wtorek, 26 maja 2009

Kasabian: West Ryder Pauper Lunatic Asylum

Czym jest dla mnie Kasabian? Jest jednym z najważniejszych zespołów w moim życiu. Mimo tego, że nigdy nie byli mymi ulubieńcami , czasami uważałem, że są po prostu przereklamowani, a zdarzało mi się nawet przez parę miesięcy nie usłyszeć żadnej piosenki kwartetu z Leicester, to i tak im dużo zawdzięczam. Między innymi, dzięki Kasabian słucham na poważnie muzyki. Jak byłem mały, słuchaczem nie byłem, a jak już mi się coś spodobało, to wstyd było się przyznać, bo jeszcze ktoś wyśmieje czy coś. A, że me dzieciństwo przypadło na okres mody na gangsta-rap, metal i nu metal, to przeżyłem go praktycznie bez melodyjnych dźwięków, bo żaden z gatunków mi nie pasował. No ale przyszedł ten moment, że nastała moda na indie-rock, (tak, teraz można mnie nazwać indie-kindie, ale co by nie mówić, temu gatunkowi dużo zawdzięczam.) Tak więc nastał czas na takie granie, co świetnie wykorzystał zespół Kasabian promując piosenkę Club Foot. Kto nie słyszał tego utworu? Pewnie każdy, a połowa się nim zachwycała. Byłem w tej grupie i doszedłem do wniosku, że w końcu mogę się przyznać, że jakaś piosenka mi się podoba. A, ze Internet już miałem, to zacząłem grzeszyć. Nie, nie chodzi mi w tym momencie o strony o wiadomej treści, tylko po prostu dzięki internetowi zacząłem poznawać muzykę. Ale notka nie miała być o moim pierwszym razie z muzyką, tylko o nowej płycie Kasabian...

Tak więc, na płytę czekaliśmy 3 lata i warto było na ten moment czekać. Zespół który był jednym z symboli Indie jest kolejnym wykonawcą, który zdążył uciec z tonącego statku i poszedł swoją drogą (Eh, czy przypadkiem wstęp do Tonight: Franz Ferdinand nie brzmiał tak samo?) Być może, ale oba zespoły różni to, że poszły zupełnie inną drogą. Kwartet Alexa Kapranosa poszedł w elektonikę, a Kasabian? Trudno to jednoznacznie ocenić, bo mimo, że według twórców wydawnictwo jest Koncept Albumem, to każda piosenka ma swój odrębny styl. Longplay można podzielić na dwie części. Na pierwszą składają się piosenki, które mogliśmy już gdzieś wcześniej usłyszeć. Fast Fuse wraz z Thick As Thieves ukazały się dwa lata temu na EP-ce Fast Fuse EP, do Vlad The Impaler oraz Fire ukazały się teledyski, a świetny Underdog reklamuje Sony. Właśnie Underdog jest openerem tego krążka. Jest nowym Club Footem, porównania rzucają się od razu w uszy, obie piosenki podobne w brzmieniu, obie wpadają w ucho, obie wypromowane przez mass media. Underdog jest jak nowy podrasowany Golf. Może to słabe porównanie, bo Golf VI praktycznie niczym się nie różni od V, ale wiecie o co chodzi. Pomysł ten sam, wykonanie na wysokim poziomie, ale jednak nowe jest lepsze, więc ludzie to kupują, chociaż mogli zostać przy starym, Tak więc podsumowując tą pierwszą część, są to piosenki wpadające od razu w ucho, w rytmiczne i z potencjałem na hity. Pozostałość po starym Kasabian.

Drugą grupę tworzą kawałki, które przesłuchując płytę po raz pierwszy, dopiero poznajemy. Są to utwory trudne w odbiorze, ale niesamowite. Pierwszą z nich jest Where Did All The Love Go?, której początek kojarzy nam się ze starymi kawałkami, bym nawet powiedział, żet ymi z debiutanckiego krążka. Można nawet powiedzieć, że ten utwór chyba właśnie nadaje się do pierwszej grupy, bo z tych nowych utworów posiada najbardziej Kasabianowe brzmienie. Ale jako, że usłyszałem ją po raz pierwszy, to niech już zostanie ona tutaj. Piosenkami na które trzeba zwrócić uwagę na pewno są Take Aim, West Rider Silver Bullet, Secret Alphabets oraz dwuminutowy przerywnik o tytulu Swarfiga. Zespół kiedyś informował, że płyta będzie w brzmieniu bałkańskim. Wtedy mnie ta informacja nie ucieszyła, ale gdy zabrzmiały trąbki na początku Take Aim, pożałowałem, że jest to jedyny taki akcent. Druga przeze mnie wymieniona piosenka jak sama nazwa wskazuje, jest w klimatach westernowych, a featuring Rosario Dawson dodaje jej jeszcze dodatkowego klimatu. O Secret Alphabets trudno mi coś powiedzieć specjalnego, ale z pewności tworzy też wspaniałą melodyjną otoczkę. Na płycie usłyszeć także można świetne Ladies And Gentlemen (Roll The Dice) oraz Happines, które zamyka to wydawnictwo. Obie moim zdaniem świetnie sprawdziły by się w amerykańskich filmach/serialach w scenach, gdy główny bohater myśli o swoich życiowych problemach.

Tak więc materiał składa się na dwie zupełnie różne części, które niestety na płycie są wymieszane, co mnie szczerze mówiąc drażni. Bo po odpłynięciu przy takiej piosence jak West Rider Silver Bullet, jestem budzony drażniącymi dźwiękami Vlad The Impaler. Piosenki zresztą bardzo dobrej, ale nie pasującej mi w tym momencie. Może właśnie o to chodziło zespołowi, żeby słuchacz nie zasnął po szcześciu klimatycznych utworach i wciąż jest budzony mocniejszymi brzmieniami. A przecież jak ktoś chce, to może sobie ustawić kolejność płyty jak mu się podoba. Nic na przeszkodzie nie stoi.

