niedziela, 10 kwietnia 2011

Single Player #5: wiosna 2011


Wydawać by się mogło – i czytającym będzie się wydawało – że „zmniejszyliśmy wymagania”, że „teraz na osiem trzeba tyle, ile kiedyś trzeba było na sześć”, że „kiedyś to przynajmniej próbowaliście być Porcysem, a teraz to już tylko Pitchfork”.

Nie. Tak dobrze, a przynajmniej według niżej podpisanego, rok w singlach nie zaczynał się już dawno. Pozycje poniżej to mój absolutny tegoroczny best-of (stan: marzec 2011), a poniższa dziesiątka jest lepsza niż podsumowania singli dwa tysiące dziewięć i dziesięć (a ponad pół roku przed nami!). Zaowocuje to w Caps Locki tryskające na boki, wyrazy zachwytu i średnie arytmetyczne, jakich w poprzednich edycjach Single Playera po prostu nie było (i już pewnie nie będzie).

Nie było też, jak dotąd, trzech polskich pozycji w jednym wydaniu. A dzisiaj będą. [Piąty Bitels]



Afro Kolektyw
Wiążę sobie krawat

posłuchaj
9.3


Nieodłączną częścią życia strach i bul - napisałby prezydent i nikt nie miałby wątpliwości, że rządzi, tak samo jak na scenie muzycznej w Polsce od lat rządzi, panuje i zamiasta jednocześnie Afro Kolektyw. Monteskiuszowski trójpodział władzy obecnie spoczywa w całości w rękach Afro Kolektywu i bardzo mi się to podoba - i poddaję się tej dyktaturze tak, jak poddaję się po kolejnych nieudolnych zawiązaniach krawata. Daję dychę kawałkowi i drugą dychę temu, kto to pobije. – 10

W czasach przedszkolnych uwielbiałem Pana Tik-Taka, 5-10-15 czy Domowe Przedszkole, więc refren Krawata szybko skojarzył mi się z dokonaniami Fasolek. W równie krótkim czasie w mojej głowie ziścił się pomysł na teledysk do tego utworu. Na koniec któregoś z tych trzech programów, prowadzący lub prowadząca informuje, że dzisiejszy odcinek podsumuje grupa Afro Kolektyw, ze swoim nowym kawałkiem. Następnie gospodarz programu zagaduje do największej gwiazdy Fasolek, czyli do Asi Jabłczyńskiej, pytając się jak współpracowało z tak ciekawym zespołem i czy znała wcześniej jego dokonania. Rozradowana Joanna odpowiada, że praca przy tym kawałku była wspaniała i że wraz z kolegami czuła się jak dzieci z Another Brick In The Wall. W odpowiedzi na drugie pytanie, informuje, że oczywiście tak i że nie może się doczekać jak dojrzeje biologicznie, bo wtedy w bocznej uliczce spotka się z Januszem Gajewskim. Za to Filipowi Konarskiemu zaśpiewa Liczyłam na faceta a dostałam dziada / A przecież miałeś trząść moim życiem / Przebijać się do przodu i odnieść wiele zwycięstw. Zmieszany prowadzący informuje, że zespół jest już gotowy i zaprasza również Fasolki na scenę. Tam chóralnie i radośnie wszyscy odśpiewują bo frajer zawsze jest winien sobie sam. No i na tym by się zakończył ten sen, bo tak wyglądają moje standardowe sny. Wiem, zazdrościcie. – 9  


Wiązałem z Krawatem nadzieje, a Kolektyw wywiązał się z powierzonego im Krawata. Wiemy już, że Mało miejsca na dysku nie będzie płytą hip-hopową, oby jednak równie kapitalną, jak zawarty na niej: Krawat vel Frajer vel Na pogromców i księgowych vel Chrom i stal (a także, jak Jeżeli kiedyś zabraknie mnie, które świeci w sieci).

Mniej więcej tego mógłbym się spodziewać, gdybym najpierw przeczytał namechecki Papa Dance i Akademii Pana Kleksa, a dopiero potem przesłuchał singla. Musi być też powód dla którego do tej pory znam znaczną część piosenek Fasolek – i upatruję go w tym, że są po prostu dobre. Wiążę sobie krawat to zarazem Fasolki: największe przeboje, najlepsza „szanta nie będąca nawet szantą”, jak i soft-rock soft-roku.

