

Lenny Valentino. Zespół który wydał genialną płytę, od razu się rozpadł i co jakiś czas reaktywuje się przy okazji OFF-a. Wydarzenie wielkie i – kto ma okazję – powinien je zobaczyć i, co ważniejsze, usłyszeć. Tak to wygląda w teorii. Bo w praktyce bywa różnie. Wspomniana już wcześniej ulewa, przed którą uciec nie dałem rady. Poza tym zmęczenie podróżą między Szczecinem a Katowicami i kilkugodzinnym przebywaniem na terenie festiwalu. Do tego można jeszcze dodać wielkie pragnienie wypicia czegoś chłodnego i nagle człowiekowi przechodzi ochota na wysłuchanie tego koncertu. Tak wygląda frycowe w przypadku festiwalowego debiutanta. Na deszcz nic nie poradzisz, ale przecież można było zaopatrzyć się w kurtkę. Na zmęczenie najlepsze są przerwy, a tych dnia pierwszego było za mało, bo człowiek chciał zobaczyć jak najwięcej. Napić przecież też się można było, ale tych przerw się nie robiło. Podsumowując: ten koncert przeleciał gdzieś koło mnie. Mając już dosyć tego piątku, chciałem, żeby  muzycy skończyli jak najszybciej. Bo w głowie miałem też myśl o zalanym namiocie. Kolejny błąd młokosa, który nie przygotował go na ewentualność dużej ilości deszczu. Jedynie pamiętam, że Trujące Kwiaty i głos Rojka stylizowany na małe dziecko zrobiły na mnie wielkie wrażenie. W przypadku innego zespołu mógłbym powiedzieć: Następnym razem będzie lepiej. Tu jednak mogę nie mieć takiej szansy. Może przy okazji dziesiątej edycji? Tylko czy to by nie zaczęło się robić nudne i przewidywalne?

Tak więc szósty sierpnia skończył się dla mnie przedwcześnie. Można było przecież jeszcze zobaczyć Tindersticks albo A Place To Bury Strangers. Na pocieszenie, już z pola namiotowego miałem możliwość usłyszenia w pełnej krasie I Lived My Life To Stand In The Shadow Of Your Head tego drugiego zespołu. Potem Reakwon nie dał mi zasnąć, zresztą koncert The Fall też można było z tamtego miejsca usłyszeć, bez straty w jakości dźwięku. Takie klimaty pola, położonego blisko terenu festiwalowego. Jak to mówią, pierwsze koty za płoty. Wnioski z błędów dnia pierwszego, zostały wyciągnięte i potem było już tylko lepiej. O tym już jutro. Zresztą  piątek taki zły nie był, muzycznie na pewno mnie nie rozczarował.

1 komentarz:

  1. na selector trzeba bylo isc, warto bylo!

    OdpowiedzUsuń

Redakcja apeluje: nie gryź, a jeśli już musisz, to inteligentnie. Zastrzegamy sobie prawo do wycięcia Twojego komentarza, szczególnie jeśli będzie zawierał bluzgi. Prosimy, nie pisz jako Anonimowy, jakoś się podpisz. Miłego dnia.