Podsumowując. Z Kasabian nudzić się nie można. Każda ich płyta jest inna i każda się czymś wyróżnia. Ale na pewno największym atutem tego zespołu jest to, że się rozwija, że mimo tego, że wiedzieli, że są słynni ze swojej mieszkanki elektroniki i rocka, to na przekór wszystkim uciekli od teraz panującej mody i zabrzmieli w bardziej folkowych rytmach, stosując więcej gitar klasycznych, trąbek i innych instrumentów tworzących świetny klimat. Oni mają pomysł na swoją karierę, więc jestem przekonany, że przez długie lata będą znajdowali dla siebie miejsce w muzyce popularnej. A na razie delektujmy się ich nowym dziełem, bo ta płyta naprawdę ma szansę na tytułów jednej z najlepszych w 2009 roku.

poniedziałek, 25 maja 2009

Odkopane w maju

Gdzieś w zbiorach każdego z nas są piosenki, które zalegają. Głowę, półki, dyski twarde - cokolwiek. Najważniejsze, że są stare, rzadko ich słuchamy, no i że wracają. O utworach tych rzadko jest okazja pisać na blogu - no bo i z jakiej okazji? Nie mam jednak wątpliwości, że żadna z tych piosenek nie zasłużyła na to, by zginąć gdzieś, że każda powinna się tu znaleźć. Stąd ten artykuł - bo piosenki te odśnieżam, odkurzam, odkopuję, odnajduję czy jeszcze jakiś tam czasownik z przedrostkiem od-. I tak najważniejsze, że je potem odtwarzam, no i... opisuję (cholera, bez od-...).

T. Love - Bóg


Zazwyczaj mam problem z zespołami typu Armia, Kult, Lady Pank, Perfect czy właśnie T.Love. Mianowicie chodzi o to, że albo większość ich materiału artystycznego mi nie odpowiada (Lady Pank, Perfect), albo najnowsze działania danych kapel mi nie leżą (Kult, T.Love). Niemniej jednak z drugiej strony staram się zawsze docenić wkład, jaki niewątpliwie miały w polską muzykę rozrywkową czy kształtowanie ucha muzycznego wieeeeelu, naprawdę wieeelu ludzi. No i ostatecznie lepszy jednak Lady Pank od Dody, Feela itd. Ale ja nie o tym.

Bóg to jeden z nielicznych utworów T.Love, za który dałbym się pokroić. I właściwie na tym mógłbym skończyć opis tej piosenki, bo mówi on wszystko. Ale nie, muszę jeszcze napisać jedno zdanie: w moim przekonaniu to jeden z najlepszych tekstów polskiego zespołu rockowego. Gdyby jeszcze Muniek umiał śpiewać i nie psuł wersji studyjnej, byłaby dyszka w dyszkowej skali, proszę państwaaaa!


Łona i Webber - Panie Mahmudzie


Bo "świat dziś w stereotypach pogrążony na amen/ nie wpadłby na tak szatański pomysł, aby pić z szatanem" i "jeśli mam być szczery - to może pomóc / pan zaglądasz do Koranu rzadziej niż ja do Pani domu" i więcej komentarza nie trzeba.


Britney Spears - Toxic


He, he, he - "commercial shit", he, he, he. Jeden z najlepszych singli popu wszech czasów wrócił do mych łask jakiś tydzień, może dwa temu. I szaleje, i wymiata - zupełnie jak te kilka (już przecież) lat wstecz. Szacun, szacun, szacun, mimo głupoty Britney, która jest równie wielka, jak wielki jest owy kawałek.


Interpol - Obstacle 1


Interpolem nigdy przesadnie się nie jarałem. W sensie, że fajny zespół, ale w ekstazę mnie nie wprawiał. Jednak oba Obstacle stanowią dla mnie swego rodzaju bazę - to od nich zaczynam, gdy chce mi się powrócić do panów z tego bandu. Btw - to już 7 lat, wow, jak ten czas leci.

sobota, 9 maja 2009

NOT - Koncert (?!)


Po pierwsze, właśnie powinienem pisać prezentację z polskiego, ale to szczegół.

Po drugie, zaczynam się wstydzić, że jestem szczecińskim nastolatkiem. Czemu? Ponieważ szczeciński nastolatek kojarzy się z Comą, happysadem, zgrają emo i pseudo - metali.

Po trzecie, wstydzę się, że w Szczecinie istnieje taki klub jak Kontrasty. Wiele złego nasłuchałem się o tym miejscu, ale zaryzykowałem, żeby zobaczyć na żywo zespół NOT. Teraz już wiem, czemu byłem tam po raz pierwszy i mam nadzieję, że byłem tam też po raz ostatni. Oczywiście klub może sobie istnieć, bo gdzieś te emo i pseudo - metale muszą spędzać wolny czas, chociaż z drugiej strony, może to jest wylęgarnia tych złych ludzi? Ale na pewno dobre zespoły powinny omijać to miejsce z daleka.

Najpierw odbyły się eliminację do festiwalu Łódźstock. W komisji był Kuba Wandachowicz oraz Andrzej Sieczkowski, perkusista L.Stadt. Być może jeszcze ktoś był w komisji, ale to nie ważne. W ogóle całe eliminacje do Łódźstock są nie ważne, bo stały na tak słabym poziomie, że pan Wandachowicz wypalił pół paczki papierosów, a jak nie miał ochoty na palenie, to musiał wyjść na zewnątrz odetchnąć świeżym powietrzem. Pan Sieczkowski siedział z miną pod tytułem "Co ja do cholery tutaj robię?!". No ale oczywiście szczecińskiej młodzieży, dla której Piotr Rogucki jest półbogiem, parodie takich zespołów jak Europe, Nightwish czy Soundgarden się bardzo podobały.