I choć powyższe zdanie wydaje się nie przedstawiać Krawata w dobrym świetle, hymniczny – chwytliwy jak, naprawdę nie wiem, The Final Countdown – refren tego utworu to „kwintesencja góry skali”, a kąśliwy – na czele z zaczynającym: na polu do popisu wyrósł mi tylko chwast – tekst tylko potwierdza to, co wiedzieliśmy od dawna.

„Piosenkę, jak zresztą każdy utwór Afro Kolektywu, wypełnia pozytywny przekaz i optymistyczna wizja ludzkiej egzystencji” – pisze Polskie Radio i my chyba słuchamy dwóch różnych Afro Kolektywów, ale „pozytywne” na pewno jest to, że Akademia Pana Dżeksa nagrała jeden z najlepszych utworów w swojej i tak owocnej przecież karierze – i niezmiennie, od kilku lat, jestem ich Adasiem Niezgódką. – 9

Wiążę sobie krawat to dysonans, występujący pomiędzy warstwą tekstową i warstwą muzyczną - no nic nowego. Dysonans treści, nie jakości - tutaj też nie nowego. Bo jakkolwiek tekst nie do końca optymistyczny, bardziej ironiczny i prześmiewczy (nic nowego) nadzwyczaj gładko łączy się z tym wszystkim co robią muzycy. Jestem przekonany, że to co tutaj możemy usłyszeć powinno wejść do kanonu polskiej muzyki. Przyszłe pokolenia muszą poznać ten utwór, tak jak powinny poznać utwory Skaldów, Czerwonych Gitar, Niemena i Alibabek. – 9 


Gang Gang Dance
Glass Jar
Eye Contact

posłuchaj
6.7


Kliknąłem linka do Youtube. Słysząc pierwsze dźwięki upewniłem się tylko czy to Gang Gang Dance, bo coś mi nie pasowała. Tak, to Gang Gang Dance. Nowy wałek. Strasznie powoli się rozwija. Zerkam kolejny raz na Youtube: W mordę, ponad 11 minut! Więc już teraz wiem, że należy się bardziej skupić. Zresztą już słychać, że z każdą chwilą jest coraz więcej do ogarnięcia. Coraz więcej dźwięków, różne faktury, przerywane dość chaotycznie sekwencjami bębnów, by w końcu rozszaleć się syntezatorowym klawiszem. Krystalizuje się rytm i melodia, ale na krótko. Trochę żałuję, że nie mam czegoś w lepszej jakości. Po chwili znowu następuje spodziewany niespodziewany zwrot akcji. Numer fajny. Bajkowo fantastyczny, ale za długi... – 6

Czy jedenastominutowy singiel to dobry pomysł? Według mnie mocno kontrowersyjny. W obecnych czasach, gdy podobno nie mamy na nic czasu i jesteśmy zabiegani, przewrotnie atakuje nas masa muzyki, którą chcielibyśmy poznać. Zazwyczaj to singiel ma nas przekonać do zapoznania się z całym albumem, a nie każdy nowy słuchacz Gang Gang Dance będzie chciał poświęcić aż 11 minut na piosenkę, która może mu się nie spodobać. Powiecie jego strata, ale zespół też na tym może stracić, bo nie zyska nowych słuchaczy. Dla mnie ta piosenka za długo się rozkręca, bo aż sześć minut. Dlatego dam tylko siódemkę, chociaż po 6:15 jest dziewiątkowo. – 7 

 


The Go! Team
Buy Nothing Day
Rolling Blackouts
posłuchaj
9.0


Dziewczyna twórcy Super Soaker nagrywa – rok po Super Soaker – lepsze Super Soaker. Bethany Cosentino ma co prawda za sobą „fajną płytkę”, ale kto z was straciłby rękę, gdyby dał ją sobie uciąć, że zmieści ona co najmniej trzy listoworoczne piosenki w standardzie 3:30? No właśnie. Jak filip z konopi, jak feniks z popiołów, jak Zbyszko z Bogdańca – wychodzi Cosentino (będąc tu zaledwie gościem!) z szarżą akordów podobną ponaddziesięcioletniemu już Letter From an Occupant.