Gwiazdą wieczoru miał być łódzki zespół NOT. Cały kapela, oprócz Wandachowicza, który był w jury, specjalnie przyjechała do Szczecina na darmowy koncert, żeby pomóc w promowaniu młodych polskich artystów. Eliminacje do Łódźstock odbywały się w całej Polsce, a gwiazdami wieczoru miały być znane łódzkie kapele (np. właśnie NOT, CKOD, Psychocukier, czy L.Stadt). Niestety zespołowi nie wyszło to na dobre, bo zostali potraktowani, jak jacyś debiutanci, a może i gorzej? Bo jak można nazwać koncert, na którym 4 osoby orientują się, czym jest NOT, a w tym tylko dwie śpiewają z zespołem? (Nieskromnie powiem, że to byłem ja z kolegą). Zagranicą takie zespoły jak są nazywane Supergrupami, ponieważ takie projekty tworzą członkowie innych znanych zespołów. Grupę tworzy Robert Tuta z Agressivy 69, oraz Kuba Wandachowicz i Marcin Kowalski z Cool Kids of Death. Zespół na pewno jest mniej znany od Agressivy czy CKOD, więc nie uwierzę, że w Szczecinie zna ten band tylko z 10 osób. Na pewno problemem było miejsce koncertu, bo to nie miejsce dla takiego wykonawcy. Ale chłopacy się nie przejęli i postanowili, że zagrają cały koncert. Do koncertu przygotowywali się około 20 minut, żeby po 30 minutach grania zostać poinformowanym, że muszą kończyć, ponieważ klub o 22 organizuję imprezę "Śmierć Dyskotece". To ja proponuję "Śmierć Kontrastom". Można pogratulować Kontrastom, że się trzymają terminów i nie mają opóźnień, tym bardziej, jak koncertem są zainteresowane 4 osoby, a z tyłu sztuczny tłum robi 10 osób. Przy stołach siedziało może jeszcze z 20 osób, ale im oczywiście już się nie chciało ruszyć pod scenę. Tylko pytanie, po co do Szczecina przyjeżdżał NOT, jeśli został tak potraktowany? Miał być gwiazdą, która przyciągnie ludzi na eliminacje festiwalu a okazało się, że skończyło się to wielką porażką. Tu wina na pewno jest organizatorów, bo jeżeli wiedzieli, że Kontrasty nie są miejscem dla takiego zespołu jak NOT, to po co ich tu zapraszali? Dla zespołu wielki szacunek za koncert, nie przejęli się tym, że gdy rozpoczynali grać połowa klubu opustoszała, grali dalej swoje. Niestety potem spotkała ich kolejna przykrość, którą okazało się przerwanie koncertu. Tylko niech się potem nikt nie dziwi, że do Szczecina nie chcą przyjeżdżać żadne dobre zespołu, bo jak już przyjeżdżają, to są potraktowane tak jak wczoraj. Pewnie NOT już do Szczecina nigdy nie wpadnie, a nie zdziwił bym się, gdyby Szczecin omijały wielkim łukiem także CKOD oraz Agressiva 69. Ale kogo by to w Szczecinie obchodziło? Przecież Coma do nas wpada co 3 miesiące...

Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że w Szczecinie nie ma miejsc na dobre koncerty. Jeżeli klub jest odpowiednio duży, to w są tam nieodpowiednie osoby, które nie słuchają akurat takiej muzyki, a jeżeli jest dobra atmosfera i ludzie, którym muzyka by się spodobała, to klub jest za mały, a przed sceną stoją stropy podtrzymujące kamienice. Niestety pewnie prędko to się nie zmieni...

PS.

Po Czwarte, współczuje prawdziwym metalom, bo naprawdę pseudo-metale przynoszą wam wstyd. Stanie taki przed sceną, przez 2 piosenki stoi ze zdziwioną miną, aż dochodzi do wniosku, że może by pomachał swoimi przetłuszczonymi włosami. No to wpycha się pod barierki i zaczyna machać to głową. A resztę klubu ogarnia śmiech. No kto widział, żeby przy art rockowym zespole machać głową? Ale oni pewnie nawet na Feel tak samo się zachowują, na dyskotekach też, pewnie jego polonez na studniówce będzie też tak samo wyglądał.


sobota, 2 maja 2009

Janek Samołyk: Don't think too much (EP)

Wiosna. Ano wiosna. Pąki, liście, kwiaty - tego typu sprawy, kumacie. Ostateczna zmiana klimatu z zimnego na ciepły właśnie się odbywa za oknem, pora więc, aby i u nas pojawił się jakiś wiosenny materiał. Ciepły, delikatny. No wiecie - jak wiosna. Precyzyjniej tego nie opiszę, bo nie jestem poetą. Ale zapewne każdy sobie coś tam dopowie i generalnie większość zrozumie, o czym piszę. A jak nie zrozumie, to weźmie do ręki EPkę Janka Samołyka i się przekona. Proste? Proste.

No ale niestety - o płycie nie wystarczy napisać, że wiosenna i cześć. Dlatego zacznijmy od początku, czyli od tego, jak się prezentuje wrocławska scena muzyczna i kim jest autor omawianego wydawnictwa.

Ktoś kiedyś powiedział o polskiej muzyce, że najlepsze zespoły są w najgorszych miastach i odwrotnie - najgorsze w najlepszych. Cóż. Jestem z Wrocławia, więc mogę chyba powiedzieć, że zaliczamy się do tej drugiej kategorii. Nie jestem bowiem w stanie sobie przypomnieć jakiegokolwiek ciekawego artystę, który tworzyłby w stolicy Dolnego Śląska i nie miał na imię Lech, a na nazwisko Janerka. Było co prawda kilka zespołów, ale chyba nikt na poważnie nie potraktował płyty Lili Marlene wydanej w sieci Rossman. Tym bardziej, że i przed wydaniem tego krążka Lili nie zachwycało.

Jasne jest więc, dlaczego na każdy przejaw jako takiego grania na gitarze, wrocławianie zainteresowani muzycznym rozwojem miasta nie reagują obojętnie. Tak też było ze mną, gdy usłyszałem pierwsze piosenki The Ossis. Wtedy nawet polubiłem Wrocław, czyli utwór, który dziś powraca na omawianym materiale. Pamiętam, że zrobiłem w owym czasie coś, czego zazwyczaj nie robiłem - ściągnąłem tę piosenkę (legalnie) z last.fm, bo była taka możliwość.

Niestety, wkrótce The Ossis przestało sypać twórczością, bo się rozpadło. Heh, klątwa fajnego miasta - rzekł wtedy mój kolega. Nieważne. Ważne jest to, że Janek w owym czasie osobiście napisał do mnie, że skoro słuchałem The Ossis, to może bym się zainteresował też materiałem solowym. Zainteresowałem się, posłuchałem, a potem przyszedł czas premier wielu oczekiwanych albumów i zwyczajnie o Janku - przyznaję to publicznie - zapomniałem. Amnezja skończyła się dopiero wtedy, gdy przypadkiem natknąłem się na teledysk, jaki nakręcono do Don't think too much.

No i cóż ja mogę powiedzieć? Jestem już po parokrotnym przesłuchaniu EPki pana Jana. Całość zaczyna się pięknie wiosennym utworem tytułowym, do którego nakręcono klimatyczny teledysk. Może i to wszystko nie jest zachwycające, ale miłe dla ucha na pewno. Dobrze wchodząca partia skrzypiec uzupełnia utwór, który bez niej wydawałby się zapewne pusty.

Klimat się zagęszcza wraz z pojawieniem się Zdjęć (a nie, jak chcą organizacje ekologiczne - z dziurą ozonową), gdzie spotykamy się z typowym dla songerwriterów utworem - delikatnie szarpana gitara i utwór o miłości. Prosta sprawa, ale całkiem sympatyczna.

Wrocław, cóż zmienił się nieco. Jest bogatszy, dodano elektroniczne wstawki, gitary grają mocniej. Inny mix, tak mi się wydaje. Ale mogę się mylić, bo jakość poprzedniej wersji, jaką posiadałem, delikatnie mówiąc, odbiegała od ideału. W każdym razie uważam, że obecny kształt tej piosenki łatwiej się słucha, bo jest po prostu lepszy, ciekawszy, przyjemniejszy.

No i utwór ostatni. Marie from Paris zaczyna się fajną partią gitary, ale i wpadką tekstową, bo raczej piosenka nie powinna się zaczynać od "Her name is Marie, she is from Paris", z całym szacunkiem dla twórczości tekstowej Janka. Utwór jednak idzie w stronę, w którą nie szedł żadny z pozostałych trzech. Co to oznacza? Ano ma pomysły człowiek, o którym piszę od 15 minut. A jak ma pomysły, to ma potencjał.

No właśnie. Janek nam się rozwinął, odkąd The Ossis przeszło do historii. Fanom piosenek opartych na gitarze i spragnionych to wiosennych, to gęstych i wielkomiejskich klimatów, zachęcam do słuchania Don't think too much. EPka ta jest sympatyczna i miła, pokazuje jakiś tam potencjał wrocławianina.

Niemniej jednak Wrocław, jako miasto, wcale nie zrobił się gorszy. Czyli jeszcze trochę przed Jankiem...

niedziela, 26 kwietnia 2009

MeHico: Filu Filu

Ej, dobra. Na początku niemal każdej recenzji jest kilka słów wprowadzenia, typu: "zespół ten powstał, kiedy gitarzysta był na bezrobociu i szukał źródła dochodu. Wtedy zorientował się, że ma gitarę, więc może ją wykorzystać do pozyskania pieniędzy" albo wypisuje się inne prawdy, półprawdy i zwyczajne bzdury, w dodatku wyssane z palca.

Tym razem jednak będzie inaczej: nie zamierzam udawać. Nie wiem nic o projekcie MeHico. Nigdy w życiu nie przeczytałem personaliów, jakie się na ten band składają. Nigdy nie miałem styczności z ich stroną internetową. Tak, właśnie to chcę oznajmić: piszę tę recenzję bez jakiegokolwiek przygotowania. Wiem jedynie, że ten zespół pochodzi z Polski. I że polecono mi go jakiś czas temu.

No właśnie. Polecenie owo było z dość pewnego źródła. Człowiek, który to uczynił, ma naprawdę dobre ucho. Więc szukałem w przeróżnych miejscach okazji do pozyskania tej płyty. Nie znalazłem, więc zamiary porzuciłem. Aż do przedwczoraj, kiedy wreszcie odnalazłem zgubę. A gdy już ją miałem, przesłuchałem. No. I teraz właśnie trafia pod surową ocenę mej klawiatury.

Trafiło i ogłaszam: proszę państwa, dzieje się. Dzieje się już w openerze - Brazil. Po dość długim i średnio ciekawym intro gitarowym, dochodzi nam perkusja i wokalistka. A potem to już tam, wiadomo - typowy rozwój piosenki. Niby. Ale, ale - czy ktoś pamięta zespół Happy Pills? Ta, to ten z ciekawymi, choć często nierównogrającymi gitarami i fałszującą wokalistką. Legenda polskiej alternatywy. Brazil kojarzy mi się właśnie z utworami Happy Pills - niby schemat, niby nuda, niby wokalistka nie powala, a jednak w głowie to zostaje i sieje spustoszenie. Tak więc rozpoczęcie na plus.

Hibernation, czyli kolejna piosenka na Filu Filu, zaczyna się nieco inaczej. Wokalistka wchodzi szybciej i znowu musi sobie trochę pokrzyczeć, powyciągać jakieś nie do końca przyjemne dźwięki. I nagle około 0:49 dzieje się coś dziwnego - czuje się nawiązania do dawnego stylu Heya, tego z Karmy. I mamy taką przeplatankę. Ładnie to wszystko domykają gitary, sprytnie przechodzące z jednego stylu na drugi. Jest okey, naprawdę jest okey!

I tak można przez całą płytę - większość inspiracji jest oczywista. Widzimy wyraźnie, że MeHico łączy wiele polskich zespołów alternatywnych, miesza ich style i prezentuje nam efekt takiego zabiegu. Ja tam nie wiem, ale intro Just The Two Of Us i refren w owym, kolejne nawiązania do Heya w Red Wine (gra perkusji!) połączone z tym przerobionym głosem wokalistki, który w końcu zamienia się (stety niestety) w śpiew, dyskretna gitara...

I zaczyna się. Wejście w Moonlight, fantastyczne, naprawdę - chciałbym przybić piątkę autorowi tego pomysłu. Zresztą, ponownie partia gitary dosłownie miażdży, pięknie wypełniając bądź tło przy wokalu, bądź przerwy w śpiewie. Ale tu nie tylko o ten jeden instrument chodzi - cały Moonlight to jeden z najlepszych polskich tracków AD 2008, a kto wie, czy i nie ostatnich kilku lat. Cudowne.

A potem? No cóż, Daffodil znacznie odstaje od swojego poprzednika, chociaż - trzeba to przyznać - ciągle jest fajnym, dobrym utworem, w którym widać parę nowych elementów, jakiś nowych idei, koncepcji. Tych pomysłów jest tyle, że w zasadzie można by uznać, iż to jedna z najbardziej nieprzewidywalnych piosenek na tej płycie. A to już mówi bardzo duża.