Go! Team, których „do dzisiaj” kojarzyłem głównie z Ladyflash, przebili i Ladyflash, i wszystko, co nagrała wcześniej Bethany, i wszystkie single nagrane rok temu (pardon, May I Walk With You?).  Za głupi jestem, żeby głowić się, co w tym szaleństwie jest refrenem, bo każda sekunda tutaj ma w sobie więcej hooków niż dyskografie co poniektórych zespołów, a przyszłe wakacje będą nie tylko nerwowe, ale i ściśle związane z Buy Nothing Day. – 9

Co tu więcej mogę dodać. Tak jak Paweł powiedział wszystko na temat tej piosenki, tak The Go! Team w trzech minutach i trzydziestu trzech sekundach udowodnili, że nie ma sekund zmarnowanych i każda może rywalizować o miano tej najbardziej przebojowej. Pozostaje mi tylko pogratulować i zapętlać. – 9


Kodak To Graph
I Keep Holding On

posłuchaj
6.0


Nikt już się chyba nie interesuje zjawiskiem na „c” (o czym świadczy m.in. całkiem obojętny odbiór Replicants), ale jego końca nie widać. O setkach mikroskopijnie różniących się od siebie chill-jointów raczej nie ma co pisać – tym bardziej, na ich tle, I Keep Holding On wypada wyróżnić. Bo niby powiedziano już w temacie hypnopopu wszystko – z czego większość w trakcie pół godziny, bo na Causers of This – ale nie tyle da się jeszcze tych pokiereszowanych starslingerowo wokali z kaset-pocztówek słuchać, co słucha się przyjemnie, nawet jeśli to musztarda po obiedzie – mało rzeczy w trakcie obiadu smakowało tak, jak ta musztarda właśnie. – 7


Nie lubię musztardy i tej piosenki chyba też nie polubię. Niech leci sobie w tle, ok, nie przeszkadza mi. Na przenośnym odtwarzaczu jednak nie wyląduje. Najwyżej, że jako autobusowy zagłuszacz, żebym mógł w spokoju poczytać książkę. Chociaż, czy po 40 sekundzie nie zaczęła by mnie za bardzo rozpraszać? No właśnie, problem jak z musztardą. Nigdzie mi nie pasuje. Jak już jest w daniu, to ją zjem, ale po co dobrowolnie się z nią męczyć? – 5


Nie moja liga, muszę docenić ten hipnotyczny klimat niepozwalający na przedwczesne wyłączenie. Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że to już było - nie dekadę czy dwie temu, ale całkiem niedawno. Może w zeszłym sezonie, może dwa sezony temu. W każdym razie ten niemal subdźwiękowy bas i ten sposób w jaki działa na człowieka swego rodzaju hipnoza zasługuje na docenienie. Nie jest to złe, ale jak dla mnie czegoś brakuje. Niestety ciężko mi określić czego. I może to jest właśnie to... – 6 


La Sera
Devil Hearts Grow Gold
La Sera

posłuchaj
7.0


W teledysku jest ruda dziewczyna. Więc 10. Ma brzydkie tatuaże na rękach, więc 1. Gra na basie, więc 10. Ocena: 10 + 1 + 10 = 21 / 3 = 7.


Dlaczego odnoszę wrażenie, że Devils Hearts Grow Gold to hymn towarzystwa adoracji Kim Deal, skoro skojarzenia powinny lokować się gdzieś w okolicach „indie folku” niż Gigantic? Nie wiem, ale nie zwykłem słuchać „indie folku”, a Devil Hearts Grow Gold – z nieukrywaną przyjemnością i coś w tym jest, a nie jest na pewno „tym czymś” ryża pani, bo gdyby w ocenach pomagały buzie wykonawczyń, byłbym die-hardem She & Him. – 7


Nerwowe Wakacje
Uciekaj stąd mała
Polish Rock
MySpace
10.0


Ta nominacja jest już na tyle wiekowa, że pamięta czasy przed wydaniem Poleruj skałę – miała być więc oceną zbiorczą: na początku piosenek z lutowej Offsesji, później – sześcioutworowego promo. The world has turned and left us here, jesteśmy po premierze, po recenzji, po recenzjach recenzji (tak), a ocena „z dzisiaj” jest po prostu możliwością do wypowiedzenia się na temat płyty przeze mnie i Szymona, ale trochę też pewnym post-scriptum do tego, co napisał Yeti.

Niech będzie więc to, co napiszę, zbiorem tego, co napisałem już wcześniej, odnośnie porównań ze „studencką sceną muzyczną”: tym, co łączy Nerwowe Wakacje z zespołami z „przysłowiowych już” Juwenaliów jest – wbrew temu co piszą (i być może tak nawet sądzą, ale chciałbym wątpić) ich zagorzali przeciwnicy, którzy jak grzybki po deszczu pojawili się po dobrych recenzjach – śpiewanie po polsku. Bliżej tym piosenkom do Ombarrops! niż do happysad, etc. i to Cherry Cordial, a nie akurat Akurat, jest miejscem, gdzie lądują skojarzenia.

O samych kompozycjach, choć powiedziano już wszystko, wciąż za mało o Greku i najlepszym w zestawie Uciekaj stąd mała, które – zlepione w stronę A i B – dałyby najlepszy singiel polskiej muzyki rozrywkowej – o tyle lepszy od zeszłorocznego Pana Samochodzika, że zebrano na Polish Rocku garść lepszych melodii od Samochodzika właśnie, o czym Yeti zdążył już napomknąć.

Ale szybko, bo chcemy już oddać to wydanie, a żadna to nowość, że od pierwszego odsłuchu Oli tworzymy fanbazę, która chce pójść tam, gdzie Gigi. Nerwowym Wakacjom dziękujemy za to, co już i prosimy o to, co jeszcze – zapraszam na jeziora. – bez oceny

Uchem w Wakacje, Nerwowo w Nutę. Domyślam się, że już możecie mieć przesyt tego zespołu na naszych łamach i w sumie się nie dziwię. O dobrym trzeba mówić dużo, ale też trzeba wiedzieć kiedy skończyć. Więc teraz dobra wiadomość. To ostatnia wzmianka o Nerwowych aż do naszego podsumowania 2011 roku. Tak więc wrócą dopiero w lutym 2012 roku, ale ostrzegam, że znowu będzie o nich często, dużo i w samych superlatywach. A czemu znowu o nich piszemy, chociaż Yeti napisał o nich przedługą recenzję? Bo reszta redakcji też ma ochotę powiedzieć, że chce iść tam gdzie Gigi, że fajny jest dęciak w Dangerous i że może kiedyś w końcu rozpuszczą te psy. No i na koniec chcę dodać, że Superman jest dead, to piosenka o Adamie Małyszu. Superman jest dead / Nie do końca wierzę w to/Superman jest dead / Ponoć sam wybrał swój los. Na bank. – 10.0 


Rubber Dots
Counting the Beats

posłuchaj
7.0


Afro Kolektyw znajdziesz w każdym dobrym polskim sklepie muzycznym, oraz w każdym dobrym polskim zespole muzycznym. W Afro Kolektywie jest 100% Afro Kolektywu, w Nerwowych Wakacjach jest 25% Afro Kolektywu, a w Rubber Dots aż 50%. Tym razem padło na ich klawiszowca, który grał też w Newest Zealand. Zastąpił tam niejakiego Petera Bergstranda, czyli Afrojaxa. Nie możemy też zapominać o Remku Zawadzkim. Więc mamy kolejne 20% Afro Kolektywu w innym polskim zespole. Ta plaga coraz bardziej się rozprzestrzenia, ale chyba nikomu to nie przeszkadza, bo zapewnia to wysoki poziom wykonania. Proponuję umieszczać na pudełkach naklejki z informacją: Na płycie występuje muzyk Afro Kolektywu - Gwarancja najwyższej jakości. – 7 


Jej, jakie to jest bezpretensjonalnie ładne. Róisín Murphy i Alison Goldfrapp uśmiechają się do siebie w klubie, gdzie wszyscy spotykamy się, żeby potarzać się w brokacie i nurkować w syntezatorach. Rubber Dots stoją gdzieś pomiędzy kamp!, Plastic i Furią Futrzaków, są elektradośni i poptymistyczni: „liczą uderzenia serca” i naliczyli serce Annie, serce The Knife, serce Late of the Pier i pewnie wiele innych serc, bo serce roście na samą myśl, że Ania i Stefan (tak, Szymek, z Afro Kolektywu!) mogą nagrać płytę. Miło by było. – 7


Toro y Moi
How I Know
Underneath the Pine

posłuchaj
9.3


Niedziela, okolice godziny dziewiątej rano. 20 marca 2011. Wysoki chłopak rusza szybkim krokiem alejką lipową na jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta. Podmuch wiejącego powietrza szarga mu czuprynę, blask promieni słoneczny pada mu na okulary, oślepiając go. Te pozorne niedogodności nie wnikają do umysłu chłopaka - jego umysł uświadamia mu, że jest wiosna, a ukochane fragmenty How I Know przekonują go, że wiosnę ów uslinie kocha i czekał na nią usilnie, choć zupełnie o tym nie wiedząc. – 10