MeHico zaczyna powtarzać swoje pomysły - uwaga - dopiero w tracku numer 7. Amber jest kopią jednego z utworków początkowych, sami wysilcie ucha i mózgi, na pewno dacie radę. Jednak fantastyczność refrenu, chyba najlepszego na płycie, w pełni rekompensuje nam nudną w sumie zwrotkę. Out Of Blue wydaje się z kolei już zwyczajnym wypełniaczem, ale może wiąże się to z rosnącymi oczekiwaniami po poprzednich świetnych piosenkach.

Na pożegnanie ze słuchaczem ludzie z MeHico wykombinowali coś deczko nie w ich stylu. Więcej tu elektroniki, długie i wyciszające intro jest wręcz niepodobne do tego bandu. Przez bite 2 minuty słuchacz oczekuje, kiedy to też wreszcie wokalistka znowu zacznie drzeć się w niebogłosy, a gdy już myśli, że owa pani zrezygnowała z tego pomysłu, jego oczekiwania zostają spełnione. I w ten właśnie sposób słuchacz został przez muzyków zrobiony w konia.

W konia robią nas też nieustannie inni ludzie, niestety - znacznie mniej przyjemnie. MeHico jest wyróżniającym się zespołem na polskiej scenie alternatywnej, a ich krążek naprawdę godzien jest pochwał. Podobnie jak determinacja, by wydać go samemu. Cierpi na tym co prawda każdy z nas, bo ma ograniczony dostęp do dobrej muzyki, ale cóż... artystów poznaje się także po tym, że nie dają się przeciwnościom losu.

"Dyktaturami zawsze wstrząsali poeci". A jak tak dalej pójdzie, a ludziom tworzącym MeHico będzie się chciało, to kto wie, czy aby nie oni wstrząsną naszym rynkiem muzycznym. Czego sobie i państwu życzę, bo potencjał, cholera, mają.

środa, 22 kwietnia 2009

Röyksopp: Junior

Przyszła wiosna - będą grzyby. To hasło idealnie pasuje do dzisiejszej recenzji. Za oknem piękna pogoda, a w głośnikach grzyby. A dokładniej purchawka, czyli po norwesku po prostu Röyksopp.

Norweski duet w którego skład wchodzi Torbjørn Brundtland oraz Svein Berge właśnie zaprezentowali swój nowy album pt. Junior. Jest to już trzeci album w ich dorobku, który wprowadza bardzo dużą rewolucję w brzmieniu zespołu. Röyksopp wcześniej był znany z chilloutowych brzmień, z domieszką skandynawskiego zimowego klimatu. Tym razem jest inaczej, teraz jest bardzo wiosennie. Płyta jest pogodna i wesoła, dzięki czemu świetnie jej się słucha w te wiosenne dni. Longplay równie dobrze sprawdza się do odsłuchania w domu, czy samochodzie, jak za pewne też na parkiecie. Oprócz świetnych melodii, na płycie usłyszymy też świetne wokale. Do współpracy zostały zaproszone najlepsze skandynawskie wokalistki, m.in Karin Dreijer Andersson (znana z The Knife, oraz solowego projektu Fever Ray), Anneli Drecker, Lykke Li oraz Robyn.

Mimo, że od premiery płyty minął niespełna miesiąc, to Norwedzy już zapowiedzieli swoją kolejną płytę, która ma się ukazać już na jesieni tego roku. Jak był Junior, to tym razem będzie Senior. Teraz jest wiosennie i wesoło, czyli zapewne Senior będzie powrotem do korzeni i chilloutowych, zimnych brzmień. Bardzo bym się z tego cieszył, bo mimo tego, że Junior jest bardzo dobrą płytą, to zespół polubiłem dzięki poprzednim płytom. Zespół zdobył sławę dzięki takim kawałkom jak What Else Is There czy Only This Moment, które ukazały się na najlepszej jak dotąd płycie, czyli The Understanding, więc mam nadzieję, że Senior będzie powrotem do tych klimatów.

Ale na razie cieszę się z wiosennych klimatów Juniora, bo w końcu wiosnę uwielbiam, a o jesieni wolę nawet nie myśleć. A już w czerwcu Röyksopp zawita w Polsce, a dokładniej w Krakowie na Selector Festival, co zapewne będzie wielką gratką dla fanów tego norweskiego duetu.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Kylie Minogue: Fever

"Porąbało go czy co?" - myśli zapewne czytelnik. Od wydania Fever minęło już dobrych kilka lat, na blogu tym wpisy pojawiają się rzadko, więc chyba opis tego krążka nie jest tu potrzebny, c'nie? Otóż właśnie nie. Czuję, że potrzebujesz go, drogi czytelniku. Czuję, że jest on konieczny, że po prostu musi znaleźć się - chociaż na chwilę - w środku Twej głowy.

Dlaczego? Około 70% nastolatków, z którymi gadałem, próbowało grać fajnych eloziomali. Gdy pytałem o ulubionych wykonawców muzyki pop, mówili: "To komercha, szajs, gówno, nic nie warta progaganda". No a przede wszystkim obciach. Pop? Przecież to nie nasza muzyka. Myśmy underground, myśmy wyższa klasa, my elita. Tymczasem Fever to bite 12 argumentów na to, że popu da się słuchać, że można się przy nim bawić, ale też zwyczajnie delektować się, zachwycać. Ok, powiem wprost: to jedna z najlepszych dotychczasowych płyt XXI wieku.

Argument pierwszy - More, more, more


Do you listen this? More More More zaczyna się delikatnym w sumie podkładem, który będzie nam towarzyszył przez całe 4:42 utworu. Po chwili wchodzi Kylie. Śpiewa dość leniwie. Podkład się rozwija, dochodzą kolejne elementy. Kapitalny wokal Australijki wzmacnia chórek. Coraz bliżej refrenu, powoli się wkręcamy i... refren. Ja chcę more, more, more! I dostaję. I znowu chcę. I znowu dostaję. I tak w kółko, pierwszy raz użyta funkcja repeat w odtwarzaczu.

Argument drugi - Love at First Sight

Nie wiem, kim trzeba być, żeby ułożyć taką piosenkę. Geniuszem jakimś. Zwichrowany podkład w zasadzie nie ma jakiś wielkich zalet. Nie jest kapitalny. Nie wymiata. Nie wgniata. Do garnka wrzucamy głos Kylie. Mieszamy i... ło w mordę! Jedna z najbardziej melodyjnych piosenek świata! A te zaśpiewy tuż przed refrenem? A te nagłe przyciszenia? A refren? Funkcja repeat po raz drugi. Love at first sight. Kapitalne.

Argument trzeci - Can't Get You On My Head


Lalala lalala, jakie to cudowne, lalalala lalala, Kylie zepchnięta do drugiej linii, lalala lalala, rządzi podkład?, lalalala lalala, nie - Minogue odwala kapitalną robotę w cieniu, lalala lalala, ja tam już szaleję, lalalala lalala, Kylie królową popu, lalalala lalala, a to dopiero trzeci utwór, lalalala lalala, i już trzeci raz repeat, lalalala lalala. Czy mam coś jeszcze do powiedzenia? Nie, ale piszę to gdyż, lalalala lalala, pragnę chociaż udawać, lalalala lalala, za pomocą klawiatury, lalalala lalala, że śpiewam to cudowne lalalala lalalala.

Argument czwarty - Fever

Ja tam się nie będę rozpisywał. To jedna z najsłabszych piosenek na tej płycie. I, paradoksalnie, jedna z moich ulubionych. Kocham podkład, kocham każdy dźwięk tego utworu. Kocham każde słowo, jakie wydostało się z ust mej ukochanej, choć - przypominam! - są one po angielsku, a słynę z negatywnego stosunku co do tego języka.

Argument piąty - Give It To Me

Powiem szczerze: nie mam pojęcia, kim jest dziad pojawiający się na początku tej piosenki w tle, ale wiem jedno - zazdroszczę mu. Pojawić się obok TAKIEJ kobiety, TAKIEJ wokalistki, w TAKIEJ piosence, na TAKIM albumie. Gość musi pękać z dumy, chociaż wygrzmocił tam ledwie kilka linijek. (Btw - czy to aby nie przerobiony głos Kylie?). O, jak już jesteśmy przy Australijce - jej zmiany stylu śpiewania, jest fantastyczna robota, szczególnie w refrenie i przedziale 2:15 do 2:30 (chociaż w sumie dalej też), co producent przesiekał kapitalnym beatem - to jest coś doskonałego. I jeszcze dwa słowa: chórek w refrenie - kocham to. Piąty utwór, piąty repeat.

Argument szósty - Fragile

Kylie od innej strony. Tym razem, poza umiejętnościami wokalnymi, pokazuje nam piękno swojego głosu. Odpoczynek po Give It To Me? Ależ skąd! Poziom trzymamy, szokując w dodatku słuchacza, który oczekuje, iż z Fragile będzie wymiatacz parkietowy. Cóż, pecha ma owy boy. A my? A my tym razem bez repeatu. Żartuję.

Argument siódmy - Come Into My World


Come, come into my world - zaprosiła nas pani z okładki. Hmm, trochę późno. Ale ja się nie gniewam. A wy? Wy nie macie nic do powiedzenia, w końcu teraz ja piszę. Delikatny, wysoki głos z pierwszej zwrotki i nagłe zamieszanie z kilkoma źródłami dźwięków ludzkich, a potem już refren. Bardzo prosta metoda. Wielokrotnie powtarzana na tym albumie. Banał. Schemat. Dupa? Nie, nie dupa. Po raz kolejny schemat się sprawdza. Kumacie, to jak Cristiano Ronaldo, który zawsze stosuje jeden zwód. I zawsze się udaje. No, jest mała różnica: Krystyny z Manchesteru nie lubię. Siódmy repeat.

Argument ósmy - In Your Eyes

Wow, jaki mocny bit. Znowu to samo: głos w tle, dochodzą chórki, nuda. Nuda? Ej, no weź, bo dostaniesz w mordę, czytelniku. Jaka nuda? Przecież to jedna z najlepszych piosenek na tym krążku. Konkretnie jest wśród jedenastu innych, też najlepszych. Jeśli ktoś sądzi inaczej, kłamie. To nie jest względne, to jest fakt. Tak musi być. To nie są żarty, to jest Kylie Minogue. Ósmy repeat, ja pierdzielę!

Argument dziewiąty - Dancefloor

O, schemat się zmienia - najpierw wchodzi chórek, dopiero potem Kylie jako Kylie. Potem następuje krótka synteza i znów problemy. Mamo, ja chcę do domu, ta pani mnie zabije. Dialog z chórkiem w refrenie. Bit. Słucham i mnie nachodzi myśl: matko, jakim trzeba być geniuszem, by ułożyć listę 5 najlepszych refrenów z tego krążka. A znam osobiście gościa, co próbował skompletować 20 refrenów wszech czasów. Idiota, no nie? [9. repeat]

Argument dziesiąty - Love Affair

Jupi! Wreszcie coś, gdzie mogę wepchnąć swojego nochala - pierwsze sekundy tego czegoś są słabe! Ha, jestem bossem. Co na to Kylie? Podchodzi spokojnie, staje przede mną, bo zerwałem się z fotela. Wyciąga palec wskazujący, popycha ponownie na siedzenie i rozwala resztą utworu. Liczy ktoś jeszcze repeaty?

Argument jedenasty - Your Love

Ta kobieta się ze mną bawi. Jestem cieniasem, jestem pod pantoflem. No nie mogę. Przecież to jest niemożliwe, by na 11 utworów nie podobało mi się zaledwie kilka sekund jednej piosenki. Znaczy jest możliwe, ale jakie tam płyty, jakie nazwy - OK Computer, Sierżant Pieprz, kumacie. A tu co? A tu krążek pop. Babka, gwiazda popkultury, bohaterka rankingu w stylu "Na którą wokalistkę mężczyźni mają chrapkę?", syci mnie totalnie i jest bliska zapewnienia sobie 10.0 w najcięższej choćby skali ocen. No.

Argument dwunasty - Burning Up

Przecież wiemy, że ten początek i tak skończy się soczystym refrenem. Że te niby od niechcenia rzucane wersy są tak naprawdę bezczelnym zabawianiem się uchem i całym wnętrzem głowy słuchacza. Że to jak obraz z dzieciństwa, w którym pachnie wspaniałym obiadem, zlatują się dzieci i chcą jeść, a mama odwleka. A to ręce umyć, a to nakryć do stołu, a to grzecznie czekać, a to powoli gryźć. I w końcu następuje moment kulminacyjny, kres wszystkiego: kęs potrawy jest w ustach. Kylie jest mamą, a ja jestem dziećmi. Wszystkimi na raz. Dwanaście repeatów.