Cała zabawa zaczyna się w trzydziestej ósmej sekundzie pierwszej minuty i wiedzieć powinien to każdy. Dopiero przy poznaniu How I Know zorientowałem się, że te liczby od zawsze były synonimem dobrego rozpoczęcia. No bo coś w tym musi być, że jak mam wolne, to 1:38 nie jest godziną spoczynku, a dopiero początkiem ciekawych zajęć. Wszyscy śpią, więc w końcu mam spokój. Nie trzeba jeść obiadów, nie trzeba karmić kotów itd. Można w końcu przesłuchać w całości płytę, poczytać książkę, a nawet w telewizji w końcu znajdzie się coś ciekawego i nie mówię tu o porno. Często to trwa do 4:06, tak jak How I Know. – 9



TV On The Radio
Will Do
Nine Types of Light

posłuchaj
7.0 


Obecnie oglądam serial Breaking Bad i w jednym z odcinków drugiego sezonu, w końcowej scenie pojawiła się piosenka DLZ. Wkomponowała się bardzo zgrabnie do przedstawianej sceny i po zakończonym seansie przez kilkanaście minut nie opuszczała moich głośników. Często piosenka dzięki pojawieniu się w serialu lub filmie nabiera nowego wymiaru i myślę, że z Will Do byłoby podobnie. Na razie jest dla mnie kolejną piosenką TVOTR. Solidną, na wysokim poziomie, ale nie wyróżniającą się spośród innych. Czekam na jakąś końcową scenę np. w Doktorze Housie. Tam zazwyczaj pod koniec lecą takie smutasy i tam widzę jej miejsce. A teraz daję 6.


Ja tu tylko podrzucam propozycje. – 7



TVOTR cenię od dawna. Już od czasów OK Calculator. No i trzymają poziom od tamtych zamierzchłych czasów, aż do dzisiaj. Niewiele jest takich grup. Spokojna ballada w niepowtarzalnym stylu jednoznacznie wskazującym na to kim są twórcy. Mnóstwo smaczków, nawiązań do poprzednich rzeczy, i ten prześwietny wokal. Widać, że panowie znaleźli sposób na idealne połączenie wzniosłości, liryzmu i umiarkowanej psychodelii. – 8  


Yelle
Safari Disco Club
Safari Disco Club
posłuchaj
8.0


Ciekawe ile osób przetrwało do tej ostatniej piosenki. Przewinąłem całego Playera i muszę stwierdzić, że nabrał mocarnych rozmiarów. Tak więc czytelniku, jeżeli nadal jesteś z nami, to nie poddawaj się. Safari Disco Club jest wisienką na tym singlowym torcie. Najlepszym w krótkiej, ale jakże owocnej historii Single Playera. Więc kończę z tą konferansjerką i po raz ostatni oddaję głos Bitelsowi. – 8

W olbrzymim uproszczeniu: wyobrażamy sobie, że Nas nie dogoniat (przeżyjmy to jeszcze raz!) i Jungle Drum Emiliany Torrini to piosenki o co najmniej klasę lepsze niż w rzeczywistości (nie mam nic do żadnego z tych utworów) i robimy im mash-up. Nie wyjdzie z tego Safari Disco Club – fakt – ale to nie o to chodzi.

Po kolorowych zwrotkach spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie: wyniesienia ogrodu zoologicznego do rangi elektro-hymnu i nie: szarży świecących po oczach zakwaszonych syntezatorów. A przecież wciąż czekam na następcę Journal of Ardency. I – skoro już jesteśmy przy roku 2010 – wyliczyłem sobie raptem dwa, może trzy, tak dobre wałki na Sex Dreams and Denim Jeans. – 8

2 komentarze:

  1. pixie lott i chvj!

    OdpowiedzUsuń
  2. i chwała, i sława! uciekaj stąd, mała ;)

    OdpowiedzUsuń

Redakcja apeluje: nie gryź, a jeśli już musisz, to inteligentnie. Zastrzegamy sobie prawo do wycięcia Twojego komentarza, szczególnie jeśli będzie zawierał bluzgi. Prosimy, nie pisz jako Anonimowy, jakoś się podpisz. Miłego dnia.