Podsumowanie

Nie mam siły na jakieś mądrości, pointy itd. Sprawa jest prosta: Fever to wyznacznik Twojego gustu muzycznego. Nie wielbisz tej płyty, to się nie znasz. Nie masz pojęcia o muzyce. Jesteś głuchy. To jest Kylie, człowieku.

poniedziałek, 23 marca 2009

Michael Jackson: This Is It(?) - ankieta!

Oł, jea. To było jasne - wróci. Każdy się spodziewał "że", ale nie wiedział "kiedy". W końcu, po wielu miesiącach dywagacji, ogłosił to sam zainteresowany. Wróci. Michael Jackson ponownie pojawi się na scenie. Ale, ale - czy Król Popu jest dalej w stanie wymiatać tak, jak kilka lat temu? Czy w ogóle powinniśmy tego od niego oczekiwać? Czym jest powrót Jacksona dla współczesnej muzyki, czym się wyróżni i co do tego ma kryzys finansowy - o wszystkim tym opowie Wam po raz pierwszy (uwaga, uwaga) CAŁA redakcja Uchem w Nutę. A wszystko w formie ankiety i odpowiedzi. Dwa pytania, czterech redaktorów, cztery teksty, cztery opinie.

1. Czy uważasz, że powrót Michaela Jacksona jest dobrym pomysłem?
2. Czego oczekujesz po tym powrocie?


seann: "Niemniej nie spodziewam się żadnych cudów"

Michael Jackson wraca do gry. To z pewnością jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze, wydarzenie w świecie muzycznym w tym roku.Na taki powrót czekały miliony fanów na całym świecie i jest to napewno najlepszy prezent, jaki artysta mógł im dać. I w zasadzie nie jest ważne, że najprawdopoboniej głownym zadaniem tego camebacku jest po prostu podreparowanie domowego budżetu. Osobiście oczekuję ponownie zobaczyć Michaela w wyśmienitej formie - zarówno woklanej jak i tanecznej - choć wiem, że powrót po tak długiej rozłące ze sceną może być niezwykle trudny. Niemniej nie spodziewam się żadnych cudów.

SimonS: "Wyjdzie, pomacha do swoich fanów białą rękawiczką i wypowie swoje ulubione zdanie - I love you"

Uważam, że powrót Jacksona jest spowodowany jedynie czynnikiem materialnym, który ma wzbogacić ludzi wykorzystujących legendę MJ, oraz w pewnym stopniu Michaela, który podobno popadł w długi. Oczekuję, że powrót zakończy się wielką klapą i pozostawi wielką rysę na legendzie Króla Popu. Obstawiam, że Michael zmusi swoich fanów do wielogodzinnego czekania, następnie wyjdzie, pomacha do swoich fanów białą rękawiczką i wypowie swoje ulubione zdanie "i love you!", publika oszaleje, Jackson zejdzie w chwale, a po chwili na scenę wejdzie któryś z organizatorów, informując, że z powodów zdrowotnych, trasa zostaje odwołana.

o2: "Niczego nie oczekuję"

Król Popu szybko się nam nie przedawni. Nigdy nie byłem jego fanem, ale parę kawałków zawsze wpadało i wpada nadal w ucho.

Niczego nie oczekuję. Śmieszy mnie tylko nazywanie ~40 koncertów w jednym miejscu w Wielkiej Brytanii "trasą koncertową". To fajnie, że ma tam dużo fanów i że chce sobie zrobić z tej okazji parę dodatkowych operacji twarzy (nie patrząc teraz na to, czy to plotki, czy nie) ale błagam i zaklinam, objezdne cyrki robią więcej kilometrów przez ten sam okres, gdy MJ co 4 dni będzie dawał występ za grube dolary. Poza tym, fani MJ'a nie mieszkają tylko w UK.

Yeti: "Król Popu jest geniuszem, a od geniuszy oczekujemy rzeczy genialnych"

Żeby w ogóle przejść do dywagacji nad powrotem Michaela Jacksona, należy sobie uświadomić obecny stan światowego popu. A jest on niestety bardzo podobny do tego, co dzieje się na giełdach - wszyscy lecą na łeb (ot, choćby Madonna w zeszłym roku, no sorry), a jak ktoś wzrasta, to raczej na chwilę. W czasach takiej zapaści popowej, mamy do czynienia z totalnym brakiem jakichkolwiek rzeczy, które mogłyby nami kręcić. I z tego punktu widzenia powrót Michaela Jacksona jest takim rodzynkiem, w którym wszyscy upatrują odwrotu, odbicia się od dna. No bo to tak musi być. My się tym musimy jarać. Jakże inaczej, skoro już pojawiają się plotki - Jackson w swym starym, dobrym stylu? A może jakieś nowe oblicze? Jeśli tak, to jakie? Finansowy i medialny punkt widzenia mówią jasno: to będzie wielkie wydarzenie. I z tych aspektów jest dobrym pomysłem.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z mymi oczekiwaniami. Trudno jest mi uwierzyć, że nawet ktoś tak wielki, jak Król Popu, jest w stanie powrócić po kilku długich latach, w których częściej występował jako temat żartów i drwin niż przedmiot respektu czy ikonę muzyki końca XX wieku, i wyczuć, o co teraz w popie chodzi i czego ludzie pragną. Pop nieprzypadkowo ma wiele wspólnego z populizmem, jeśli chodzi o pisownię. Jackson musi dać ludziom muzykę, jakiej oni oczekują i - jednocześnie! - ciągle szokować geniuszem muzyki i ruchów na scenie. Cokolwiek sądzimy o Michaelu, nie jest to na pewno zadanie proste i osobiście nie jestem przekonany, czy Jackson temu zadaniu podoła. Tym bardziej, że nastawiam się bardziej na tenże drugi człon jego zadania. Król Popu jest geniuszem, a od geniuszy oczekujemy rzeczy genialnych. To jasne i proste. Jednak wiele już było powrotów artystów z naprawdę najwyższej półki, którzy wracali i - czego by nie mówili o tym ich fani - nie dawali rady. Dlatego wolę się wycofać i powiedzieć, że oczekuję jedynie wydarzenia medialnego, które na pewno otrzymam. Wolę pozytywne zaskoczenia niż jakiekolwiek rozczarowania. ;)

sobota, 21 marca 2009

Jacaszek: Pentral

Okej, okej. To wszystko prawda - na tym blogu wpisy pojawiają się szczególnie rzadko. Nie zamierzam dyskutować z faktami, chcę jedynie podać przyczyny. Bo generalnie to nie mamy aż tak dużo czasu, by opisać każdą nowinkę. Dlatego uznaliśmy raczej, że idziemy w jakość - znaczy, że opiszemy kilka bardzo dobrych płyt 2009, które - naszym zdaniem - opisać trzeba.

No i staramy się zrealizować to zadanie. Tyle, że to nie jest taka łatwa sprawa w sumie. No bo i niby jak, skoro płyt naprawdę dobrych jest mało? Bo jak, skoro większość z nas cierpi obecnie na depresję muzyczną i nie jara ich nic nowego? Jak opisywać nowe wydawnictwa, skoro każdy ma świadomość, że konfrontacji z pierwszym lepszym albumem "sprzed lat", który jest na naszych odtwarzaczach, dana płyta przetrwać nie może? No jak?

I oto wtedy ni w pięć, ni w dziewięć pojawił się Jacaszek z nowym dziełem. Pierwszy polski muzyk elektroniczny, który naprawdę dał radę nagrać bardzo dobry, pełen emocji krążek, jakim były Treny. Pierwszy w Polsce muzyk z kategorii moich zainteresowań odwołujący i inspirujący się chrześcijaństwem, jego wartościami, sztuką i mistyką. Nie ma więc wątpliwości - jaki ten album by nie był, ktoś z redakcji musiał go opisać. I tym kimś musiałem być ja.

Odwrotnie niż na Trenach, z których poszczególne utwory różniły się dość znacznie, Pentral to raczej spójne dzieło. Opiera się on na wykorzystaniu niesamowitych walorów akustycznych jednego z polskich kościołów. Takie było założenie tej płyty, taki był pomysł Jacaszka.

Zresztą, podczas słuchania tego krążka ten kościół słychać wyraźnie. Mamy bowiem utwory, które przenoszą nas do świątyni ledwo oświetlonej, w której to jesteśmy sami-niesami i właśnie praktykujemy naszą rozmowę z Bogiem. Czasem nieco zaskrzypi ławka, czasem słychać jakieś kroki, czasem wkradnie się wiatr. Ale to wszystko jest nieważne, bo jestem tu ja i, a raczej przede wszystkim, jest tu Bóg. I to Bóg bliski, z którym chce się rozmawiać w ciszy i skupieniu.

Cisza i skupienie - ta, to są właśnie dwa najlepsze określenia 90% tego albumu. Mamy tu tej ciszy mnóstwo, ale nie jest ona przepełniona żalem, nie ma więc powtórki z Trenów. Nie uświadczamy tu bólu po stracie kogoś bliskiego, nie ma naszego konfliktu ze Stwórcą. Przeciwnie, mamy jakieś uczucie relacji z Transcendentnym Bogiem.

Osoby, które twierdzą, że nowe dzieło Jacaszka jest identyczne jak poprzednie, powinny się chyba popukać po głowie. Nie, nie jest identyczne. Jest zupełnie inne, choć dalej opiera się na tym samym przekazie, na tym samym korzeniu kulturowym, tej samej tradycji metafizycznej. Jest poruszającą relacją z raczej pustej świątyni, w której wszystko zależy od nas i nikogo więcej. Mamy tu jasno pokazane: Bóg jest, możesz zrobić z tym, co chcesz. Możesz z kościoła wyjść, a możesz zostać i sobie pogadać.

Jacaszek serwuje nam dokładnie identyczny wybór w przypadku swego krążka. Możesz tego słuchać, a możesz wyłączyć. Twoja sprawa. Najważniejsze, że Jacaszek jest sobą i po raz kolejny odwala kawałek fantastycznej roboty.

niedziela, 8 marca 2009

Dzień Kobiet


Krótkie powiązanie faktów: mamy dziś Dzień Kobiet, a w redakcji Ucha są sami mężczyźni. A że facet to istota egoistyczna, nastawiona na siebie - dziś zaserwuję Wam listę kawałków, które mogą ten dzień umilić panom. Chociaż jednocześnie, żeby nie było, zapewniam, iż jeszcze lepiej byłoby spędzić go z jakąś Kobietą. No, ale nie wszystkim jest to dane.

1. Wariant pierwszy: Nie mam baby!

Sytuacja prosta i klarowna: chciałbym świętować, a nie mam z kim. Potencjalnie problematyczne, a więc oddajmy głos doradcom, którzy powiedzą nam, co zrobić, by... mieć z kim.

  • Łona - Fruźki wolą optymistów - rozwiązanie optymistyczne
  • Afro Kolektyw - Dopsz bujam - rozwiązanie pesymistyczne
2. Wariant drugi: Wkurzyła mnie kobita

Co z tego, kochanie, że dziś Twoje święto, skoro mam na Ciebie focha? Strasznie kobiece podejście do sprawy, no ale ja się nie wtrącam, ja daję tylko piosenki, co mogą Wam pomóc.

  • Cool Kids Of Death - Uważaj - wersja drastyczna
  • Myslovitz - Gdzieś - wersja depresyjna
  • Republika - Odchodząc - wersja dla tych, co wierzą, że jeszcze nie jest pozamiatane
3. Wariant trzeci: Może to jednak nasza wina?

Bo generalnie może to nie kobiety są takie złe. Bo może to my, faceci? Może nasza wina, może nasz błąd, może nasza natura. Zaczynam gadać jak feministka, więc zamiast tego...

  • Afro Kolektyw - Mężczyźni są odrażająco brudni i źli - dla samokrytyków
  • Hey - Czy, czy, czy - jesteś gnidą, kobiety to widzą
  • Furia Futrzaków - Dziękuję bardzo
  • Esmi - Znikający punkt
4. Bez wariantu, po prostu podsumowanie

Jeśli jesteś facetem i nie masz baby, jesteście w kryzysie lub właśnie coś spartoliłeś, te piosenki są dla Ciebie. Może pomogą rozwiązać problem, może pomogą zapomnieć lub podejść z dystansem.

- Zaraz, zaraz! - ktoś wyrwał się z protestem. - A co, jeśli jestem facetem w szczęśliwym związku i generalnie jest sielanka?

Cóż... chyba jednak nie, skoro czytasz tego bloga zamiast świętować z kobietą. ;)